Gdyby jechać ze Szklarskiej Poręby do Jeleniej Góry, na kilka kilometrów przed celem wycieczki dostrzec można strzałkę z napisem "Siedlęcin. Wieża Książęca". Warto podążyć za drogowskazem, bo to tylko kilkanaście minut drogi, a widok na miejscu jest spektakularny. Więcej: to widok, którego nie spotkamy w żadnym innym miejscu na świecie.
Wielka wieża w małej wiosce
Siedlęcin, do którego wjeżdżamy, prezentuje się sielsko: poniemieckie domy, gospodarstwa, rzeka, sporo zieleni, drzewa obsypane kwiatami. Niech jednak nie zwiedzie turystów niewielka skala i prowincjonalny charakter miejscowości: w Siedlęcinie znajdziemy pięć obiektów wpisanych na listę zabytków, m.in. gotycki kościół z XIV wieku i sąsiadujący z nim cmentarz. Nas jednak najbardziej interesuje - rzecz jasna - wieża. Masywna, położona za kamiennym mostem, częściowo odgrodzona fosą, sąsiadująca z pozostałościami ceglanych zabudowań gospodarczych, składa obietnicę przygody.

Nim wejdziemy do środka, rzut oka na bryłę i trochę historii. Wieżę w Siedlęcinie wzniesiono w XIV wieku na zlecenie księcia Henryka I jaworskiego. W 1368 roku budowla została sprzedana przez wdowę po Bolku II, księżną Agnieszkę, później, od 1732 do 1945 roku, znajdowała się w rękach rodu Schaffgotschów. Sześciokondygnacyjna (pierwotnie kondygnacji miała cztery), wzniesiona na planie prostokąta o bokach 20 na 14,5 metra, przykryta czterospadowym dachem, dziś robi wrażenie, a w czasach swego powstania musiała wydawać się kolosem. I słusznie - był to jeden z największych tego typu obiektów w Europie.
Sześć kondygnacji historii

Ciekawostki zaczynają się już na wejściu, są to jednak atrakcje dla tych, którzy mają bystre oczy i odrobinę historycznej wiedzy. Tuż przy drzwiach, za niewielkim dziedzińcem, dostrzeżemy jedne z nielicznych w Europie średniowiecznych zasuw, schowanych w grubości muru.
Dalej, wchodząc do wnętrza, warto popatrzeć w górę - od parteru aż po najwyższe piętro zachowały się w wieży drewniane stropy, najstarsze w Polsce. Po łukowatych wygięciach belek widać, jak duży ciężar muszą dźwigać.
Podziemia i niższe kondygnacje wieży to surowe przestrzenie, niemal pozbawione wyposażenia, robią jednak wrażenie swoją wysokością, przestronnością i grubością murów, którą dostrzec można, przyglądając się otworom okiennym. Zaskakuje też ilość światła w pomieszczeniach, którą zawdzięczamy sporym oknom i jasnym tynkom - komu architektura średniowiecza kojarzy się z mrokiem, tutaj ma szansę zrewidować swoje wyobrażenia.

Na każdym z pięter można dostrzec coś interesującego, jednak sercem wieży jest piętro drugie. To tam, w pierwszych dekadach XIV wieku, wykonano na ścianach imponujące malowidła przedstawiające epizody legendy o Lancelocie z Jeziora. Freski stworzone metodą al secco dziś pokrywają fragment jednej ze ścian kondygnacji.
Opowiedzianą w nich historię należy odczytywać od lewej do prawej, począwszy od dolnego pasa. Jakie wątki możemy na niej znaleźć? Na przykład historię o tym, jak Lancelot i jego kuzyn Lionel, jako świeżo pasowani rycerze, udali się na poszukiwanie przygód. Albo przedstawienie, na którym Lancelot ślubuje królowi Arturowi wierność i posłuszeństwo. Są i sceny zalotów: panna i mężatka zerkają na kawalerów. Jeden - zgodnie awanse przyjmuje, drugi wzbrania się przed nimi gestem dłoni.

Choć obrazy te powstały przed niemal siedmiuset laty, zachwycają i dziś. Wrażenie robi lekkość, z jaką przedstawiono postacie: harmonia, prawidłowe proporcje, eleganckie ruchy, miękkie linie szat i włosów. Kolory są różnorodne, a w tle pojawiają się fragmenty pejzażu - zapowiedź nadchodzącego, renesansowego przełomu w kompozycji.
Efekt, który malowidła robią na patrzącym, będzie jeszcze większy, gdy uświadomimy sobie, że są to jedyne na świecie malowidła przedstawiające legendę o sir Lancelocie, zachowane in situ, czyli w miejscu swojego powstania. - Nie ma drugiego miejsca na świecie, w którym zobaczylibyśmy coś takiego - mówił Przemysław Nocuń, archeolog, w jednym z odcinków podcastu Interii "Zamieszkanie".

Malowidła te najpewniej powstały krótko po zbudowaniu samej wieży. Skąd wtedy, na Śląsku, wiedziano o legendach arturiańskich? - Musimy pamiętać, że Agnieszka, żona księcia Henryka I jaworskiego, czyli fundatora malowideł, była królewną czeską, a więc obracającą się na dworze praskim, czyli jednym z najważniejszych dworów w Europie. Było to międzynarodowe środowisko, z dostępem do wysokich elementów kultury - tłumaczył w podcaście "Zamieszkanie" Nocuń. - Nie wiemy dokładnie, skąd przybył autor, nie wiemy też, na czym się wzorował. Zapewne były jakieś ilustrowane manuskrypty, z których można było skopiować takie przedstawienia. Znamy je z bibliotek Europy Zachodniej.
- O tym, że same legendy były powszechnie znane na średniowiecznych dworach, świadczy też to, że imiona z arturiańskich legend: Lancelot, Tristan, były nadawane wśród rycerstwa. Czy je czytano? Bardziej wierzę w to, że rozpowszechniali je zapraszani na uroczystości trubadurzy - tłumaczył ekspert.

Po obejrzeniu malowideł warto wspiąć się jeszcze na kolejne kondygnacje, na najwyższej z nich czeka strych, na którym to poziomie można oglądać imponującą konstrukcję spadzistego dachu.
O krok od zniszczenia
Niewiele brakowało, a dziś nie moglibyśmy oglądać tych wspaniałości. Wieża w swojej historii miała bowiem kilka momentów potencjalnie groźnych dla jej artystycznych i historycznych walorów.

Przede wszystkim same malowidła w pewnym okresie funkcjonowania obiektu zatynkowano. Kryjące się pod grubą powłoką dekoracje odkrył w XIX wieku inspektor podatkowy z Jeleniej Góry (swoją drogą ciekawe, czego i jak wnikliwie szukał, że zerknął aż do głębokich warstw tynku). W latach 30. XX wieku freski zostały przemalowane i to w sposób, który znacząco wypaczył sens przedstawianej na nich historii. Podczas II wojny światowej urządzono w niej magazyn, w którym umieszczono m.in. zbiory Muzeum Rzemiosła i Starożytności z Wrocławia. Po 1945 roku zaś lokalny folwark został zamieniony w PGR, a opiekę nad wieżą przejęło PTTK. W latach 90. dokonano zaś nierozważnej próby zapalenia w kominku wieży - niewiele brakowało, aby eksperyment zaowocował pożarem obiektu.
Od 2001 roku właścicielem wieży jest Fundacja Zamek Chudów, w której działania wspiera Stowarzyszenie Wieża Książęca w Siedlęcinie.
Kiedy najlepiej odwiedzić wieżę w Siedlęcinie?

Słoneczny, wiosenny czy letni dzień wydaje się być najlepszym wyborem. Nie tylko dlatego, że od 1 maja dostępna jest codziennie, od godz. 9 do 18, ale też dlatego, że położona na uboczu, w otoczeniu zieleni, jest po prostu miłym miejscem na spędzenie wolnego popołudnia. W ciepłe dni na trawniku rozstawione są leżaki, w soboty od godz. 10 do 13 działa Targ pod Wieżą, na którym nabyć można lokalne przetwory, sery, wypieki, a nawet wyroby kosmetyczne.











