Reklama

Reklama

MIĘDZY DUSZĄ A SUKCESEM

Utalentowany, inteligentny, przystojny. Artysta przez wielkie A. Niepokorny romantyk. Sentymentalny łobuz. Woli nie robić nic, niż robić coś źle. Buntuje się przeciwko głupocie i ignorancji. Żałuje, że nie urodził się 40 lat wcześniej. Nie może pogodzić się z tym, że polski rynek muzyczny jest tak bardzo płytki i że tak trudno zaistnieć muzykowi, który chce grać to, co kocha i jak kocha, bez zewnętrznych nacisków i próby odebrania indywidualności. Rozmowa ze Sławkiem Uniatowskim o jego muzyce i o tym jak trudno jest robić muzyczną karierę nie zaprzepaszczając siebie.

Utalentowany, inteligentny, przystojny. Artysta przez wielkie A. Niepokorny romantyk. Sentymentalny łobuz. Woli nie robić nic, niż robić coś źle. Buntuje się przeciwko głupocie i ignorancji. Żałuje, że nie urodził się 40 lat wcześniej. Nie może pogodzić się z tym, że polski rynek muzyczny jest tak bardzo płytki i że tak trudno zaistnieć muzykowi, który chce grać to, co kocha i jak kocha, bez zewnętrznych nacisków i próby odebrania indywidualności. 
Rozmowa ze Sławkiem Uniatowskim o jego muzyce i o tym jak trudno jest robić muzyczną karierę nie zaprzepaszczając siebie.

 

 

 

 

Czujesz się celebrytą?

 

 

-Nie czuję się celebrytą i nie chciałbym się nim czuć. Celebrytami są w większości przypadków ludzie, którzy niewiele potrafią. Robią wszystko na pokaz, muszą coś pokazywać, ponieważ prędzej czy później ludzie o nich zapomną, gdyż nie mają wielkich osiągnięć artystycznych. To coś jest zwykle mało warte.

 

 

  

 

 

Jak chciałbyś, aby wyglądała Twoja kariera muzyczna? Bardziej planujesz, czy marzysz?

Reklama

 

 

 -Planuję i marzę. Nie chciałbym, aby moja kariera muzyczna nabrała bardzo szybkiego tempa. Chcę żeby to było stopniowe, żeby się nie przegrzać, nie znudzić. Muzyka oczywiście nigdy mi się nie znudzi, ale show-biznes może. Już teraz tak się dzieje. Ten świat jest przerażająco przewidywalny. Ma się nadzieję, że ktoś w końcu zdecyduje się zainwestować w ambitnych artystów, a z drugiej strony wszystko od początku wskazuje na to, że raczej nic z tego nie wyjdzie. Walczę, aby ocalić siebie od zapomnienia i myślę, że powoli mi się to udaje.

 

 

  

 

 

Jak wspominasz udział w programie IDOL? Poznałeś wiele osób ze świata show-biznesu. Woda sodowa nie uderzyła Ci do głowy?

 

 

-Byłem wtedy bardzo młody. Kiedy poszedłem na casting miałem 20 lat. Program sprawił, że pokazałem się szerszej publiczności i moja twarz stała się rozpoznawalna. Ludzie mogą myśleć, że zachłysnąłem się popularnością, ale ja zawsze byłem wariatem, który chciał grać i zawsze było mnie wszędzie pełno. Taki jestem od momentu, kiedy grywałem w toruńskich klubach.

 

 

 

 

 

Lubiłeś grać w klubach? Jak wspominasz tamten okres swojego życia?

 

 

 - Bardzo miło. Ludzie podchodzili i mówili: Sławek graj „Nie płacz Ewka”, graj Queen, graj Floydów, graj to czy tamto. Poznawałem setki utworów, naturalnie je zapamiętując. Były osoby, które przychodziły specjalnie na moje występy. Niemniej jednak większości ludzi nie interesowało to, jak gram. Grał sobie gość na pianinie, to sobie grał. Nie słyszeli, że gram coś fajnego, bo się nie znali. Ludzie tam przychodzili na pizzę i poza nią, rzadko kiedy dostrzegali coś więcej. Kiedyś podszedł do mnie starszy mężczyzna i zapytał, dlaczego gram takie młodzieżowe utwory. Sugerował, że powinienem grać coś ze starszego repertuaru. A ja wtedy grałem Louisa Armstronga... Bezsilność i irytacja.Całkiem niedawno na imprezie ktoś mi powiedział, że będzie grał „FIL”. Zapytałem Collins? W odpowiedzi usłyszałem, jaki Collins? Nie wiedzieli, kim jest Phil Collins, ale zespół Feel owszem. To się nazywa ignorancja i głupota.

 

 

  

 

 

Bolą Cię takie sytuacje?

 

 

 - Denerwuje mnie właśnie ludzka ignorancja i głupota. Bywa mi przykro, bo dostrzegam, że umiera wszystko, co w człowieku najcenniejsze. Obumierają emocje, telewizja pokazuje kłamstwa, często bezkrytycznie się jej ufa, nie wie w co wierzyć. Jesteśmy oszukiwani i pozwalamy na to. Ludzie są „wypłukiwani” z emocji, są wyjałowieni. Następuje dewaluacja wartości, a ludzie się temu nie sprzeciwiają.

 

 

 

 

 

Powiedziałeś, że udział w Idolu zaowocował zarówno wieloma pozytywnymi, jak i negatywnymi skutkami w Twoim życiu.

 

 

 -Tak uważam, ale wiem też, że gdybym nie wystąpił w tym programie, pewnie nadal grałbym w tych toruńskich klubach do kotleta, pizzy i spaghetti. Wszyscy mówiliby wówczas, Sławek, jesteś rewelacyjny, musisz coś z tym zrobić, z takim wokalem marnujesz się w Toruniu. Teraz klepią mnie po plecach i mówią, stary, ty się marnujesz w tym kraju, powinieneś się urodzić gdzie indziej, w innej epoce, zły czas, złe miejsce, co Ty tutaj jeszcze robisz. Jest to frustrujące, bo tak naprawdę poważnych PR'owców nie obchodzą zespoły, które nie przynoszą szybkich pieniędzy.

 

 

  

 

 

Twoja solowa płyta będzie po polsku czy po angielsku?

 

 

 -Płyta niestety tylko częściowo będzie po angielsku. Nie ukrywam, że wolałbym, żeby było inaczej. „Polacy nie gęsi, swój język mają” i co mnie boli, innych poznać nie chcą.. I nie mówię tu o ludziach, którzy w szkole uczyli się rosyjskiego, czy niemieckiego. Ja nigdy nie uczyłem się angielskiego w szkole. Poznawałem ten język z powodu muzycznej pasji. Słuchałem wielu anglojęzycznych zespołów i chciałem rozumieć piosenki. Zewsząd jesteśmy bombardowani anglojęzycznymi tekstami, informacjami czy sloganami i dziwi mnie, że ludzie to ignorują, nie mają potrzeby rozumienia tego języka, a jest on przecież nieodłącznym elementem ich codzienności.

 

 

 

 

 

Jesteś stuprocentowym samoukiem. Jak zrodziła się Twoja pasja do muzyki?

 

 

-W domu do muzyki nie przywiązywało się uwagi. Nidy też nie miałem w domu pianina. Chodziłem do sklepów muzycznych. Wielokrotnie mnie z nich wyrzucali, aż w końcu przestali. Nie było na mnie siły. Strasznie męczyłem pracowników tych sklepów. Prosiłem: „a może pan mi włączyć te klawisze...?”, a ci biedni ludzie nie potrafili mi odmówić. Teraz myślę, że czuli, że ja to lubię i że bardzo chcę i chyba im się to podobało. Tak nauczyłem się grać.W domu grało tylko radio i ja sobie tego radia słuchałem. Zapamiętywałem jak nazywają się artyści. Mając osiem lat chodziłem do starszego rodzeństwa moich rówieśników i pożyczałem od nich kasety, na przykład Michaela Jacksona, Queen, Pink Floyd' ów. Miałem osiem lat i Floydzi bardzo mi się podobali.To wszystko miało na mnie duży wpływ. Kiedy miałem 12 lat, zagrałem „Sonatę księżycową” ze słuchu. Może nie w całości, ale zagrałem.Wszystko przyszło mi z łatwością. Wiem, że to dar. Niektórzy ludzie uczą się muzyki, uczą się nut, a ja mam to wielkie szczęście, że zostało mi to dane i jest to część mojej natury.

 

 

 

 

Często według Ciebie rodzą się utalentowani ludzie?-Nie wiem czy często rodzą się tacy ludzie, bo mało wybitnie utalentowanych osób spotkałem na swojej drodze. Być może gdybym spotkał ich więcej, czułbym się bardziej rozumiany. Jeżeli spotyka się kogoś takiego, wówczas ma się nadzieję, że taki człowiek podobnie czuje. Patrząc na reakcje ludzi, jeśli chodzi o odbieranie muzyki, czy na obecną sytuację na rynku muzycznym, nie czuję się rozumiany. 

 

 

 Jak często koncertujesz?

 

 

 -Dzwonią do mnie przeróżni ludzie i proponują, abym grał koncerty. Zazwyczaj gram standardy jazzowe, często występuję też pod nazwą Uniatowski Project Solo i wtedy gram utwory z repertuaru zespołu. W ten sposób zarabiam na życie.

 

 

 

 

 

Twoją autorską muzyką można delektować się na koncertach UNIATOWSKI PROJECT?

 

 

- Tak, wpadłem na pomysł, by założyć zespół. Chciałem grać autorskie piosenki. Wymyśliłem, że będę grał na Rhodes Piano 88. Zależało mi bardzo, żeby w zespole była trąbka i gitara akustyczna. Planowałem, że będzie to zespół akustyczny. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy grać i po pierwszych dwóch miesiącach zagraliśmy pierwsze koncerty. Nie gramy niestety tak wielu koncertów, jak byśmy chcieli, ponieważ nie jesteśmy znani. Drażni mnie to bardzo, ponieważ nie uważam się za złego muzyka, czy złego wokalistę. Nie uważam moich piosenek za słabe piosenki, a absolutnie nie za gorsze od tych, które usłyszeć można w stacjach radiowych. W moim przekonaniu interesowanie się muzyką, powinno wykluczyć wszelkie uprzedzenia. Trzeba coś poznać, żeby móc to ocenić. Osąd powinien być świadomy. Często ludzie nie wiedzą o nas, ponieważ nie interesują się gościem, który był w Idolu. To są właśnie te uprzedzenia, może nawet ograniczenia... Odbiera się szanse sobie i innym.

 

 


 

 

Kto współpracuje z Tobą przy tym projekcie?

 

 

 -Współpracują ze mną świetni, utalentowani muzycy. Na gitarze gra Sławek Kosiński, który obecnie współpracuje także z Urszulą i Violą Brzezińską. Sławek był też gitarzystą w zespołach Lombard, Dezire oraz Qrek Band, grał też z Mieczysławem Szcześniakiem, Tomkiem Kamińskim i Ireną Jarocką. Gitarzysta basowy Uniatowski Project to Bartek Mielczarek, który obecnie gra w zespołach Kashmir i Vitamina oraz z Violą Brzezińską. W przeszłości występował również z Kasią Cerekwicką, Bartkiem Jaskotem, zespołami Toronto, Qrek Band, Słońce oraz z Gregiem Waltonem i Polyanną. Perkusistą jest Jacek Leśniewski, związany z rockową formacją Vitamina i Violą Brzezińską. Współpracował też z Nocną Zmianą Blusa oraz takimi artystami jak Miłka Malzahn, Roch Poliszczuk, czy Janusz Bigda. Na trąbce natomiast gra Miłosz Gawryłkiewicz, który współpracuje bądź współpracował z zespołami takimi jak DoriFi, Quidam, Acoustic Midnight, Big Band Klubu Tygmont, Namysłowski Big Band, Eljazz Big Band oraz z Orkiestrą Tomka Szymusia.

 

 

 

 

 

Za co kochasz jazz? 

 

 

-Lubię każdy gatunek muzyczny i w każdym staram się znaleźć głębszy sens. Jazz jest wyjątkowy, bo pozwala na improwizację. Można się popisywać, fantazjować. Mam w sobie melancholię, która pozwala mi nadawać mojej muzyce niepowtarzalny klimat. Chciałbym, żeby moja muzyka wywoływała w ludziach dreszcze, wyzwalała emocje, wzruszała. Kiedy ktoś mówi, że się wzruszył, że coś go poruszyło, to te słowa są lepsze niż pieniądze, niż brawa. Jest to bardzo przyjemne.

 

 

 

 

 

Ty komponujesz muzykę do piosenek granych przez Uniatowski Project. Kto pisze teksty?

 

 

 -Teksty pisze Tomek Organek, który jest wokalistą i gitarzystą w zespole SOFA. Ja daję Tomkowi zarys refrenu czy zwrotki, mówię, że chcę, aby pojawiły się jakieś konkretne zwroty, a on pisze resztę.

 

 

 

 

 

Uniatowski Project będzie wydany?

 

 

 - Na razie nie, ponieważ jest to niszowa muzyka. Nie ma tam „przytupu”. Teraz muzyka jest robiona z nastawieniem na taniec, żeby ludzie mogli się pobujać na parkiecie. Walory artystyczne, głębia i przekazywane emocje nie są istotne. Wytwórnie wydają płyty, w których chodzi o prosty przekaz. Ma być fajnie, ma być hit i na tym koniec.

 

 

 

 

 

Jak się z tym czujesz?

 

 

Bardzo źle. Kiedyś piosenki mogły mieć solówkę. Niektóre piosenki miały dwie, a jeszcze inne trzy solówki i były hitami. Były chóry, wstawki, jak w Bohemian Rhapsody zespołu Queen. Teraz, przez ludzi którzy nie mają serca, nie czują głębi, są płytcy, wszystko zaczęło się psuć. Wytwórnie muzyczne i stacje radiowe, chcąc zarabiać łatwiejsze pieniądze stawiają na popelinę. To się łatwiej sprzedaje, ponieważ ludzi, którzy nie potrafią czuć jest więcej niż tych, którzy traktują muzykę jak sztukę, a nie jedynie produkt. Całe szczęście, że są jeszcze tacy, którzy pragną przeżywać emocje związane z muzyką, ze słowem. Ja jestem właśnie dla takich ludzi.

 

 

 

 

 

 Leszek Możdżer, Sławek Ciesielski, Adam Nowak, Maryla Rodowicz, Marysia Sadowska, Novika, Mika Urbaniak, długo by wymieniać. Współpracujesz ze śmietanką muzyczną naszego kraju. Kto Cię inspiruje?

 

 

- Leszek Możdżer robi na mnie ogromne wrażenie. Również Bogdan Hołownia, którego nie ma dużo w mediach, a jest genialnym człowiekiem, który przepięknie czuje muzykę, jest bardzo liryczny w swoim graniu na fortepianie.Andrzej Zaucha jest dla mnie przykładem genialnego wokalisty, muzyka, który grał dużo wcześniej to, co gra się teraz. Piosenka „Byłaś serca biciem” jest utworem absolutnie ponadczasowym, to jest prawdziwe R'n'B.. Andrzej Zaucha naprawdę popularny stał się po śmierci. Wcześniej owszem, był popularny, ale w pełni doceniono go dopiero potem. Powstały takie utwory jak „C'est la vie” czy „Bądź moim natchnieniem” i było to totalnie innowacyjne. Nikt w Polsce nie wydawał wtedy płyt a la obecnie modny Michael Buble. Zaucha wyprzedził swoją epokę o 20 lat.

 

 

 

 

 

Udział w projekcie „Caffe Fogg” był dla Ciebie wyzwaniem?

 

 

 -„Fredzio” jest bardzo trudnym utworem. Zaśpiewałem go trzy razy w studiu nagraniowym. Teraz bardzo wiele rzeczy bym poprawił, ale wytwórnia zaakceptowała moją pierwotną wersję. Nie jest to zła wersja, ale wiem, że mógłbym zaśpiewać znacznie lepiej. Największe wyzwanie to koncerty, ponieważ piosenka ma dużo tekstu, który jest skomplikowany i może się mieszać.

 

 

 

 


Gekoniastyyy

 



 

 W sierpniu wyśpiewałeś I nagrodę na Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej. Chciałbyś komponować muzykę do filmu?

 

 

 -To moje marzenie. Ciągle słucham muzyki filmowej i zawsze taka muzyka robiła na mnie ogromne wrażenie. Połączenie muzyki z obrazem i tempo narastania emocji dają niesamowity efekt i mogą wywoływać przeróżne reakcje. Bardzo chciałbym to robić. Na razie jestem człowiekiem rozpoznawanym dzięki wokalowi. Nie jestem po żadnych szkołach muzycznych. Grzegorz Ciechowski też nie skończył dyrygentury czy orkiestracji, a napisał muzykę do „Wiedźmina” czy do „Stanu Strachu”. Dlatego myślę, że wszystko przede mną.

 

 

 

 

 

Nie wyobrażasz sobie życia bez muzyki?

 

 

- Nie, absolutnie nie. Zastanawiałem się kiedyś, jakim byłbym człowiekiem, gdybym nie słyszał, gdybym nie potrafił odbierać emocji. Ciężko jest mi sobie to wyobrazić.Jestem osobą, która dużo rozmyśla, wnioskuje i czasami nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy nic nie czują w sensie muzycznym, nie rozumieją muzyki, nie robi ona na nich wrażenia. Może jest to świadomy wybór, kwestia wrażliwości, wyobraźni, a ściślej ich braku.

 

 

 

 

 

Nie będę gwiazdą, będę legendą”. Tego pragniesz?

 

 

-To słowa Freddiego Mercurego. Pewnie, że chciałbym zostać legendą. Chciałbym, żeby ludzie zapamiętali moją muzykę, żeby to wszystko miało ponadczasowy wymiar. Przede mną długa droga. Muszę jeszcze poczekać na to, żeby móc w pełni zaprezentować co czuję i jak czuję. Nie mogę tego tego zrobić na mojej pierwszej płycie. Możliwe, że wówczas by się nie sprzedała, bo byłoby to za trudne, ciężko przyswajalne. To dopiero początek. Wierzę, że wszystko jeszcze przede mną.

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy