Reklama

Reklama

Macierzyństwo jako źródło cierpień

Kobiety nigdy nie pozostają obojętne wobec tematu macierzyństwa. W pewnym momencie życia muszą określić swój stosunek do dzieci. Chcą je mieć, nie chcą, planują, zachodzą w ciążę, nie mogą mieć dzieci, tracą dziecko, wyczekują kolejnego. Dookreśleniem podmiotu kobieta, zawsze będzie dopełniacz dziecko, nawet jeżeli istnieje on w prywatnej opozycji. Pomiędzy te dwa słowa, wkrada się jeszcze jedno. Cierpienie.

Niejedokrotnie pierwszymi symptomami cierpienia z racji określenia się wobec tematu "dziecko", jest już moment, w którym pojawia się chęć zajścia w ciążę. Co będzie jak się nie uda. Co będzie jak okaże się, że nie mogę mieć dzieci. Jeśli moje dziecko będzie chore. Jeśli je znowu stracę.

Reklama

Najoczywistszym bowiem przykładem cierpienia, mającego swe źródło w macierzyństwie, jest strata dziecka. Poronienie. Śmierć na skutek nieszczęśliwego wypadku czy choroby. Zaginięcie.

Najmniej oczywistym - urodzenie zdrowego niemowlęcia. Pomijając poród, który nawet jako najpiękniejsze przeżycie natury psychicznej, jest okrutnym cierpieniem fizycznym, narodziny dziecka to początek matki, która cierpi. Matki, która się boi. Matki którą przepełniają wątpliwości. Od kwesti ubioru własnego dziecka: czy mu nie za ciepło, czy mu nie za zimno, czy się nie rozchoruje, po kwestie podstawowych funkcji życiowych: czy nie za mało pije, czy nie za dużo śpi, czy nie za szybko oddycha. I nawet jeśli po kilku miesiącach życia dziecka, jego matka w sprawach codziennej opieki popada w sluszną rutynę, to na drodze jej macierzyństwa pojawiają się kolejne trudności. Pierwsze choroby dziecka. Strach. Pierwsze wypadki dziecka. Strach. Pierwsze samodzielne wyjście z domu. Strach. Pierwszy wyjazd na wakacje. Strach. Pierwsza miłość. Strach. Oby nie było wojny. Oby dziecko nie musiało jeszcze tego przeżywać.

Inną odsłoną cierpienia matki, mającego źródło bezpośrednio w jej rozrodczości, jest jej prywatna droga krzyżowa przez życie. Banalne niewyspanie. Banalne, bo niewyspanie matki małego dziecka, kwitowane jest najczęściej machnięciem ręką, a przecież chociażby w Chinach to jedna z najczęstszych metod tortur - pozbawianie snu. Wyrzeczenie się własnego ciała, umęczenie go drogą ciąży porodu, połogu, często również karmienia piersią. Wyrzeczenie się własnego ja - rezygnacja z pracy, często jej utrata, rezygnacja z własnych upodobań, zainteresowań, możliwości, seksu. A jesli nawet kobiecie uda się to wszystko zachować - od figury, po stanowisko pracy i kontakt z kulturą wysoką - najczęściej łączy się to z ostracyzmem społecznym, piętnem wyrodnej matki i co za tym idzie - wyrzutami sumienia.

I nawet jeżeli istnieją matki bezwzględnie szczęśliwe, to nie ma matek idealnych. Nie ma matek, które nigdy nie skrzywdziły własnego dziecka. Nie ma matek, które znalazłyby złoty środek na równowagę pomiędzy szczęściem własnym, a szczęściem dziecka. Realizowanie własnych pasji, praca zawodowa, wyjazdy na wakacje we dwoje z mężem - to wszystko zaważa na trwałości więzi matki i szczególnie malutkiego, dziecka.

Jestem matką dwójki małych dzieci. Sama sobie ukręciłam ten bicz. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Macierzyńtwo jako źródło cierpień.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy