Reklama

Reklama

Pisanie ma Styl - praca na konkurs

Od wielu lat zafascynowana jestem ogromnie literaturą górską, dlatego moją ulubioną kobiecą postacią literacką jest Anna Czerwińska, polska alpinistka i himalaistka, zdobywczyni siedmiu ośmiotysięczników i Korony Ziemi (jako pierwsza Polka). Jest najstarszą kobietą, której udało się stanąć na szczycie Mount Everestu. To także autorka powieści autobiograficznych takich, jak: „Korona Ziemi”, „Groza wokół K2”, „Dwa razy Matterhorn”, „Nanga Parbat góra o złej sławie”, „Broad Peak '83 tylko dwie”, „Trudna góra Rakaposhi”, „Zdobycie Gasherbrumów” oraz cyklu wywiadów pt. „Górfanka”.

Reklama

Anna Czerwińska na kartach swych powieści przedstawia się czytelnikowi jako kobieta odważna, żwawa, twardo stąpająca po ziemi i skrupulatnie realizująca swe cele. Zaczynając swoją przygodę z górami od Tatr, stopniowo rozwijała swe umiejętności wspinaczkowe, dzięki czemu osiągnęła tak wiele. Niektóre osoby rezygnowały ze wspinania na widok śmierci współtowarzyszy lub też zakładając własne rodziny, ona jednak nigdy nie porzuciła swej pasji. Jakże zatwardziała to osoba! Jeśli nie udawało jej się zdobyć szczytu - próbowała raz jeszcze. Trzykrotnie usiłowała pokonać górę K2, która jest drugim co do wysokości szczytem świata.

Wyższość pani Czerwińskiej, jako niewątpliwie postaci literackiej, nad innymi fikcyjnymi bohaterkami powieści stanowi to, że oprócz zapisania się na kartach literatury, jest ona też prawdziwą, żywą osobą, czyli tzw.„z krwi i kości”. Wspaniałą sprawą jest możliwość posłuchania jej ciekawych i barwnych opowieści podczas spotkań autorskich. Taką autorkę/bohaterkę można dotknąć, poprosić o wywiad, zapytać o nurtujące kwestie dotyczące książki i jej postępowania w określonych sytuacjach.

Pani Anna wymyka się stereotypom „matki Polki”, czyli takiej osoby, której całe życie toczy się wokół męża, dzieci i obowiązków domowych. Nie! Ona potrafi czerpać radość z zupełnie innych rzeczy i bynajmniej nie jest istotą aspołeczną. Obrała taką drogę życiową, w której czuje się szczęśliwa i spełniona, a nie taką, jakiej oczekuje społeczeństwo. Często musiała walczyć z nieprzychylnym podejściem mężczyzn-wspinaczy, którzy nie dostrzegali w niej równorzędnego partnera do wyjścia w góry. Jej odczucia w tej kwestii, podczas próby zdobycia szczytu K2 były następujące: „Chłopcy w obozie II dość krytycznie oce­nili naszą dzisiejszą działalność i trochę się z nas podśmiewali, co nie poprawiło naszych humorów.” („Groza wokół K2”, str.97)

Anna Czerwińska, choć jest utytułowaną himalaistką, absolutnie nie wywyższa się. Mimo niekwestionowanych osiągnięć pozostała normalnym człowiekiem, którym można szczerze porozmawiać.

Ta bohaterka literacka bardzo rozważnie podchodzi do swojej pasji. Wspinaczka jest przecież często loterią; a to zejdzie lawina, a to urwą się seraki, czy też można wpaść w szczelinę. Pogoda również potrafi zmienić się momentalnie. Dlatego wspinacz musi mieć nerwy ze stali. Oto sytuacja, która spotkała naszą narratorkę na Broad Peaku:

„Schodząc uważnie, odwrócona twarzą do stoku, w pewnym momencie stwierdziłam, że nie widzę idącej tuż poniżej mnie Kryśki.

- ... w prawo -  usłyszałam. W sekundę później zapadłam się nagle w głąb zbocza. Spadając instynktownie odchyliłam się w tył, dlatego nie wpadłam do szczeliny. Skończyło się na wywinięciu kozła. Kiedy oprzytomniałam, leżałam w śnieżnej zaspie głową w dół. Obok gramoliła się Kryśka.

- To była szczelina - wyjaśniła ze stoickim spokojem - widziałam, że ty też zaraz w nią wpadniesz, i krzyczałam, żebyś szła bardziej z prawej...”(„Broad Peak '83 tylko dwie”, str.48)

Także lawiny schodzą często spontanicznie, nieprzewidzianie, dlatego nie sposób zwykle ich uniknąć:

 „Lawina ruszyła o piątej trzydzieści rano. W górach panowała jeszcze lodowata cisza nocy, choć niebo było już jasne, a skały K2 nabrały różowej barwy. Olbrzymie skalne bloki nad przełęczą Negrotto drgnęły, w sekundę później osunęły się w dół. Ryły w stromym lodowym stoku potężną rynnę, impet coraz dalej roz­rywał śnieżne zbocze, zagarniał wszystko... Lawina potężniała, szła już całą szerokością ściany... Po drodze dosięgnęła linii poręczówek i zniszczyła je momentalnie, brutalną siłą rwąc liny na strzępy, jakby drwiła z pracy ludzi, którzy założyli je przemyślnie w nadziei, że oswoją groźną Górę. Lawiny nie mogło powstrzymać już nic i nigdzie nie było przed nią ucieczki. Potężne masy śniegu, zbite i sprasowane, przewaliły się przez dolną część ściany i wypełniły sobą kocioł pod przełęczą. Podczas gdy nieruchomiały w serakach lodowca de Filippi, chmura śnieżnego pyłu z wolna opadała, odsłaniając okaleczone, odarte ze śnieżnej szaty zbocze. („Groza wokół K2”, str.34)

Pani Anna Czerwińska musi też być niezwykle cierpliwą i wytrzymałą osobą, skoro potrafi spędzić nawet kilka dni w namiocie na dużej wysokości, przy bardzo silnym mrozie. Umysł i ciało pewnie pchają ją po przodu, ale pogoda uniemożliwia choćby najmniejszy ruch. Czasem dochodzi do tego, że czeka się na wyprawę miesiącami, przygotowuje wszystko, dochodzi w górze do pewnego momentu, kiedy pogoda zmusza niestety do powrotu i do zarzucenia planów zdobycia szczytu. A tak bohaterka powieści przedstawia warunki, które często panują na górze:

„Śnieżyca szaleje. Nie będziemy przecież tu stały całą noc, trze­ba się gdzieś schować. W sprasowanym na beton śniegu wyko­pujemy czekanami płytką jamę. Niewiele to, ale lepsze niż nic. Siadamy i z trudem naciągamy płachtę biwakową. Od razu ogłu­szający łopot szarpanego wiatrem ortalionu. Silny wiatr wydyma płachtę jak balon, co chwila jakaś jej część wysuwa się nam z rąk i do wnętrza natychmiast wdziera się lodowaty podmuch. Najważniejsza rzecz - trzymać płachtę. Wewnątrz jest jako tako spokojnie, poza cienkimi ściankami płachty istne piekło. Siedzimy skulone, o zdjęciu raków czy jedzeniu nie ma mowy. Trzeba prze­trwać!” („Dwa razy Matterhorn”, str.18)

W górach trafia się też na zupełnie różne osoby, na rozmaite ludzkie osobowości. Dlatego człowiek powinien tam liczyć przede wszystkim na siebie. Nie wiadomo przecież, czy partner, ratując własne życie, nie zostawi nas w potrzebie. Niektóre zespoły, atakujące szczyt korzystają też z pracy innych:

 „Ruszyłyśmy więc powoli w górę - warunki były jeszcze gorsze niż poprzednio, ale nasza forma okazała się znakomita i dosyć szybko zbliżałyśmy się do seraków. W czasie odpoczynku widziałyśmy idących za nami Anglików - początko­wo doganiali nas wyraźnie, ale zbliżywszy się do nas zwolnili i odległość między zespołami utrzymywała się ciągle taka sama. A jeśli przypadkiem za bardzo się do nas zbliżali, wtedy siadali sobie na odpoczynek.

- Te dranie - wysapałam - wcale nie chcą nas zmienić. Znaleźli sobie frajerki, które im torują.

Byłyśmy wściekłe, bo przecież za nami szła czwórka wysokich, silnych chłopów i żaden z nich nie kwapił się by przejąć torowanie. Szli naszymi śladami, oszczędzając siły, których mieli pewnie znacznie więcej niż my.” („Broad Peak '83 tylko dwie”, str.52)

Bohaterka książki nie boi się też przyznać do własnych uczuć, emocji, zupełnie nie kryje się z nimi przed czytelnikiem. Tu opisuje, co czuła, gdy na szczycie K2 wydarzyło się wiele tragedii, zginęli niewinni ludzie:

 „Straciłam wtedy serce do K2. Zbyt było podstępne i okrutne, zbyt nierówna była z nim walka. Zobaczyłam nagle bezsens na­szych zmagań, i to właśnie, a nie lęk, zdecydowało u mnie o chęci powrotu. Wiem, że nie był to lęk, tak wysoko pod szczytem czło­wiek na ogół już się nie boi. Obciążający nas strach pozostawiamy w dolinach, a tu, wysoko, uwolnieni od niego, stajemy się tylko walką... Tak silne są wtedy motywacje... Bez nich nie potrafimy iść w górę. („Groza wokół K2”, str.136)

A oto jak brutalna potrafi być śmierć w górach, zawsze bezsensowna i niesprawiedliwa, często będąca dziełem przypadku lub też wycieńczenia, połączonego z załamaniem pogody:

 „Właśnie w taki dzień została odnaleziona Mrówka (Dobrosława Miodowicz-Wolf)... Uczestnicy japońsko-pakistańskiej wyprawy natrafili na jej ciało na poręczówkach. Ciało Mrówki nie było przypięte do liny. Znajdowało się tuż poniżej miejsca kolejnego umocowania poręczówki, obok zwisały strzępy starych lin i tylko przywiązana do jej przegubu cienką linką rękawica, zaplątana w pętlę poręczówki, uchroniła je od upadku. Teren nie był w tym miejscu pionowy, ciało osunęło się nieco na pochyłą śnieżną półkę, raki wbiły się w śnieg... Linka od rękawicy wystarczyła, by utrzymać ciężar przez długie miesiące zimowych wiatrów... Kiedy została sama nie uszła już chyba daleko. Może czując, że traci siły lub zasypia, myślała jesz­cze o biwakowaniu w tym miejscu i chciała wyjąć z plecaka swój śpiwór. Odmrożone ręce były niesprawne, plecak poleciał w dół... Zasnęła... Umarła samotnie, w drodze, do końca walcząc o życie. Nie zrezygnowała...” („Groza wokół K2”, str. 179-180)

Stwierdzam, że o wyjątkowości Anny Czerwińskiej świadczy choćby to, że przeczytałam wszystkie jej powieści i ze spokojnym sercem mogę przyznać się do tego, iż przy żadnej z nich ani przez chwilę się nie nudziłam. Autorka, w swych książkach, zaraża nas swym optymizmem, sypie anegdotami, jak z rękawa, dlatego tak chętnie sięga się po jej twórczość, chce się być świadkiem jej przeżyć. Ma takie poczucie humoru, że lepiej nie czytać jej książek w miejscu publicznym – po prostu ciężko powstrzymać się od śmiechu.

Dzięki Pani Ani zachwyciłam się górami, w które od tej pory jeżdżę co roku (patrz: zdjęcie). Mało tego! Zaraziłam tą pasją mego męża. Wspólnie czytamy teraz literaturę górską oraz sporo wędrujemy po wszelakich szlakach. To wszystko zasługa bohaterki tych książek, która dosłownie zaraża swą energią i zaprasza do przygody. Powieści tej autorki czyta się jednym tchem, wciągają w akcję niesamowicie. Dlatego polecam je każdemu, kto chciałby zmienić coś w swoim życiu. Z tą cudowną Kobietą Gór, jako fascynującą postacią literacką, czytelnik dotknie sensu własnej egzystencji, co sprowokuje go do zastanowienia się nad sobą. I od tego momentu do rewolucji w jego własnym życiu jest już niedaleko.

Dla mnie bohater literacki powinien być taką osobą, która zmienia nas wewnętrznie, z którą przyjemnie się obcuje. Pani Anna Czerwińska nauczyła mnie wiary w siebie, w marzenia i pokazała, że wcale nie jesteśmy słabą płcią. Dużo zależy od naszej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, ale jeśli czegoś naprawdę pragniemy, nic nie pokona nas w realizacji zamierzeń.

Na zakończenie przytoczę kilka sympatycznych anegdot, napotykanych na kartach powieści Pani Anny Czerwińskiej:

1. „Rysio jest fanem Lufthansy, bo ma tam dużo wylatanych mil, stąd i zniżki. Lahore nie jest tak światowym miastem jak Islamabad, więc gdy celnicy znaleźli u kogoś butelkę spirytusu 96%, wmówiłam celnikowi, że to do celów medycznych. Oświadczyłam wręcz:

- Przecież tego nie da się pić, wystarczy zobaczyć, ile to ma procent.

Na szczęście facet mi uwierzył. W ten sposób uratowałam litr spirytusu – przynajmniej pod tym względem wyprawa była dobrze zaopatrzona.” („Górfanka powraca do Karakorum”, str.13)

2. „Cześć dziewczyny - podchodzi do nas zaaferowany Tomek - są kłopoty z noclegiem. Chcą po 10 franków od osoby, chyba bę­dzie trzeba spać na tarasie.

- Tu jest jeszcze drugie schronisko, może porozmawiaj z nimi - namawia Leszek.

Poszedł. Czekamy na wynik pertraktacji. Nocowanie na ze­wnątrz nikomu się nie uśmiecha - byłby to po prostu jeden biwak więcej. Na wysokości 3200 metrów w nocy jest już po­rządny mróz.

Tomek pojawia się wesoło uśmiechnięty.

- Załatwione - woła - wytłumaczyłem  facetowi,  że  skoro śpimy tylko pół nocy, to powinniśmy płacić tylko pół ceny. Half price - dodaje swoim wspaniałym angielskim.”

(„Dwa razy Matterhorn”, str.25)

3. „Obudziła mnie Krystyna, szarpiąc gwałtownie za śpi­wór...

- Coś dzieje się z Wandą – krzyknęła - słyszę jakieś jęki i wołania.

Wanda była rzeczywiście wytrącona z równowagi.

- Dusiłam się we śnie - mówiła, kiedy już ułożyła się w śpi­worze. - Miałam jakieś straszne sny. Ktoś chodził koło namiotu. Słyszałam kroki...

W tym miejscu muszę przyznać, że kroki słyszała później także i Krystyna. Czyżby duchy? Rankiem okazało się jednak, że bynaj­mniej nie były to siły nadprzyrodzone. To tylko pracowity Bernard wybiegał co godzinę z namiotu i odkopywał go ze śniegu.” („Nanga Parbat góra o złej sławie”, str.72)

4.  „Zajęte gotowaniem nie zauważyłyśmy nawet, że jest już późno.

- Siusiu i spać - stwierdziłam.

Wychodząc z namiotu usłysza­łam nagle jakieś sapanie, a potem w miejscu, gdzie biegły poręczówki, ukazał się czarny cień. O mało nie umarłam ze strachu, na szczęście cień przemówił głosem Wandy.” („Nanga Parbat góra o złej sławie”, str.82)

5. „Wreszcie czwartego dnia budzi nas jakiś okropny wrzask do­chodzący z dołu, z jadalni. Oho, Wandę (Rutkiewicz) gwałcą - myślę - spo­kojna o to, że nasza kierowniczka da sobie radę. Za chwilę wpada do nas na górę autorka tych krzyków i wyjaśnia się ich przyczy­na. „Wiatr zmienia kierunek. Macie dwa dni dobrej pogody" - oto co podał przez radiotelefon szef Air Zermatt, pan Gobba.

Zapanowało radosne ożywienie.” („Dwa razy Matterhorn”, str.63)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje