Reklama

Reklama

Miłość od pierwszego...słowa

Kiedy w Polsce nikt jeszcze nie słyszał o Walentynkach, nam tego właśnie dnia zdarzył się prawdziwy CUD...

Byliśmy studentami tej samej uczelni w wielkim mieście oddalonym szmat drogi od rodzinnej miejscowości. Dwoje samotnych ludzi nieco zagubionych w nowym środowisku. Choć wiele razy zapraszał do siebie, nigdy nie znalazłam czasu (a może chęci?), aby się wybrać. Zniechęcała mnie odległość: trzeba się było udać na dworzec, wsiąść do pociągu i jechać niemal godzinę, a potem szukać adresu...Ale któregoś wolnego dnia, w piątek po zajęciach, w samym środku lutego, choć szarobura aura za oknem zupełnie nie sprzyjała podróżom, wybrałam się do niego. Miał czekać na dworcu, nie czekał (podobno to ja pomyliłam godziny). Trudno, musiałam sama poszukać ulicy i tego starego domu, w którym wynajmował urocze mieszkanie (należące przed wojną do książęcego ogrodnika). Wydał się zaskoczony, że przyjechałam wcześniej, choć na dworze już zmierzchało. Zaraz wybraliśmy się na zakupy i pomimo tego, że były to czasy szalejącego w Polsce kryzysu, coś tam ze sobą przynieśliśmy...Przygotowaliśmy skromny posiłek na ciepło (który z perspektywy czasu wydaje mi się ucztą Baltazara), do którego znalazło się i wino.
    Wielki pokój pełen antyków, na ścianach obrazy, wszędzie płonące świece i kandelabry. On był artystą, a ja nie znałam dotąd takiego świata...Do tego muzyka Marka Grechuty ze starego magnetofonu. I chłód, bo stojący w kącie piec kaflowy z trudem radził sobie z ogrzaniem tak wielkiego wnętrza. Mnie jednak w miarę rozmowy coś zaczęło grzać od środka. Tak, jestem żywym przykładem tego, że istnieje na świecie miłość od...pierwszego słowa. Tak się zagadaliśmy, że zupełnie straciłam poczucie czasu. Kiedy się zorientowałam i chciałam gonić  jeden z ostatnich tego wieczora pociągów, on zaprotestował mówiąc, że przecież miejsca do spania jest dość.
    Kiedy świt niemal zaczął zaglądać do okien, zgodnie stwierdziliśmy, że pora kłaść się spać. Czułam wielkie skrępowanie, bo mieszkanie wprawdzie duże, ale łóżko jedno, a ja w dodatku, nie zakładając przecież nocowania poza domem, bez piżamki...Dał mi swoją koszulę. Zawstydzeni położyliśmy się razem do łóżka. Razem, ale w bezpiecznej od siebie odległości. To były inne czasy, a my pochodziliśmy z tzw. dobrych domów z zasadami. Tej nocy nikt z nas nie zasnął. Leżeliśmy tak do rana trzymając się za rękę, onieśmieleni i porażeni tym, co właśnie się dokonało...I tak już 26 lat trzymamy się za ręce, a Dzień św. Walentego jest dla nas Tym Dniem.
Dniem Zakochanych w Sobie po Wsze Czasy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy