Reklama

Reklama

Dzień Zakochanych po katalońsku

 

Katalończycy bronią swojej odrębności na każdym kroku, walcząc o oryginalność tradycji nie tylko z Hiszpanią, ale i całym światem. Ma to swoje wady, ale trudno się czasem nie zgodzić z tą niechęcią do jednolitości. Tak jest w wypadku Dnia Zakochanych.

Gdy 14. lutego cały świat zgodnym chórem wystawia tandetne pluszowe serduszka, a we wszystkich sklepach globu przeważa czerwień bielizny w serduszka i innych nieużytecznych i pozbawionych jakiegokolwiek waloru estetycznego przedmiotów, Katalonia przygląda się temu zjawisku z rozrzewnieniem i lekką kpiną. Tu tylko sklepy chińskie i sieci zagranicznych marketów odważą się na nieśmiałe zaakcentowanie święta, czekając na właściwy moment. A kiedy nadejdzie, wraz z 23. kwietnia, dniem świętego Jerzego, jej ulice zapełniają się morzem kwiatów z dryfującym po nim stosem książek. Bo dzień miłości po kataloński zbiega się ze światowym Dniem Książki i zamiast czekoladek w kształcie serca podarowuje się tu najnowsze pozycje wydawnicze, klasykę lub piękne, stare wydania dzieł różnych autorów.

Reklama

Przechadzając się główną ulicą Tarragony i wdychając zapach świeżych kwiatów, zaglądając co chwilę do kolejnego straganu z książkami można dojść do wniosku, że warto by może było przejąć tę tradycję obdarowywania się książkami i rozpowszechnić ją, ale po pierwsze pluszowe misie wciąż jeszcze bardziej przemawiają do ludzi niż słowo pisane, a po drugie żal odbierać świętu charakteru lokalnego.

Choć ten dzień mija szybko i niepostrzeżenie jak każdy inny, zostaje jednak w pamięci tych, którym dane było go przeżyć i na zawsze kojarzy się im z zapachem kwiatów, książek i pierwszych ciepłych dni, które jakoś bardziej odpowiadają klimatom miłosnym. No, ale we dwoje i zimą może być ciepło, więc może nie warto nic zmieniać w tym niedoskonałym, ale przecież nie całkiem złym świecie?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy