Reklama

Reklama

Ogrodniczka

       Widywałam ją od czasu do czasu, gdy stała pochylona nad rabatami róż mamrocząc coś pod nosem. Zawsze w tym samym, zużytym ubraniu, podomce w kolorze burego błękitu, niczym niebo szykujące się do jesiennej burzy. Z prawej strony odpadała kieszeń, do której co chwila coś chowała, niczym najcenniejszy skarb. To o niej wielu mówiło, że zwariowała kobiecinka, z samotności albo z tego, że nie dopuszczała do siebie ludzi. A kto ją tam wie – niejeden mówił – gada do siebie to i strach podejść. Może rzuci urok, no bo do kościoła to ona nie chodzi, nikt tam jej nie widział na oczy, to i pewnie z innej wiary jest. A jak jest z innej wiary, to jak z taką rozmawiać, bo we wsi to ludzie witają się „Szczęść Boże” a do niej raz jak ktoś zagadał, to tylko uśmiechnęła się gdzieś w dal spoglądając i odrzekła; - Dzień dobry, niech dobre duchy nad tobą czuwają. I schyliła się nad pąkiem róży, do którego przemówiła niczym do dziecka: - I pamiętaj, abyś piła wodę, co z tej popołudniowej chmury nadejdzie... Reszty przechodzień nie usłyszał, bo czym prędzej udał się drogą wśród wierzb do domu Ludwikowej, by tam opowiedzieć, jak to dziwna starowinka o duchach rozpowiadała. Ludwikowa była żoną sołtysa, mężczyzny skromnego i sprawiedliwego, bardzo pracowitego, który nie lubił plotek, w przeciwieństwie do swojej żony. Ta zgarniała wiadomości z okolicy niczym okruchy chleba po śniadaniu i raczyła tymi opowieściami męża, ten zaś tylko wzdychał od czasu do czasu, nic nie mówiąc. Na koniec, po jakiejś godzinie wysłuchiwania raportów przez swą małżonkę, wstawał ciężko z krzesła, brał swój zużyty filcowy kapelusz i wychodził w pole albo do obory, by tam w samotności przetrawić to, co usłyszał. Te poranne monologi żony były niczym rytuał, do którego już od dawna się przyzwyczaił, popijając kawę czarną z odrobiną cukru. Nie gniewał się na żonę, to babskie gadanie było mu czasami na rękę, bo dowiadywał się rzeczy, o których pewnie nigdy by nie usłyszał, gdyby chciał dowiedzieć się drogą oficjalną. A tak, doskonale orientował się, co we wsi ludzie gadają, jakie mają troski i nie raz udało mu się pomóc tu i ówdzie, bez szczególnego rozpytywania się samego zainteresowanego. Ludzie we wsi może byli i biedni ale duma nie pozwalała im się często przyznać, do tego, żeby sołtys coś załatwił dla nich w gminie. Jak u Grzelaków. Wystarał się dla nich o podręczniki dla dzieciaków, przecież tam czwórka do szkoły chodzi, to i z czego mieli kupić. Pojechał do gminy, kazał pisać do różnych fundacji, przyznali dotację i cztery nowiutkie komplety przyszły w końcu sierpnia. Grzelakowa miała łzy w oczach ale jak to u niej, nie podziękowała, tylko nazajutrz blachę ciasta drożdżowego przyniosła Ludwikowej i parę plotek na dokładkę. – Nie trzeba było – żona sołtysa żachnęła się odbierając blachę.

Reklama

Ludwikowa  kawę przyrządziła, siadły obie przy stole w kuchni a Grzelakowa mimochodem zagadnęła, że to ciasto to najlepsze jakie umie robić i żeby sołtys tylko nie zapomniał go spróbować. Ludwikowa uśmiechnęła się nieznacznie, wiedząc, że we wsi ludziom nie potrzeba wielkich słów aby wyrazić jasno, o co im chodzi.

     Przyglądałam się tym scenkom niejednokrotnie, gdy wracałam na wieś na wakacje, albo przerwę semestralną. Latem lubiłam iść ścieżką wzdłuż pół i choć miałam spory kawałek do domu od przystanku autobusowego, droga ta nie dłużyła mi się wcale a i byłam ciekawa, co słychać u mojej znajomej ogrodniczki. Już z daleka słyszałam, jak kogoś strofuje, pochylona lekko. Pomyślałam, że mówi do jakiegoś dziecka, które przypałętało się i niechcący weszło do ogrodu starszej pani.  – A mówiłam ci tyle razy, Moniko, że należy uważać i słuchać mnie... Reszty nie usłyszałam, bo ogrodniczka pochyliła się jeszcze bardziej i tylko kawałek pleców było widać zza płotu. Kiedy byłam już na wysokości jej furtki, wyprostowała się znienacka, skierowała w moją stronę i uśmiechnąwszy się szeroko, rzuciła: - A ty, Ingrid,  wyglądasz dziś wspaniale. Piękniejesz w oczach moja droga. Nie mam na imię Ingrid ale miałam wrażenie, iż wyraźnie mówiła w moją stronę. Zatem oddalam uśmiech i pomachałam staruszce ręką ale nie odwzajemniła pozdrowienia. – Dziwne – pomyślałam, najpierw wita się serdecznie, nazywa mnie nie moim imieniem a potem ignoruje jakby nigdy nic. Uznałam to za kolejne dziwactwo starszej pani. Postanowiłam jednakże nie zaprzątać sobie tym głowy, tym bardziej, iż przed sobą miałam długie, beztroskie wakacje. Wspomniałam o tym zdarzeniu w domu, ale nikt jakoś nie zainteresował się moimi spostrzeżeniami. Zapytałam tylko domowników, czy wiedzą coś o dzieciach, może wnukach, które mogłyby odwiedzać staruszkę, bo słyszałam jak strofuje kogoś. Ojciec wspomniał tylko, że wczesną wiosną przyjechało do niej jakieś małżeństwo ale byli tylko jeden dzień i odjechali czym prędzej. Wyglądali na jej rodzinę, ale nic więcej nie powie, bo nie wie. Matka niby potrafiła wyciągnąć z sąsiadek największe tajemnice, ale co do ogrodniczki, to niewiele mogła rzec, tylko tyle, że spędza całe godziny w ogrodzie wiosną i latem i mówi do siebie. A zimą to prawie jej nie widywała i już myślała, że staruszka wybrała się na tamten świat, ale gdy tylko mrozy odeszły i czuć było wiosną w powietrzu, sylwetka starszej pani pojawiła się w ogrodzie.

   Byłam zaintrygowana jej postacią, tajemnica wokół jej osoby rozszerzała się niczym balon ale jakoś nikt nie mógł bądź nie potrafił dotrzeć do niej i rozwiązać zagadkę. Ludzie przytaczali różne argumenty, a to, że w kościele jej nie widać, że gada do siebie i wciąż o tych duchach rozprawia, jakby nie było ciekawszego tematu. A może nie ma zagadki w ogóle? Może jest zwyczajną staruszką, która spędza w samotności całe godziny to i nie ma z kim rozmawiać. Wymyśla sobie postaci wokół siebie, nadaje im imiona a potem gawędzi z nimi, niczym nie skrępowana i odgrywa scenki, jakby byli prawdziwymi ludźmi. Uśmiecha się do nich, daje rady, strofuje, lub nagradza komplementami. Tak jak mnie, przynajmniej wówczas tak mi się wydawało. Postanowiłam rozwikłać jej tajemnicę, uznałam w przeciwieństwie do większości mieszkańców, że starowinka niczym nie różni się od innych ludzi, jest zwyczajną panią, która lubi swój ogród. I choć wygląda na zaniedbaną i lekko dziwaczną, ktoś powinien zainteresować się jej życiem, odwiedzić, porozmawiać a nie tylko wyciągać, być może  fałszywe wnioski, z jej zachowania. Moje dochodzenie zaczęłam od przechadzania się codziennie wzdłuż jej ogrodzenia, czasami ją widywałam jak w tej swojej zniszczonej podomce, przemieszcza się pomiędzy rabatami, mamrocząc nieustannie coś pod nosem. Moje wycieczki stały się codziennym rytuałem, polubiłam je bardzo i gdy rano po przebudzeniu sprawdzałam pogodę, modliłam się w duchu, aby tylko nie padał deszcz, bo wówczas, musiałabym zostać w domu i martwić się, że nie zobaczę ogrodniczki. Ojciec śmiał się ze mnie pokpiwał, że zwariowałam na punkcie starowinki i zamiast wejść do ogrodu i pomóc jej przy pieleniu, to ja obserwuję ją jak jakiś detektyw i szukam nie wiadomo czego. Właściwie, już dawno zamierzałam to zrobić, to znaczy wejść przez furkę, przedstawić się i zapytać dlaczego nazywa mnie Ingrid i nie odwzajemnia pozdrowień. Tylko czułam, że trochę to nieporęcznie tak wejść do cudzego domu od  razu z pretensjami. Postanowiłam poczekać jeszcze trochę, poobserwować jej zachowanie, nią samą a być może sprawa jakoś się sama rozwiąże. Bo najlepszy plan, to brak planu, postawiłam na spontaniczność.

    Któregoś przedpołudnia, kiedy dochodziłam już do ogrodzenia mojej znajomej – nieznajomej, usłyszałam jak woła: - Karinka, Karinka! Dzień był przepiękny, słońce oślepiało wszystko wokół, a niebo było czyste niczym tafla lustra. Usłyszałam ponownie wołanie staruszki: - Karinka! Co ty robisz, że jesteś taka śliczna?! I dalej jej głos: - Korzystasz z moich rad, jak ci mówiłam? Urodę masz to i musisz ją pokazywać... Głos nieco przycichł a ja stałam jak skamieniała, bo staruszka wyraźnie mówiła w moją stronę. – Ale ja nie mam tak na imię, proszę pani – mój głos brzmiał jakby ktoś inny za mnie się wypowiadał, zachrypnięty i drżący. – Co pani mówi?  - staruszka znieruchomiała i wpatrywała się intensywnie  w moją stronę. – Proszę mówić głośniej, bo mój słuch już nie najlepszy... – dodała jeszcze. I wtedy podjęłam decyzję, otworzyłam furtkę jej ogrodu i stanęłam jak wryta – ogród pełen był przewspaniałych róż, intensywna czerwień przeplatała się miedzianożółtymi plamami a na obrzeżach widać było kremowobiałe rabaty i ich różowe odpowiedniki. I ten zapach, delikatny, słodki, zachwycający. Pośrodku tego różanego raju stała moja ogrodniczka, która wyglądała wśród nich niczym strach na wróble. – Ja nie mam na imię Karina – zaczęłam nieśmiało, - a pani tak do mnie woła. – Do ciebie? Staruszka uśmiechnęła się miło. – Ach, myślałaś, że do ciebie mówię – roześmiała się – Nie, kochanie, ja mówię do moich kwiatów. Karina to nazwa tej różowej, spójrz jakie ma pąki. Piękne, prawda, i jak ślicznie pachnie. Powąchaj, śmiało. Starsza pani nachyliła się do jednej z dorodnych róż i wąchała ją całą sobą. Zachęcona tym widokiem zrobiłam to samo. Rzeczywiście, zapach był oszałamiający, podwajał wręcz jej urodę.

-         To Ingrid też nie było skierowane do mnie. Właściwie rzuciłam stwierdzenie a nie pytanie. – A chciałabyś? Staruszka uśmiechnęła się tajemniczo. – Ingrid to także nazwa róży, tej krwistoczerwonej, ale tobie też niczego nie brakuje, kochana. Jesteś młoda i ładna. – Dziękuję – odpowiedziałam nieśmiało.

Dowiedziałam się jeszcze, że Monika to ta miedzianożółta, ale jej ulubioną odmianą jest kremowobiała, delikatna w dotyku i zapachu. Ta nazywała się Chopin. Nie chciałam dłużej zakłócać jej spokoju, toteż pożegnałam się ale obiecałam, że jutro też ją odwiedzę. I jej róże. Jednakże, gdy zamknęłam już furtkę za sobą, jakaś natrętna myśl, nie dała mi spokoju. Coś w zachowaniu staruszki nie było do końca jasne, patrzyła na mnie i wciąż się uśmiechała. – Dziwna jakaś, mimo wszystko – pomyślałam. Pomachałam jej na pożegnanie ale nie odwzajemniła mego gestu. I wtedy zrozumiałam.Ogrodniczka była niewidoma.

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy