Reklama

Reklama

Gibraltar po raz pierwszy

Mieszkam na południu Hiszpanii dokąd przeprowadziłam się po kilkuletnim pobycie w Wielkiej Brytanii. I już wiem, ze tu jest moje "tu i teraz".

Mieszkam na południu Hiszpanii dokąd przeprowadziłam się po kilkuletnim pobycie w Wielkiej Brytanii. I już wiem, ze tu jest moje "tu i teraz".

Gibraltar, dużo słyszałam o tej skale skąpanej w błękicie Morza Śródziemnego, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że możliwe będzie zobaczenie jej na własne oczy. "Nigdy nie mów nigdy" tym razem zaowocowało wycieczką na Gibraltar właśnie. Do przejechania mieliśmy ca 100 km, co nie jest wysiłkiem po hiszpańskich drogach. Brak  zmęczenia, a raczej przyjemność z podróżowania wynika z dwóch podstawowych powodów po pierwsze rewelacyjne drogi zwłaszcza w porównaniu z polskimi, a po wtóre cudowne widoki za oknem stanowiły przyjemność samą w sobie.

Reklama

Nagle wyrosła skała, naprawdę nagle i naprawdę skała. Z niemalże płaskiej powierzchni nagle wypiętrza się 425-cio metrowa skała(w zależności od źródeł). Na pierwsze zdjęcie, jakie robię wkomponowują się różnokolorowo kwitnące oleandry tak jakby też chciały zostać uwiecznione, ale czy wieczne będą zdjęcia pozostawione w komputerze?

Za chwilę kolejny obrazek godny upamiętnienia to plaże z piaseczkiem prawie żółtym, co nie jest charakterystyczne dla Costa del Sol, tam piaseczek raczej brudnoszary, a do tego lazur ale taki absolutny farbkowy lazur morza. Plaże nie są szerokie, nie są również szczególnie oblężone przez amatorów słonka. Możemy kontemplować widoczek dość długo, ponieważ mieliśmy szczęście stanąć w jakiejś kolejce, na razie nie wiemy … za czym kolejka ta stoi… ani jak dużo czasu sobie w niej pospędzamy. Cierpliwość na razie nas nie opuszcza, dobroczynna klimatyzacja pracuje, więc darujemy sobie odrobinę luksusu, co prawda nie w kremie ale w nawiewie i czekamy.

Po około pół godzinie, w ciągu  której udało nam się przejechać jakieś 200 metrów, zaczyna nam się przypominać, że czas to pieniądz i szkoda nam tych wirtualnych, umykających pieniędzy, więc wkrada się powoli zniecierpliwienie. Tym bardziej, że w kwestii wiedzy po co stoimy nie zmieniło się nic.

Po kolejnym kwadransie zapada decyzja próbujemy wjechać na lewy pas i gdzieś się  zaparkować i już pieszo dowiedzieć się jak na skałę się dostać.

Udało się, znaleźliśmy parking podziemny za jakieś horrendalne pieniądze, ale wiemy, że frycowe musimy zapłacić, więc prawie jesteśmy pogodzeni.

Na szczęście mamy ze sobą paszporty,  przecież Gibraltar to terytorium brytyjskie i przyjdzie nam przejść granicę. Mają Anglicy szczęście, że udaje im się utrzymywać ten strategiczny kawałek lądu przez tyle lat, od 1714 roku mają go w wieczystym użytkowaniu( ostatni raz był w rękach Hiszpanii w 1704 roku). Hiszpania nie jest z tego powodu szczególnie zadowolona i co jakiś czas przeprowadza referendum czy może już mieszkańcy dojrzeli do tego, żeby być częścią Hiszpanii ale jak na razie bez pozytywnych dla siebie rezultatów, ostatnie referendum w 2006 roku znowu się nie powiodło i Gibraltar nadal jest angielski.

Nie jest to szczególnie wielki obszarowo teren, nie ma tu też żadnych terenów roponośnych, ani kopalni złota czy diamentów, jest natomiast doskonałym miejscem strategicznym, oraz portem, w którym odbywa się handel z Afryką, Azją, Japonią.

W czasach generała Franco po kolejnym referendum, w którym okazało się, że chcemy być angielscy w 1969 roku, Hiszpania zamknęła granicę lądową. Pewnie myśl była taka, że jeśli nie weźmiemy ich siłą to weźmiemy sposobem, ale...  czemu wtedy trudno się dziwić, obywatele woleli być zamknięci u siebie na kawałku Anglii niż … wolni…. we frankistowskiej Hiszpanii. I tak jakoś przemieszkali te kilka lat z możliwością  wydostania się jedynie drogą powietrzną. Restrykcje nie zostały całkowicie zniesione po śmierci Franco i wstąpieniu Hiszpanii do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej ponieważ droga powietrzna nad Hiszpanią jest zamknięta dla samolotów wylatujących i przylatujących na Gibraltar.

Sprawdzono nam ilość paszportów, to znaczy trzeba było mieć tyle paszportów ile osób, nikt do nich nie zaglądał ale odliczał. To jest efekt tego, że Wielka Brytania nie jest w strefie Schengen.

Za chwilę wszyscy przed nami stanęli i nie idziemy dalej, my nieco zdezorientowani aż nagle usłyszeliśmy huk startującego samolotu British Airways. Okazało się, że aby dojść do Gibraltaru trzeba przejść przez pas startowy, który jest zamykany na czas startu i lądowania samolotów. Taki sobie koloryt, jakby to powiedzieć, zamorskiej kolonii brytyjskiej o powierzchni 5,7 km2. Na takim terenie za wiele się nie zmieści więc wymyślono takie rozwiązanie, niech sobie ludziska chodzą po płycie lotniska tylko z niewielkimi przerwami. Po otwarciu szlabanu ruszyliśmy z całą masą ludzi, i również z całą masą musieliśmy zrobić pamiątkowe fotki na pasie lotniska i doszłam do wniosku, że niepotrzebnie tak dużo czasu zajęło mi czesanie, wiatr, który mieszka na stałe na Gibie zrobił z fryzury co chciał, to coś było na pewno tym, czego ja nie chciałam. Z pamiątkowych fotek powinnam wyciąć swoją koafiurę, zdjęcie by zyskało na urodzie.

Spokojnie doszliśmy do murów, które kiedyś stanowiły granice miasta, stare mury otoczone były fosą i mostami zwodzonymi co zwiększało bezpieczeństwo mieszkańców. Wrażenie, że dotyka się odległej historii, które nie często jest moim udziałem tutaj było niemal namacalne.

I za chwilę znaleźliśmy się w Anglii, tak charakterystyczne angielskie miasteczka ze sklepami ciągnącymi się wzdłuż jednej ulicy Main Street, sklepy które można znaleźć w każdym angielskim centrum, i oczywiście mnóstwo pubów serwujących english breakfast, fish & chips i te wszystkie angielskie "przysmaki". Wiem, wiem, mam takie samo zdanie na temat angielskiego jedzenia jak większość ludzi, którym było dane mieszkać w Anglii. Nigdy nie zrozumiem dlaczego państwo, które miało tyle kolonii z różnorodnością smaków, przypraw i bogactwem kuchni tak "ortodoksynie" trzyma się angielskiego "bezsmaku". Ale ja nie o tym w tym miejscu. Rzucała się w oczy ogromna ilość sklepów handlujących alkoholem i papierosami, ale to właśnie jest źródłem dochodu obywateli Gibraltaru wolny handel papierosami, alkoholem i paliwem. Ceny naprawdę atrakcyjne, benzyna tańsza o około 20%, a papierosy i alkohol nawet więcej niż 20%.

Ale nie zakupy były celem naszej wycieczki, chcieliśmy dostać się na skałę w jakikolwiek sposób. Okazało się, że sposób jest najprostszy na świecie, wjeżdża się kolejką taką jak nasza na Kasprowy Wierch za 9 funtów od osoby w obie strony. Na Gibraltarze obowiazują dwie waluty, euro i funt gibraltarski równoważny z brytyjskim, czyli można tu płacic funtami brytyjskimi natomiast w Wielkiej Bytanii nie można płacic gibraltarskimi. Przelicznik euro też nie jest korzystny, dlatego najlepiej mieć ze sobą funty.

I pojechaliśmy, dla mnie to niemile przeżycie, ponieważ najpewniej czuję się mając grunt pod stopami więc każde oderwanie się od ziemi stanowi problem ale zamknęłam oczy, złapałam się mocno poręczy i przeżyłam jakoś te 4 minuty.

Natomiast niespodzianka, jaka na nas czekała na szczycie wynagrodziła moje lęki. Przywitała nas duża małpa, która zrobiła leniwy przegląd wszystkich wysiadających z wagonika. Na jej twarzy nie było widać żadnych emocji związanych z wykonywaną pracą, popatrzyła sobie na nas i tyle, nie trzeba było się przed nią legitymować chociaż przez chwilę pomyślałam, że poprosi nas o paszporty. Tuż po wyjściu czekała druga przedstawicielka gatunku ale przy tej już zatrzymywali się turyści oglądając ją z zaciekawieniem. Małpie zaciekawienie było mniej natarczywe niż ludzkie. Zastanawiałam się, czy one same wpadają na pomysł, żeby witać turystów, czy ktoś im każe, a jeśli każe to w jaki sposób egzekwuje? Nie znam odpowiedzi na to pytanie.


powitanie na skale

widoczki, które roztaczają się z kilku tarasów są niezapomniane i nawet nie wiem jak opisać wcinający się na kilkaset metrów w morze kawałek asfaltu, który robi za pas startowy, niezwykle krótki jak na moje oko i dobrze, że raczej nie grozi mi tam lądowanie ani start. Będąc na miejscu gen. Sikorskiego miałabym obawy czy uda się wystartować, On prawdopodobnie nie miał obaw a start okazał się niezbyt szczęśliwy. Ale jak wiemy katastrofa pozostanie tajemnicą na kolejne 50 lat ponieważ rząd brytyjski zadecydował o opublikowaniu dostępnych dokumentów za owe pół wieku, chyba, że znowu im się coś zmieni. Ale ponieważ nie mam szans dożyć jakby mnie to nie dotyczy i prawdopodobnie się nie dowiem, chyba, że zostanie odkryta jakaś forma komunikacji z niebytem….

Niesamowity błękit morza taki jak na landszafcikach wiszących w domach wiek temu, Wydaje się, że nie może to być prawdą, że w naturze taki błękit nie występuje, zachwyca i nieco nawet razi swoją kiczowatością. Ale moje opinie o kiczowatości widoczków nie mają znaczenia dla niezwykłej rzeczywistości. Upał jak zwykle w letniej Hiszpanii ale osłodzony nieco przez wiatr, który ochładza ale też burzy fryzurę i jak tu pozować do zdjęć?

Nie powinno się być podmiotem na fotce, ponieważ siebie człowiek zna i zawsze do lustra może spojrzeć, chociaż czasem lepiej tego nie robić, żeby jakaś depresja nie zawitała. Tutaj celem fotografowania powinny być okoliczności przyrody, one są niezwykłe.

 Miejsca parkingowe w portach jachtowych, widocznych z góry z ustawionymi karnie w szeregach różnej wielkości jednostkami pływającymi kosztują jakieś niebotyczne pieniądze. Widoczne w oddaleniu afrykańskie góry Rif uświadamiają nam, że Afryka jest na wyciągnięcie ręki.


Niewielkie zatoczki z piaszczystymi plażami wydają się zapraszać do skorzystania z kąpieli zarówno słonecznej jak i morskiej, krążące bardzo blisko ogromne mewy, pokrzykujące na siebie nawzajem, a może na nas dopełniają uroku. Można się zapatrzeć i zapomnieć o świecie a przecież przygoda woła. Idziemy więc nieco w dół, by zobaczyć czy może jest tam coś wartego naszego czasu. Ponieważ ścieżki są wyznaczone i raczej trudno z nich zboczyć z powodu spadzistości terenu wszyscy przyjezdni mijają się po kilka razy. Słychać gwar rozmów w wielu językach ale co najmilsze polska mowa rozbrzmiewa nadzwyczaj często.

Po chwili schodzenia okazuje się, że jakiś niewielki zator pojawił się na drodze, a to małpy zrobiły sobie przegląd turystów i siedząc na poręczach obserwują sobie dwunożnych. Dla mnie zawsze są atrakcją nie wiem czy ja dla nich też. Zatrzymaliśmy się na chwilę ponieważ niezbyt często mam okazję niemal dotknąć dzikiego zwierzaczka zwłaszcza nieco do mnie podobnego więc fascynuje mnie możliwość bliskiego obcowania z przodkiem? Schyliłam się żeby zamienić słowo z jakąś przodkinią i nagle coś spadło mi na kark. Wystraszyłam się tak bardzo, że na mojej skórze pojawiła się skóra gęsia w wydaniu maxi. Uzbrojona w podwójną skórę człowieczo-gęsią zaczęłam powoli się zastanawiać co się dzieje i dotarło do mnie, że wskoczyła mi na plecy małpka. Usiadła sobie wygodnie, złapała mnie za włosy i doszła do wniosku, że na razie w tej pozycji spędzi trochę czasu. Moje serce waliło jak oszalałe ale po chwili zaczęło się uspokajać i tak sobie stałam z małpką na karku. To był gratis tej wycieczki.

Po jakimś czasie znudziło się stworzeniu i zeskoczyło, ale ja już byłam obfotografowana w komplecie z małpką.

Poszliśmy dalej, okazało się, że możemy zejść na piechotę i to na pewno byłby atrakcyjny spacer ale z powodu niechęci jednego z uczestników obiecaliśmy sobie, że dokonamy tego podczas następnej tu bytności. Znowu rzut okiem na piękno dookoła i postanowiliśmy zjechać na dół, ponieważ zaczynało robić się późno.

Wyszliśmy z kawiarenki w kierunku kolejki, trzymałam w ręku otwartą paczkę M&M, w pewnym momencie z poziomu niżej zerwała się małpa, chyba ta, która nas witała i nie chciała paszportów, przeskoczyła przez barierkę i wyszarpnęła mi z ręki żółtą torebeczkę z orzeszkami. To był naprawdę moment, nie udrapnęła mnie, nie zrobiła żadnej krzywdy tylko wzięła to, na co miała ochotę. Problem w tym, że ja też miałam ochotę na M&M-y. Usiadła obok mnie na ziemi i mówi do mnie oczami …. No proszę, spróbuj mi zabrać… Nie spróbowałam, nie zabrałam tylko poszłam w kolejkę do kolejki.

Magoty pojawiły się na Gibraltarze podobno w XVIII wieku sprowadzone z Afryki przez Brytyjczyków, ale nikt dokładnie nie wie. Funkcjonuje legenda według której Gibraltar będzie w rękach brytyjskich tak długo jak długo będą na nim małpy. Kiedy w 1944 roku pojawiła się groźba ich wyginięcia W.Churchil specjalnym dokumentem nakazał wojsku opiekować się nimi i je utrzymywać. Następnie przeszły na garnuszek rządu i do tej pory nie muszą się martwić o jutro.

Wiatr przybierał na sile, więc kolejką majtało jak należy, ale kiedy podjeżdżała pod przęsła musiała się na tyle uspokoić, żeby zmieścić się w niewielką przestrzeń i obijała się o słupy. Miałam nadzieję, że wiedzą co robią, że puszczają wagoniki i może nie spadniemy.

Nie widzieliśmy rezerwatu przyrody, jaskiń, korytarzy wydrążonych podczas wojen w XVIII wieku, ale zostawiamy sobie to na następny raz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy