Reklama

Reklama

ONA czyli depresja

Depresja jest chorobą cywilizacyjną, według WHO, w ciągu najbliższych dwudziestu lat depresja stanie się najczęstyszym problemem zdrowotnym

Depresja jest chorobą cywilizacyjną, według WHO, w ciągu najbliższych dwudziestu lat depresja stanie się najczęstyszym problemem zdrowotnym

Ktoś wyłączył światło. Nastała cisza, ciemność, nicość. Czy ktoś włączy z powrotem te światło?! Nie ma nikogo. Jeśli otworzę szerzej oczy to może coś zobaczę, wytężam więc wzrok, lecz nadal widzę tylko ciemność. Rozum podpowiada mi, że jestem tu tylko ja, tylko ja…mogę czuć się bezpiecznie, mogę swobodnie się poruszać i w końcu znajdę włącznik światła. Próbuję iść, lecz jakaś dziwna siła powstrzymuje mnie. Czuję, jak przez nią blokują się moje ręce, nogi, właściwie całe ciało jest zablokowane. Nie potrafię nic z tym zrobić, nie mam wystarczających pokładów energii, by spróbować w jakikolwiek sposób się jej przeciwstawić. A przecież zawsze byłam taka odważna, pyskata, powtarzałam sobie, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, że jestem panią swego losu i jeśli czegoś tak mocno, tak naprawdę będę chciała, w końcu to dostanę. Gdzie podziała się moja bystrość umysłu i gotowość do działania? Dlaczego ta siła ma nade mną taką przewagę? Czuję ją wszędzie, towarzyszy mi przez całą dobę, z godziny na godzinę czuję, jak poddaję się jej coraz bardziej. Próbuję ją zidentyfikować, muszę ją poznać i w końcu pewnie ją oswoję, okiełznam, wygram z nią. Dlaczego więc słabnę coraz bardziej, każda cząsteczka mego ciała, nawet ta najmniejsza komóreczka jest już przez nią objęta. Nie umiem jej do niczego porównać, wiem tylko, że towarzyszy mi już od dłuższego czasu. Tydzień, miesiąc czy może dwa? Nie…to będzie już chyba rok, nawet troszkę więcej, choć wcześniej była taka słabiutka, nawet niezauważalna.  Nie potrafię jej nawet opisać, wiem tylko to, że na pewno jest wroga, choć w sumie nie boję się…to jest coś gorszego niż strach. To nie boli, lecz wolałabym czuć już nawet najbardziej palący ból, wolałabym wyć z tego bólu i cierpienia, ale niech to boli fizycznie. Nie mogę zebrać myśli, staram się chociaż mówić, może będzie mi raźniej, lecz dziwię się jak uboga jest moja wypowiedź. Z moich ust padają chaotyczne słowa, nie sposób pozbierać ich w logiczną całość. Dlaczego dałam się jej tak omotać, dlaczego tak ją zignorowałam, tłumacząc sobie, że tak najwidoczniej musi być, że charakter człowieka zmienia się co kilka lat, ze jasność umysłu słabnie z wiekiem i że wyrosłam już z pewnych zachowań. Ona rosła, a ja malałam. Już chyba teraz wiem, że to wszystko przez nią, wszystko! To, że wchodząc do pomieszczenia pełnego ludzi czuję się jak małe, nic nie warte stworzenie, które wita się ze sztucznym uśmiechem na ustach i tą udawaną swobodą, lecz w środku czuje, jak siła zaciska blokadę coraz silniej. Zwykła rozmowa jest nieludzkim wysiłkiem, brakuje słów, ludzka obecność drażni. Narzucone zadania są niewykonalne, a ja nie umiem, nie potrafię, nie dam rady się nawet za nie zabrać, chociaż tak bardzo chcę…czy mój umysł z wiekiem tak bardzo się uwstecznił? Przecież nie tak powinno być, mając dwadzieścia pięć lat powinnam być w szczytowej formie fizycznej i umysłowej. Ta cholerna siła spowodowała też to, że już nie obcuję z ludźmi, moja empatia i komunikatywność są na zerowym poziomie. Ja sama jestem jednym wielkim zerem. Gdzie podziała się ta dusza towarzystwa, ta głośna, roześmiana dziewczyna, dawne przyjaciółki, bliżsi i dalsi znajomi? A raczej gdzie podziałam się właśnie ja? Przecież to przeze mnie, to ja stopniowo się wycofywałam, zamykałam w czterech ścianach, chłonąc tą ciszę i samotność. Siła…nienawidzę jej, nienawidzę siebie, nienawidzę tego świata, który tak ostatnio się zmienił, czy to , że żyjemy w takich a nie innych czasach, powoduje, że dostrzegamy świat przez kilka szklanych szyb? Namnażają  się szybko, codziennie dochodzi jedna bądź dwie, stają się coraz grubsze i coraz bardziej izolują. Czy widzę je tylko ja? Zaczynam rozumieć, że tak, że to tylko moje oczy rozmazują otaczającą rzeczywistość. To ONA powoduje też to, że każda, najbardziej błaha decyzja rośnie do rangi najważniejszej decyzji życiowej, że stojąc przed lodówkami w Biedronce i wybierając jogurt, zastanawiam się kilkanaście minut, który będzie lepszy, gruszkowy czy może truskawkowy, w końcu rezygnuję z jednego i drugiego, bo i tak nie będę go jeść, przecież wszystko ostatnio smakuje jak mydło, wszystko co biorę do ust ma ten sam mdły smak. To przez NIĄ stając na wagę przecieram oczy ze zdumienia, że kilogramy ubywają tak szybko, a przecież nie stosuję żadnej diety…ja po prostu już nie jem. To ONA spowodowała, że na krześle piętrzy się góra ubrań wymagających prasowania, podłoga  w domu klei się od brudu, toaleta wymaga potężnego czyszczenia, a lodówka świeci pustkami. Ja, wieczna pedantka, która nie potrafiła skupić się na czytanej książce, kiedy w zlewie stał chociażby jeden nieumyty kubeczek,  leżę i nic nie robię. Co gorsze, nie dam rady zasnąć nawet na chwilę, nie umiem zmusić swojego organizmu to tej niegdyś przeze mnie uwielbianej popołudniowej drzemki. Noc przynosi krótkotrwałą ulgę, a ciągłe budzenie się nad ranem jest wyczerpujące. To ONA powoduje, że ignoruję dzwoniący telefon, bo po prostu nie mam siły nacisnąć zielonej słuchawki, niech sobie dzwoni, ja nie mam nic ciekawego do opowiadania, u mnie nic nie słychać….To przez NIĄ zaniedbałam siebie, swoje ciało, niegdyś poddawane wszelkim domowym zabiegom pielęgnacyjnym. Teraz nie mam siły nawet  na to, żeby  umyć rano zęby…

Reklama

 To ONA psuje moje relacje z rodziną, współpracownikami, narzeczonym, ONA powoduje to, że patrząc na mojego przyszłego męża, kiedy ten tańczy przy ulubionej muzyce, widzę w nim wariata i jestem przekonana, że postradał zmysły, bo jak można śmiać się i wygłupiać w takt grającej muzyki. To przez NIĄ nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się tak szczerze, z serca…kiedy ostatnio coś sprawiło mi dużą przyjemność…kiedy ostatnio byłam zadowolona z biegu wydarzeń… zadowolona z siebie….

Opisane uczucia są książkowymi objawami choroby, jaką jest depresja. Przeszłam ją w wieku dwudziestu pięciu lat. Opisane uczucia towarzyszyły mi w tych najgorszych dniach, kiedy choroba była już w bardzo zaawansowanym stadium. Po dwóch miesiącach od tamtych wydarzeń, dzięki szybkiej interwencji specjalisty, właściwym dobraniu leków, wsparciu bliskich mi osób, wracam w końcu do świata żywych. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy