Reklama

Reklama

Abecadło letnich wpadek

F jak Finlandia - miejsce: Pyhajarvi. Do miasteczka zawitał cyrk. Miesiąc tułaczki po Skandynawii dobiegał końca, w bagażu zostało już tylko kilka chińskich zupek. Wspomnienia z dzieciństwa, magnetyzm cyrku sprawił, że mimo pustych kieszeni za wszelką cenę chciałyśmy zobaczyć przedstawienie. Tylko jak to zrobić bez pieniędzy? Melanie z Kanady wymyśliła, że przed drugą połową wślizgniemy się bez biletu wraz z ludźmi wracającymi po przerwie do namiotu. Pomysł wszystkim się spodobał. Idealny plan wydał się w chwili, gdy rozpoczął się pokaz koni. Jedna z nas była uczulona na końską sierść. Dyrekcja cyrku od razu zorientowała się, że weszłyśmy bez biletu, gdyż w pierwszej części był podobny numer z końmi i nikt nie reagował atakiem duszności na trybunach. Misterny plan się nie udał.

F jak Finlandia - miejsce: Pyhajarvi. 
Do miasteczka zawitał cyrk. Miesiąc tułaczki po Skandynawii dobiegał końca, w bagażu zostało już tylko kilka chińskich zupek. Wspomnienia z dzieciństwa, magnetyzm cyrku sprawił, że mimo pustych kieszeni za wszelką cenę chciałyśmy zobaczyć przedstawienie. Tylko jak to zrobić bez pieniędzy? Melanie z Kanady wymyśliła, że przed drugą połową wślizgniemy się bez biletu wraz z ludźmi wracającymi po przerwie do namiotu. Pomysł wszystkim się spodobał. Idealny plan wydał się w chwili, gdy rozpoczął się pokaz koni. Jedna z nas była uczulona na końską sierść. Dyrekcja cyrku od razu zorientowała się, że weszłyśmy bez biletu, gdyż w pierwszej części był podobny numer z końmi i nikt nie reagował atakiem duszności na trybunach. Misterny plan się nie udał.

E jak Estonia - miejsce: Tallin.

Trzy Polki zwiedzają miasto. Wpadłam na pomysł pojechania do ZOO. Nie wiem czemu: by poczuć andrenalinę czy zaoszczędzić na przejeździe postanowiłyśmy nie kupować biletów na autobus. W razie kontroli nie znamy ani angielskiego, ani rosyjskiego. Usiadłyśmy na samym końcu starego, rozwalającego się autobusu. Znacie to uczucie, gdy nie macie ważnego biletu na przejazd i każda wsiadająca osoba wydaje się być kontrolerem? Tym razem szczęście nas opuściło: dwóch nieciekawie wyglądających typów wsiada do środka. Zbliżają się, my panika w oczach. Co tu zrobić? Idziemy w zaparte, nie znamy żadnego "cywilizowanego" języka i tłumaczymy się tylko po polsku. Stek kłamstw: że samolot niedługo odlatuje, że nie wiedziałyśmy gdzie kupuje się bilety, że to..., że tamto. Dojeżdżamy do przystanku. Otwierają się tylne drzwi. Jedna z nas, A pochyla się i z zaskoczenia przebiega pod ręką kontrolera i już ... już jest na zewnątrz autobusu. Zaskoczeni kanarzy na moment odwracają się ode mnie i B, też wybiegamy na przystanek. Jak nam teraz udwodnią, że w ogóle jechałyśmy na gapę? A ucieka, patrzę na B ze zdziwieniem: co ona wyprawia, nie ma telefonu, gdzie ona biegnie? Jak później nas znajdzie? Czuję coraz silniej przytrzymującą mnie dłoń "kanara". Jak z tego wybrnąć? Nie mogę uwierzyć, gdy po 5 minutach zza rogu wynurza się A.  Ale zaraz!  Z kim ona idzie? Pomyślałam, że gorzej już być nie może. Towarzystwa A dotrzymywał policjant. "Teraz mamy przechlapane" - to była moja pierwsza myśl. Nic bardziej mylnego! A - odważna dziewczyna, znająca język rosyjski zaczepiła policjanta, używając wszystkich znanych jej sposobów na postawienie na swoim, by wyratował nas z opresji. Czy od tej pory zawsze kupuję bilet na przejazd? A jak myślicie? Pewnie, że nie.

Reklama

C jak Cypr - miejsce: Kyperouta.

Zachciało nam się wycieczki w góry na motorze. Pytam mojego A ile mamy paliwa w baku? W odpowiedzi słyszę: "dziś niedziela, będzie problem z tankowaniem" (Codziennie z wyjątkiem niedzieli na cypryjskich stacjach benzynowych pracuje obsługa. Możesz zatankować nawet za 1 euro a pracownik wyda Ci resztę. W niedzielę jesteś zdany tylko na maszynę odbierającą papierkowe pieniądze - minimum 5 euro). Motor zalany do połowy, tankowanie za 5 euro to więcej paliwa niż potrzebujemy. Decyzja: jedziemy z tym co mamy, po drodze, w górach zalejemy cały bak. Ruszamy z południowego wybrzeża w głąb lądu. Kanapki i picie w plecaku, aparat przewieszony przez ramię, wiatr we włosach, wymarzona pogoda. Idealnie! Jak to mamy w zwyczaju nigdy nie jedziemy oklepanymi, zjechanymi już przez nas drogami. Im bardziej obca wydaje nam się droga tym szybciej z niej skorzystamy. Nie mijamy domów, po godzinie A komunikujemy: "musimy znaleźć stację, starczy nam paliwa na 25-30 kilometrów". Kiepsko to widzę. Od dawna nie mijaliśmy żadnej wioski, nie mówiąc o miasteczku. I nic nie zapowiada zmian. Na oparach docieramy do miejsca, które przypomina raczej osadę niż wioskę. A zna grecki. Pyta o stację benzynową. Wzbudzamy sensację. Miejscowi zachowują się jakby od miesięcy nikt tędy nie przejeżdżał. Docieramy w końcu na miejsce. Dostaję ataku śmiechu. To jest STACJA BENZYNOWA - STANDARDY EUROPEJSKIE:))))). Pomieszczenie przypominające kurnik, zamykane kratą na kłódkę. Pan właściciel konewką przelewa benzynę. Nasza obecność wywołuje poruszenie. Nowi we wioseczce, w dodatku obcokrajowcy. Konewka pusta, bak zalany do pełna. Pytają po grecku, gdzie jedziemy, że pomogą jeśli się zgubiliśmy. Bezcenne były ich miny, gdy usłyszeli, że właściwie to nigdzie konkretnie nie jedziemy. Tak sobie błądzimy. Włóczymy się bez celu. Ale chyba takich słów nie ma w ich słowniku. Typowym dla Cypryjczyków, zwłaszcza tych z gór i małych wiosek jest spędzanie całego życia w tym samym miejscu. Po co to zmieniać skoro jest dobrze.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy