Reklama

Reklama

Walentynkowa historia z różowym donutem w tle

Nadzwyczajne historie zaczynają się zupełnie zwyczajnie. A kto wie, co z walentynkowego, lecz przypadkowego spotkania wyniknie w przyszłości?

Miałam już wszystkiego dość. Cóż, może to stwierdzenie brzmi zbyt mocno w ustach dwudziestoośmiolatki, ale rzeczywiście tak było. Praca mnie frustrowała, Okropny Edward, czyli mój szef, jak nazywałam go w myślach, wymagał coraz to bardziej irracjonalnych rzeczy, a ja nie mogłam sobie pozwolić na utratę tej posady – w końcu nic tak nie wiąże ludzi jak kredyt. Wszystkie moje przyjaciółki już od dawna miały swoje rodziny. Dom, praca, dzieci i wieczorne prasowanie, czyli zupełny kierat. Czy one naprawdę nie oczekują niczego więcej od życia – zastanawiałam się za każdym razem, kiedy na facebooku widziałam kolejne zdjęcia z chrzcin i urodzin. Jakby moich nieszczęść było mało, na wszystkie te imprezy byłam zapraszana. Przestałam na nie chodzić w momencie, w którym uprzejme koleżanki porzuciły już wynajdywanie coraz to Nowych - Kandydatów -Na - Mojego - Przyszłego - Męża i po prostu spoglądały na mnie litościwie.

Reklama

Ale, ale... to nie koniec gnębiących mnie problemów. Za trzy dni były Walentynki. Tak, wszyscy dobrze wiemy, co to znaczy. No i, co to znaczy dla najbardziej samotnych w tym dniu singli. Kapiące z nadmiaru różu serduszka, kartki z kotkami, misiaczkami i aniołkami, wielkie czerwone i obleśne w gruncie rzeczy lizaki. Nawet Faktów nie można obejrzeć w spokoju, bo co rusz człowieka informują o pierwszych walentynkowych kartkach/ nadmiarze walentynkowych kartek/ kartkowym szaleństwie. Brrr...

Tamtego wieczora siedziałam przed komputerem z miską pełnych lodów czekoladowych i oglądałam nowy odcinek „Plotkary”. Patrzyłam sobie na żółte taksówki, zieleń Central Parku i donuty z różowym lukrem i pomyślałam – właściwie dlaczego nie spełnić mojego największego marzenia? Mam jakieś pieniądze na koncie i niewykorzystany od w zasadzie nigdy urlop. Chwilę potem nie tylko miałam kupiony bilet na samolot odlatujący za dwa dni, ale także zarezerwowany pokój w NYC i   e-mail o urlopie wysłany do Okropnego Edwarda.

A trzy dni później siedziałam w kawiarence na rogu Brodway i 106-tej. Była to typowa amerykańska knajpka, z dolewaną kawą i szarlotką. Przeglądałam sobie nudny przewodnik, kiedy usłyszałam nad sobą jakiś głos. Czy mogę się przysiąść – spytał przystojny brunet o niebieskich oczach, z wymiętym egzemplarzem New York Timesa pod pachą. Odpowiedziałam, że oczywiście, a on całkiem zwyczajnie zaczął rozmowę.  Że bardzo przeprasza, ale nie ma żadnego wolnego stolika, że pracuje na Wall Street, że marzą mu się długie wakacje w Europie i Polskę też chętnie zobaczy, że zna super knajpkę w SoHo i tak właściwie może wybierzemy się na kolację jeszcze tego samego dnia? Cóż, nie wiem, co go skłoniło do tego zaproszenia, mój cudzoziemski urok czy zalotne spojrzenie spod długich rzęs, ale być może przyszłoroczne Walentynki nie będą aż takie okropne???

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje