Reklama

Reklama

Dzień z życia kobiety przez duże K...

Czy naprawdę chcemy czytać zawsze o tym, co nas nie spotyka, o kobietach, jakimi nie jesteśmy i nigdy nie będziemy, o miejscach, których nie znamy? A może przyjemnie byłoby niejednej kobiecie poczytać o problemach, takich jakie ma i ona? o życiu codziennym? o dzieciach, obowiązkach, dylematach, zmęczeniu? Jeśli tak to zapraszam. Na dzień z życia...

Czy naprawdę chcemy czytać zawsze o tym, co nas nie spotyka, o kobietach, jakimi nie jesteśmy i nigdy nie będziemy, o miejscach, których nie znamy? A może przyjemnie byłoby niejednej kobiecie poczytać o problemach, takich jakie ma i ona? o życiu codziennym? o dzieciach, obowiązkach, dylematach, zmęczeniu? Jeśli tak to zapraszam. Na dzień z życia...

Mogłabym zacząć od podania godziny, o której wstałam, jednak ciężko to określić, jako, że wstawałam wciąż, a spać raczej nie było mi dane... Uroki ząbkowania... Jednak w przypływie czarnego humoru, gdzieś między 24.004.00, gdy po raz enty wstawałam do płaczącego synka pomyślałam "może chociaż to ciągłe wstawanie z łóżka i kładzenie się przyniesie efekt w postaci utraty paru gramów..." ;)

Dobrze, że choć rano dał mi pospać i wstaliśmy przed 9. Byłam trochę i tak jak zombi i wszystkie te poranne czynności wykonywałam niemalże automatycznie, rutynowo. Wstać, podać synkowi pluszaka do łóżeczka, wstawić wodę, umyć zęby, założyć leginsy i t-shirt, zrobić kaszkę, przebrać synka z pidżamy, zmienić pieluchę.

Potem tradycyjnie zasiadamy na kanapie i zajadamy kaszunię ucząc się przy okazji nazw owoców na brzegu miseczki. Udajemy się do łazienki -swoją drogą rozbraja mnie jak od kilku dni Natanek łapie mnie za rączkę i prowadzi do niej - gdzie myjemy ząbki.

I tutaj mija mój pierwszy etap dnia. Bo musicie wiedzieć, że mój dzień podzielony jest na takie części, które sobie w mózgu odhaczam: poranne czynności-przebieranie-jedzenie-mycie
później "czas zabaw"
drzemka synka
obiad
"czas zabaw"
powrót taty
kanapka
czas "jak się uda to z tatą"
deserek
kąpanie
czas wolny

Jak widać mój rozkład kręci się wokół dziecka, zresztą nie ma się co dziwić, ale na czynności kurodomowe też muszę czas znaleźć.
Staram się jednak rzeczy typu sprzątanie kuchni, gotowanie obiadu, pranie itd. załatwiać w czasie synkowych zabaw. Czasem udaje się, ze Natan zajmie się sobą/zabawką/pokrywką i garnkiem, a ja mogę spokojnie obrać ziemniaki, nastawić sosik, czy sprzątnąć z kuchennego blatu.

Ale są i takie dni jak dziś. Ledwo usiadła z kawą po pierwszym etapie dnia, a tu już - drepcze do mnie z poważną miną z książeczką w rączce. No dobrze, czytamy. Zawsze chciałam wychować dziecko na takie, które uwielbia czytać, sama bowiem jestem moelm książkowym. Więc się cieszę. Na początku.... Po jednej książeczce mogłaby ewentualnie przyjść kolej na następną, ale nie... Inną synek wyjmuje mi z ręki i ponownie wkłada tą, co przed chwilą. I przyznam, że po jedenastu razach pod rząd aż mi ciarki przechodzą gdy czytam "Ledwo na niebie słonce zaświeci mama Dorotki speszy do dzieci. Ma podopiecznych gromadę wielką, bo jest w zerówce nauczycielką...." , bo tekst całej książeczki znam już na pamięć...

Mało tego, synek zaczyna robić się marudny, więc idziemy do kuchni. Jednak nie bawią go dziś pojemniczki z pokrywkami ani plastikowe sztućce. Wywala z szafki torbę z mąką i przez chwilę nieuwagi (mojej) rozsypuje jej połowę. Raaaaaan...odzywa się we mnie ryk zombie... Jakby tego było mało zaraz przybiega kot (pers długowłosy dodam... ) i ląduje w środku mącznego przedstawienia. Teraz mąka będzie w całym domu... Dobra, myślę sobie trzeba dziecko położyć spać.

Synek w łóżeczku, a ja teraz zamiast usiąść i odsapnąć zamieniam się w nie-perfekcyjną panią domu. Na szybko ogarniam kuchnię, bez dbałości o równo poustawian e koszyki tudzież pięknie podpisane pojemniczki z jedzeniem, zmiatam mąkę, łapię kota i otrząsam z nadmiaru mąki. Na szybkich obrotach wstawiam pranie, które nazbierało się nie wiadomo kiedy, uprzątam zabawki w jeden kąt pokoju coby się nie potknąć o coś, następnie decyduję, ze trudno, ale dziś będzie obiad z mrożonki. Warzywkka na patelnię i tylko pierś kurczaka pokroję i podsmażę i już. A dziecku wrzucam na garnek do gotowania na parze kawałek piersi, ziemniaka i brokuła. Przynajmniej z tym nie ma dużo roboty.

Uffffff.Dałam radę. teraz kawka, komputer, książka.  Oj, nieeeeee, kotka się porzygała. No cóż, czasem musi z siebie wyrzucić jakiegoś kłaczka. Idę sprzątnąć. Przy okazji zmyję mopem podłogę w przedpokoju. Dobra, już. To jak już mam tego mopa to i kuchnię po tej mące przelecę. Gotowe!
No, czas dla mnie, Siadam. Kurcze, kawa już ostygła. Nic to, robię nową. Siadam. Pyk pyk. Pranie się wyprało. Idę rozwiesić, bo jak dłużej poleży to się zaśmierdnie. Ledwo wieszam ostatnią rzecz i słyszę... "ma-ma , ma-ma!"

I tyle tego czasu dla mnie podczas jego drzemki. Ech... Chcecie słuchać dalej? Nie? tak, wiem, ja też się już zmęczyłam... ;)

Reklama

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy