Reklama

Reklama

Przez żołądek do serca. Pokochaj siebie!

O tym jak docenić i pokochać siebie, oraz jak odkryć pasję i poznać miłość :)

Walentynki z ukochanym(i).

 

            Co roku każda z nas czeka na ten niesamowity dzień. Możemy udawać, że jesteśmy ponad to, że nas to nie obchodzi, i że miłość możemy wyznawać każdego dnia. Pewnie, że możemy! Szkoda tylko, że tego nie robimy. Co z tego, że jesteśmy wojowniczkami w dżungli zwanej Kraków, co z tego, że same płacimy rachunki, podbijamy giełdy i rządzimy ogromnymi firmami? Co z tego...gdy, 14 lutego, jedyne kwiaty, na które możemy liczyć, to te, które wyślemy sobie same. Żeby inni widzieli. Żeby zazdrościli. Niestety, życie singiel ki nigdy nie było usłane rożami.

Reklama

Walentynki 2011 wcale nie zapowiadały się lepiej.  Przechodząc do pracy marzyłam o okularach antyserduszkowych. Pragnęłam, aby mój Kraków nie tonął od czerwieni, a witryny sklepowe od szampanów, milutkich poduszek z napisem: Kocham Cie, oraz tandetnych pończoch. Gdyby to był jedynie dzień. Przespałabym, obejrzała Magdę M. albo wzięła się za zaległą robotę. Ale media i reklamy zawsze są bezlitosne. Od 2 tygodni bombardowały mnie pociskami miłości. Pytania, które ciągle nie dawały mi spokoju brzmiały: gdzie uciec? Czy istnieje jakiś schron anty Walentynowy?

            Wybiła godzina zero, a walentynki jak na złość, pojawiły się dokładnie 14 lutego. Wstałam o 8 rano, a dzień zaczęłam jak zawsze- od kawy i porannej gazety. Poczytałam kilka nudnych artykułów o polityce i korkach w mieście, po czym udałam się do pracy. Już na przystanku, mile się zdziwiłam, bo otrzymałam malutką różyczkę od ładnie ubranych panów.

-Dzisiaj każda kobieta jest wyjątkowa!- Krzyknęli i uśmiechnęli się szeroko.

Mimo, że była to kampania reklamowa znanej marki produktów, do stylizacji włosów, to i tak sprawiło mi to niebywałą przyjemność. Jak niewiele trzeba, by sprawić kobiecie radość.

            Mimo spóźnienia do pracy, nie otrzymałam spodziewanej bury, a jedynie : wchodź, wchodź, poczta czeka.

            Poczta? Zdziwiłam się, gdyż moja firma daleka jest od amerykańskich ideałów, gdzie kurier co rano, zostawia plik ważnych kartek na biurku. Na moim stanowisku pracy leżały 2 koperty. Obie czerwone, z odręcznie napisanymi nazwiskiem. W środku znajdowały się kartki z zabawnymi misiami, które po otwarciu wygrywały koszmarną melodyjkę. Jedna była od koleżanki z pracy, druga od naszego portiera. Oboje życzyli mi dalszych sukcesów w pracy i dziękowali za wspólnie spędzone w firmie, bezproblemowe, 2 lata. Nie da się ukryć, że od początku się polubiliśmy! Mimo, że nie był to list miłosny od księcia z bajki, poczułam jak robi mi się ciepło na sercu. Miło zostać docenionym, nawet, jeśli dowodem tego jest kartka,z rymowanką jak la 16tki. Liczy się gest. A takie gesty są zawsze mile widziane!

            Dzień w pracy upłynął szybko, nawał papierkowej roboty i przerwa na kawę sprawiły, że zapomniałam o dniu, w którym moje serce czuło się jak wyrzutek. Nic tak dobrze nie działa na amnezję, jak to, by zająć się sprawami innych.

            Do domu wracałam z różą i kartkami, a w myślach miałam jedynie relaks w wannie z olejkiem waniliowym. Zanim jednak dotarłam do domu, pomyślałam, że i ja mogę sprawić komuś radość. Sięgnęłam po telefon i bez wahania zadzwoniłam do taty.

-Tatusiu wesołych walentynek. Bardzo Cie kocham.- Mimo, że mój ojciec zawsze stal po stronie krytyków tego święta, tym razem powstrzymał się od wykładów na temat amerykanizacji świata.

- Ja Ciebie też Mała.- powiedział wzruszony.

 

Zrobiłam dobry uczynek i wracałam zadowolona tramwajem nr. 8. Marzyłam już tylko o relaksującej kąpieli z olejkiem migdałowym. Przynajmniej mojej skórze mogłam zafudnować dzień miłości. Przekroczywszy próg, w ciągu 10 sekund dowiedziałam się, że nie mam szans spędzić tego wieczoru sam na sam z olejkiem. W mieszkaniu czekała na mnie grupa przyjaciół. Cholera, wiedziałam, że dawanie kluczy mojej przyjaciółce nie było dobrym pomysłem.

-Dzisiaj nikt nie będzie sam! Przywieźliśmy warzywa, mięso i oczywiście wino. Nie jedno!- Powiedzieli radośnie. Po czym założyli mi na szyję fartuch i kazali razem z nimi, spędzić 2 godziny w kuchni. Nigdy nie byłam fanką gotowania, ale o dziwo, wieczór spędzony na krojeniu, szatkowaniu i duszeniu pięknie pachnącego dania sprawił mi ogromną radość. Wisienką na torcie było oczywiście chilijskie wino, zaserwowane do kolacji. Razem z bliskimi osobami spędziłam najlepsze walentynki w życiu. Poczułam się kochana, wartościowa i piękna. Zrozumiałam, że ten dzień jest po to by wyznawać sobie uczucie. Ja pokochałam siebie oraz swoich przyjaciół!

A dzięki odkryciu radości, jaką dało mi gotowanie, po jakimś czasie poznałam Tego Jedynego. Do tej pory uważa, że „złapałam” go na smażone ziemniaczki, opiekane camemberty i najlepszą na świecie kaczkę w pomarańczch. Jak mówi stara prawda: przez żołądek do serca! ;)

 

* zdjęcie, źródło:   http:// www.niam.pl /pl/artykul/1484- zdrowe_gotowanie_dla_zdrowego_serca

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy