Reklama

Reklama

marionetka

Funkcjonuję na rynku już parę dobrych lat. Parenaście nawet, ba ! parędziesiąt!, bo przecież para to przynajmniej dwa. A ja mam na myśli nawet więcej niż dwa.

Funkcjonuję na rynku już parę dobrych lat. Parenaście nawet, ba ! parędziesiąt!, bo przecież para to przynajmniej dwa. A ja mam na myśli nawet więcej niż dwa.

Funkcjonuję na rynku już parę dobrych lat. Parenaście nawet, ba ! parędziesiąt!, bo przecież para to przynajmniej dwa. A ja mam na myśli nawet więcej niż dwa. Początki spędziłam w magazynie. Leżałam na wielkim stosie, z innymi, podobnymi do mnie. Bezwładnie, bezwiednie, bez emocji. BEZ. Jak produkt, czekałam na czas popytu. Najpierw na wczesną wiosnę, na pierwsze tulipany. Bo mi się wydawało że mogłabym być czyjąś Tulępanią. Potem na lato, mogło być nawet późne, bo lubię śliwki, szczególnie, kiedy je gryzę i sok całuje mnie w usta. Stęskniona wzdychałam też do jesieni. Jesienią byłam gotowa na formę astra, uśmiechniętego każdym malutkim płatkiem do słońca, dokładnie tuż przed minięciem horyzontu.
A przyszła zima … i zostałam bryłą lodu. Niewdzięczną zimną materią z topniejącym życiem. Byłam też w tym czasie już zasuszoną śliwką i zwiędłym tulipanem, którego jednak nikt nie przytulił. Zaczęłam się marszczyć i psuć. Zanim nadszedł ten mój wielki moment, ząb czasu zdążył się wgryźć w moje ciało – nie ciało, w to, czym byłam.

Reklama

Zastanawiam się niekiedy, że może na tym stosie leżałam tak długo, bo czekałam na jakieś brakujące części – tak!, niewątpliwie tak było, bo zauważam brak niektórych, a może dlatego, że innych miałam za dużo – też niewykluczone, wciąż coś rozdaję. Nie wiem, ale uczucie przeterminowania, wybrakowania i przesytu zarazem, mnie nie opuszcza do tej pory. Choć nie wiem, jak to możliwe.

Nigdy nie byłam towarem deficytowym, niestety. Jakoś nikt po mnie nie sięgał z zachwytem, kiedy wegetowałam na tym stosie. W sumie nie ma się czemu dziwić. Mogłam przecież być jedynie zwykłym tulipanem za złoty pięćdziesiąt albo śliwką, węgierką, na przykład, za trzy złote za kilogram. Albo tym spokojnym milczącomądrym astrem na marmurowej płycie z krzyżem. Byłam wszystkim, co już było i co zawsze będzie. Linią.

Kiedy przykrywający mnie kurz, na dobre już się we mnie zadomowił, a zgięcia materiału nieodwracalnie wrysowały się w mój wizerunek, wystawiono mnie na wystawę. Zostałam jednak upchana w cieniu, jak towar drugiego gatunku, bo niby byłam do wzięcia, a z drugiej strony, jakoś trudno było we mnie już znaleźć atuty, którymi mogłabym przyciągnąć czyjś wzrok. A może po prostu zabrakło mi dobrego marketingu? Albo ładnej sukienki, różowej kokardki i tego wszystkiego, co tworzy miłą powierzchowność?

Aż w końcu znalazł się kupiec! Ach co to był za bal! Nabywca to krawiec o wielkim talencie. Zszywał, przerabiał, reperował, łatał, prasował, kurczył i rozciągał. Ogrodnik! Pielęgnował, przycinał, podlewał, przesadzał. Cukiernik! Kroił, wypiekał, słodził …

W wyniku tych wszystkich zabiegów liftingująco-tuningujących, mogłabym stanąć na jednej półce z nowym misiem i lalką Barbie, gdybym tylko zechciała. Ale będąc w rękach takiego krawca, któżby chciał półek szufladek i innych sortowni? Stałam się miękka jak plastelina, giętka jak guma, nauczyłam się powtarzać jak papuga i można mnie było pokazać światu. A mnie ten świat tak zachwycił! Z wybrakowanego towaru w zapomnianym magazynie przeszłam na drugą stronę lustra. Do świata! I niczym nie różniłam się od innych! Jaki wyleniały misiu o tym nie marzy?

Tańczyłam w rytm powszechnych melodii, a wszyscy bili mi brawo.
Rozdawałam puste uśmiechy i w odpowiedzi otrzymywałam jeszcze większy i jeszcze bardziej pusty uśmiech. Czyż dobro nie powraca w podwójnych ilościach?
Niestety, złośliwość rzeczy martwych zaskakuje w najmniej odpowiednich momentach. Pewnego dnia napięte gumki zaczęły pękać, szwy się rozeszły a pozostałe części zaczęły wracać do swych dawnych kształtów. W wyniku ciągłych modyfikacji, naciągania i dopasowywania, niektóre fragmenty zaczęły odpadać, inne stały się jak rozciągnięta na zawsze sprężyna. Ale show must go on. Nie chcąc sprawiać przykrości mojemu mistrzowi, ukrywałam jak mogłam, ubytki i niedoskonałości. Bo czy ktoś lubi jak się wali jego zamek z piasku?
Desperacko, z poczuciem winy za niezbyt wytrzymały materiał, z którego zostałam zrobiona, skrzętnie ukrywałam te druty, kółeczka i tłumiki, które nagle zaczęły wystawać.

Nie starczyło na długo. Bokami zaczęła wychodzić wata, która od wewnątrz czyniła mnie podobną do ludzi. Głos zaczął się zacinać, zrzędzić i przycichać. Pękałam w szwach coraz bardziej i nawet coraz to wymyślniejsze ubranka nie były w stanie tego ukryć. Byłam skazana na stos… towar nie nadaje się do naprawy, w uzasadnieniu: wady produkcyjne; naprawa przekracza koszty produkcji. Gra nie warta świeczki. Nazwijcie jak chcecie…

Są światy, które do nas nie należą, szuflady, do których się nie mieścimy i wystawy, na których nie powinniśmy się pojawić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama