Reklama

Reklama

Moje niezapomniane walentynki

 

Związek na odległość to prawdziwe wyzwanie. Ale tak to już jest, kiedy poznajesz swoją drugą połówkę 2,5 tysiąca kilometrów od domu, na studenckich wakacjach, w urokliwej i słonecznej Katalonii. Niestety widzimy się bardzo rzadko – każdy ma swoje życie, dlatego każdą chwilę spędzoną razem doceniamy i celebrujemy dwa razy bardziej.

 

 

 Zeszłoroczne walentynki postanowiliśmy spędzić razem – mimo mojej wielkiej awersji do tego okropnego święta, które co roku praktycznie spędzałam samotnie. Na szczęście, na świecie jeszcze zostało paru spontanicznych i kreatywnych romantyków. Cud, że taki trafił akurat do mnie! Inicjatywę spędzenia tego dnia pozostawiłam jemu – niech rządzi – w końcu to facet. Jedyny mój postulat brzmiał „Kochanie – nie banalnie! Oh, wcale nie było!

Reklama

 

 

Odbierając mnie zziębniętą z pociągu przywitał mnie bukietem pięknych kwiatów. Wsiadając do auta powiedział, że ten dzień będzie wyjątkowy, ale musze założyć opaskę na oczy, poruszając się między kolejnymi „stacjami” naszego walentynkowego maratonu. Pierwszy punkt programu zaskoczył mnie niesamowicie. Pojechaliśmy do szkoły tańca. Jestem tancerką towarzyską, mój ukochany zaś od takiego niemęskiego tańca stroni. A może stronił! Byłam w szoku, kiedy na lekcji z trenerem, pokazał mi owoc swojej miesięcznej pracy i zatańczył ze mną tango argentino. Serce pękło mi z dumy i szczęścia, że ten pełen pasji i namiętności taniec mogłam zatańczyć z kimś, kogo darzę prawdziwym uczuciem, nie zaś jak co dzień z tanecznym partnerem.

 

 

Następne tajemnicze miejsce w które mnie zabrał to.. stok narciarski. To było moje wielkie marzenie by nauczyć się jeździć i spędzić super czas na nartach właśnie z nim. W tej dziedzinie to on jest specjalistą, dzięki temu czułam się bezpiecznie stawiając pierwsze „ślizgi” na nartach.

 

 

Kiedy sportowe emocje nieco opadły wróciliśmy do domu na kolacje. Nie jakąś tam banalną kolacje, tylko jedyną w swoim rodzaju. W swoim mieszkaniu ma oszklony balkon, który nagrzał ustroił roślinami i kwiatami, co wyglądało jak fragment wiszących ogrodów, zaś na oknie wisiał ogromny plakat z widokówką z Rzymu. I jeszcze ta włoska muzyka, jedzenie i wino dopełniły niebanalnego klimatu Włoch, zamkniętego na jakimś niewielkim szczecińskim balkonie.

 

 

Na zakończenie tego niesamowitego dnia spełnił moje kolejne wielkie marzenie, którym była typowo amerykańska randka - oglądanie filmu z samochodu. Zabrał mnie przed duży stary magazyn, przygotował rzutnik i głośniki i obejrzeliśmy najśmieszniejszy horror, jaki chyba kiedykolwiek wyprodukowali.

 

 

Był to dla mnie najlepsze i najbardziej szalone walentynki – robiliśmy zwykłe rzeczy, w niezwykły sposób i to było dla mnie najpiękniejsze. Problem tkwi w tym, że w tym roku organizacja tego dnia przypada mi. Obym zaskoczyła go równie bardzo, a walentynki przygotowane przeze mnie, przebiły te cudowne spędzone w zeszłym roku :)

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy