Reklama

Reklama

Wspomnienie o moim synku

Artykuł opowiada o ostatnich 6-ciu miesiącach życia mojego 12-to letniego syna, który przegrał walkę z chorobą nowotworową w 1998 roku.

Mój syn Michałek był pierwszym podopiecznym domowego hospicjum dla dzieci i jako pierwszy odszedł, po blisko półrocznej wielkiej przyjaźni z pracownikami hospicjum, szczególnie z wolontariuszem Dominikiem. Jestem pełna podziwu dla ich poświęcenia, mój syn był wręcz zauroczony ich dobrocią, dzięki nim ostatnie miesiące życia spędził w poczuciu wielkiej miłości i spełnienia. Był szczęśliwy i dumny z tego, że jest pod tak wspaniałą opieką. Byli na każde jego zawołanie, ich zainteresowanie jego chorobą przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Były ciągłe pytania o jego stan zdrowia, o nasze potrzeby oraz błyskawiczna ich realizacja, natychmiastowa reakcja na prośby, codzienne telefony i odwiedziny w celu chociażby tylko rozmowy czy zabawy. Dzięki pomocy hospicjum, syn podczas swoich ostatnich wakacji był ze mną i wolontariuszem w stadninie koni, miał możliwość jeżdżenia na nich, przytulania ich i całowania, rozmawiał z nimi i karmił je. Podczas tego tygodniowego pobytu przestał chodzić…. i któż nosiłby go nieustannie na rękach, gdyby nie pomoc Dominika, którego mój synek ukochał ponad wszystko, który był dla niego wspaniałym „tatą”, bratem i kolegą. Kto odpowiadałby mu na setki trudnych pytań, którymi zasypywał nas codziennie? Kilka tygodni przed swoim odejściem, Michałek mówił mu: - „Wiesz, jesteś dla mnie najwspanialszym tatą na świecie, jesteś tak dobry jak Bóg i kocham cię jak Pana Boga”, a potem pytał: - „Czy można mi tak myśleć?, bo czasami wydaje mi się, że ty jesteś wysłannikiem z nieba, moim Aniołem Stróżem”. 
Michałek bardzo chciał żyć, za wszelką cenę, dałby sobie zrobić wszystko, by chociaż kilka tygodni dłużej być z nami. W ostatnich tygodniach życia prosił, by dać mu jakieś lekarstwo, aby choć jeszcze przez kilka miesięcy było tak jak dawniej, na początku znajomości z Dominikiem, kiedy choroba nie zdążyła jeszcze zrobić takiego spustoszenia w jego organizmie.
Słowa miłości przekazywał nam, póki mógł mówić, ustnie - „Kocham cię” mówił w kilkunastu językach, nawet po japońsku (specjalnie dla nas się tego nauczył), potem pisał na tabliczce, jeszcze później językiem migowym, specjalnie dla niego wspólnie wymyślonym i znanym tylko wtajemniczonym, w końcu kiwnięciem głowy… ciepłym spojrzeniem.
Mówił, że to były jego najwspanialsze w życiu wakacje, najpiękniejszy Dzień Dziecka, kiedy to został obsypany mnóstwem cudownych prezentów i że …. warto było zachorować, żeby poznać wolontariuszy i innych oddanych pracowników hospicjum. Mówił, że to właściwie dobrze, że to on zachorował, bo nie wyobraża sobie, żeby ktoś inny mógł tak cierpieć jak on, nawet największy wróg. Patrzył z zazdrością i smutkiem na biegające dzieci, na chłopców grających w piłkę (sam kiedyś chętnie grał w „nogę”), jeżdżących na rowerze, ale po chwili zastanowienia sam się pocieszał: - „Ale ja będę mógł w niebie latać” – nawet z nieszczęścia potrafił czerpać radość.
Był dla nas największym nauczycielem, uczył nas, że można cieszyć się z każdej chwili i znajdować szczęście nawet w cierpieniu.
Najpierw przestał mówić, potem chodzić i przyjmować pożywienie; patrzył na jedzącego obiad Dominika, skrępowanego jego spojrzeniem i „mówił” na migi: - „Nie przejmuj się, ja wyobrażam sobie, że jestem twoimi ustami”. Później przestał słyszeć i widzieć, a wreszcie oddychać – odszedł w ramionach wolontariusza, poczekał na niego, aż do nas przyjedzie. Dominik, zgodnie z obietnicą, zrobił mu sztuczne oddychanie, tak by wypełnić jego wolę…… nigdy w życiu nie słyszałam, by dorosły mężczyzna tak strasznie rozpaczał…….
W ostatnich tygodniach życia Michałek karmiony był sondą, nie mógł się poruszać, leżał w pampersach i tylko czekał, ciągle czekał…. na Dominika, gdy ten spóźniał się parę minut, czekał na cud, na uzdrowienie lub odejście do nieba, bo strasznie się męczył przykuty do łóżka. Był na tyle cierpliwy i delikatny, że nieraz nie sygnalizował nawet, że boli to główka (to był nowotwór mózgu, więc bóle głowy były potworne), żebym się nie martwiła. To było kochane „święte” dziecko.
Jednakże, gdy ból był nieraz nie do zniesienia, błagał: „Jeśli mnie kochasz, to mnie zabij…. Ja tak strasznie cierpię”, na co wolontariusz odpowiadał: „Właśnie dlatego, że cię bardzo kocham, nie mogę tego zrobić”.
Wcześniej, gdy jego stan zdrowia pozwalał, zwiedzaliśmy wspólnie różne ciekawe miejsca, chodziliśmy na spacery. Gdy zmęczeni siadaliśmy na ławce, aby odpocząć, Michałek zakopywał pieniążek w ziemi na szczęście, w nadziei, że tu jeszcze wróci….. bał się, że nie zdąży.
Pracownicy hospicjum często pytali go, co chciałby zobaczyć, gdzie chciałby pojechać, czego jeszcze nie widział, jakie są jego marzenia, które można spełnić. Na wycieczki zabierali też moją młodszą córkę, która była z tego bardzo zadowolona, gdyż wcześniej czuła się zazdrosna o większe zainteresowanie chorym bratem. Ale pochlipywała w kącie nie tylko z tego powodu, bardzo była z nim zżyta, byli niemal jak bliźniaki, wszystko robili zawsze razem (tylko rok różnicy był między nimi), a tu nagle choroba spadła jak grom z jasnego nieba i wszystko diametralnie się zmieniło.
Michałek cieszył się ogromnie, gdy Dominik pozwalał mu zasiąść za kierownicą samochodu, (oczywiście na jego kolanach) i samodzielnie prowadzić auto. Była wówczas taka nieopisana radość w jego oczach, której nie sposób zapomnieć. Szczery śmiech rozlegał się wokoło, upamiętnione to mamy na kasetach video oraz na zdjęciach, które często oglądam, przywołując pamięć tamtych dni.
Wszystko to zawdzięczamy ludziom dobrej woli i wielkiego serca, którzy pomagali nam z całych sił w tak trudnych dla nas chwilach, nawet w udzielaniu odpowiedzi na bardzo trudne pytania chorego dziecka, którymi nas nieustannie zasypywał:
- „Jak ja pójdę do nieba, jak zapomniałem, jak się chodzi? - Jak się dowiem, że Bóg mnie wzywa do siebie, gdy straciłem słuch? - Jak będę rozmawiał z Bogiem, jak nie mogę mówić? - Dominik, ja już zapomniałem nawet twój głos, zrób coś, żebym słyszał! - Nie lubię swoich nóg, bo są chore, bo nie chcą chodzić.
- Dlaczego ja nie mogę słyszeć, widzieć, mówić, jeść, śmiać się, ja nie mogę nawet płakać! - pokazywał nam na migi.
- „Gdy będę odchodził do nieba, to trzymaj mnie za nogę, bo ja nie chcę odchodzić, a gdy przestanę oddychać, zrób mi sztuczne oddychanie”.
- „Co ja mam zrobić, żeby Pan Bóg dał mi już spokój, żeby mnie nie zabierał, bo ja was bardzo kocham i będę za wami strasznie tęsknił, a boję się, że stracę pamięć i o was zapomnę. – „Może gdybym był niegrzeczny, to bym nie zachorował? – zastanawiał się nieraz… Dlaczego właśnie ja? – pytał błagalnym wzrokiem, - Co ja takiego zrobiłem, ze Bóg tak strasznie mnie ukarał? – Dlaczego wam jest tak dobrze, a ja muszę cierpieć?”….
Chociaż choroba poraziła mu bardzo nerwy twarzowe, wykrzywiła potwornie buzię, tak że z trudem wypowiadał mało zrozumiałe słowa, to śpiewał nam piosenki ułożone przez siebie, opowiadał dowcipy, był niezwykle ciekawy świata, zasypywał nas pytaniami, rozśmieszał nas, przytulał, całował, byliśmy napełnieni nim bez reszty. Zwierzał nam się ze swych dziecięcych marzeń i sekretów, był cierpliwy i dociekliwy. Dominik z uwagą słuchał jego zwierzeń, lecz jakże trudno było prowadzić rozmowę z tracącym słuch, wzrok i mowę dzieckiem. Nieraz zmęczeni udzielaniem Michałowi odpowiedzi na dręczące go pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi, mieliśmy ochotę wybiec z mieszkania i wyć z bezsilności.
To nie on od nas, ale my od niego dowiedzieliśmy się, że wkrótce odejdzie. Kiedyś powiedział do Dominika wprost: - „Wiesz, ja niedługo „kopnę w kalendarz”.
- „Dlaczego muszę odchodzić teraz, kiedy cię tak mocno pokochałem, teraz, kiedy jestem jeszcze dzieckiem, dlaczego nie mogę dorosnąć?.... Zgoda, mógłbym umierać, ale wtedy, gdy będę już stary, a nie teraz. Nieraz mówił: - „Mógłbym odejść, gdyby i Dominik mógł odejść razem ze mną”. Ale po chwili zastanowienia: - „Ale nie wymagam od ciebie takich wyrzeczeń, ty musisz skończyć studia i zostać lekarzem, żeby wymyślić lekarstwo na moją chorobę i leczyć dzieci tak chore jak ja, by nie musiały umierać”.
Michałek zgasł w wieku 12 i pół lat, po prawie 4 latach zmagania się z ciężką chorobą (operacja neurochirurgiczna, radioterapia, chemioterapia), wymknął się bezszelestnie, zostawiając po sobie niczym nie zapełnioną pustkę. Dziecka, które odeszło, nigdy nie będzie można zastąpić innym, bo było ono jedyne i niepowtarzalne, a żal w sercu będzie towarzyszył nam do końca naszych dni.
Przyjaciele z hospicjum, oprócz tego, że spełniali jego ostatnie życzenia, pomogli mu przejść na drugą stronę bez zbędnego bólu, oszustwa, w miłości i poczuciu bezpieczeństwa, łagodzili ból rozstania i pięknie tłumaczyli to, czego nawet dorośli zrozumieć nie mogą – tajemnicę odejścia.
Domowe hospicjum niesie bezinteresowną i ofiarną pomoc, przynoszącą ulgę w cierpieniu fizycznym i duchowym chorych dzieci, ich rodzin i rodzeństwa, nawet wiele lat po stracie dziecka, bez ich pomocy nie wyobrażam sobie, jak mogłoby wyglądać moje pożegnanie z synkiem.
Michałek wszystko starał się zrozumieć, nikogo nie chciał urazić, w ciągu swojego krótkiego życia dał nam tyle radości, ile niektórzy nie otrzymują przez całe długie życie.

 Jestem dumna, że mogłam być jego mamą.

 „Umierają nie ci, którzy przechodzą na tamtą stronę, ale my, którzy zostajemy tutaj, odarci z nich”.

Mama Michałka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy