Reklama

Reklama

... pocztówka z wakacji ...

... " tam będę szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza będę tam ..."

... " tam będę szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza będę tam ..."

LITWO OJCZYZNO MOJA …. TY JESTEŚ …

Jesteś i zawsze pozostaniesz… dla nas najcenniejszym skarbem, do którego nam wracać trzeba…

Litwo – jesteś jak zdrowie …

Ten wyjazd był dla mnie najważniejszym, najcenniejszym wypoczynkiem,  jaki mogłam sobie wymarzyć, wypoczynkiem, który wrócił mi uśmiech, zdrowie i bezinteresowne podejście do pracy…

„ Tańcz – jakby nikt nie patrzył, pracuj – jakbyś nigdy nie potrzebował pieniędzy, kochaj – jakbyś nigdy nie był zdradzony … „

Nigdy nie mogłabym Litwy zdobyć, gdyby nie mój mąż - bez niego niczego bym nie zdobyła…

Reklama

LITWA – moje pragnienie od lat – dlaczego ? – Nie wiem

Łotwa? – też nie pytaj…

Ziemia miła, przychylna nam, przyjazna, a ludzie prości,  mili, cisi i pokorni…

Czasem naprawdę trudno zdecydować się na wypoczynek, każdy najdrobniejszy powód staje nam na drodze. I tak siedzimy zapyziali ze swoimi problemami codziennymi – praca lub jej brak , pieniądze – ich wiecznie za mało, obowiązków też przecież nam zostawiać nie należy – bo tacy obowiązkowi jesteśmy.

Czasem trzeba mocno się przemóc  i wyjechać, świat się od tego nie zawali, nie zubożejemy, a przeciwnie, będziemy bogatsi o nowe przeżycia.

Pieniędzy i pracy z sobą nigdzie nie zabierzemy, wspomnienia zawsze …

One też zostaną po nas samych, zostaną zdjęcia uśmiechniętych, szczęśliwych twarzy na tle zamków, kościołów i zachodów słońca…

Nie bójmy się pakować namiotów i wyruszać przed siebie …

Wyjeżdżamy…

Postanawiamy  nie zrezygnować z wyjazdu, choć powodów jest mnóstwo, aby zostać w mieście. Wyruszamy w stronę wschodniej granicy w kierunku Mazur, udaje się nam jedynie dojechać do uroczej wsi za Mrągowem – Koweno – swojska, prywatna kwatera, której właściciel zaprasza od razu mojego męża do baru na piwo i transmisję meczu z Mistrzostw Świata RPA, a mnie do rozpakowania naszego bagażu w małym, czystym uroczym pokoiku na piętrze, otoczonym zewsząd czerwonymi pelargoniami. To tu rano, na tarasie zjemy na śniadanie świeży wiejski chleb smarowany swojską śmietaną, a to wszystko posypane cukrem, jak w dzieciństwie…

Jeszcze do niego wrócimy ...

… Ale droga przed nami daleka…

Następnego dnia przekraczamy granicę w obawie o to, jak zostaniemy przywitani po drodze przez tamtejszych kierowców, jak przywitają nas miejscowi we wsiach i miastach…

Jak przystało na wariatkę z miasta, jeszcze w samochodzie przed Kownem spisuję numery kart kredytowych – moich i mojego męża… Tak na wszelki wypadek, jakby nas okradli, ale …nikt nie chce nas okraść, każdy chce nas ugościć, jak tylko może…

Wjeżdżamy do Kowna, dzień dobiega końca, pogoda kiepska, nastroje dopisują,

Spacer po Starym Mieście w deszczu robi niewielkie wrażenie, kościoły pozamykane, sklepy z pamiątkami też, ale nic to – bierzemy kurs na Kiejdany …Tam jest szansa na dobrą kuchnię i nieproszony nocleg za przyzwoite pieniądze… Zawsze przecież mamy namiot w bagażniku.

Wjeżdżamy do Kiejdan późnym wieczorem, w przewodniku podają jedyny tani, zawsze wolny hotel, AROMA, niestety, nie wolny, starówka kiejdańska tętni życiem młodych ludzi, którzy siedząc w swoich podrasowanych samochodach, powodują, że ich silniki zachowują się coraz  głośniej…

Znajdujemy miły hotelik na jednej z przecznic, do którego ukradkiem przemycamy prócz garderoby, dwie butelki czerwonego wina i korkociąg – zawsze go z sobą zabieramy…

Nasz syn w spadku dostanie ich chyba z 10.

Czuję jakieś lęki spacerując z mężem za rączkę nocą po Starówce, może nas okradną, a mnie zgwałcą…?

Nikt z miejscowych nie jest tym jednak zainteresowany  ...

Wracamy do hotelu, z rana droga przed nami daleka.

Gorące promienie słońca wdzierają się do naszej sypialni, znak, że długo śpimy, jakiś babun puka do naszych drzwi i przynosi nam śniadanie do pokoju,

Zjadamy je niespiesznie, ja popijam resztką wina z wczorajszego wieczora i wyruszamy na zwiedzanie zabytków Kiejdan, potem, już tylko droga na Kłajpedę i Mierzeję Kurońską… Jakże miło się słońce na nas kładzie…

To co mnie wzburza i jednocześnie urzeka w Kiejdanach, to wizyta w Zborze Kalwińskim, chyba jedyne miejsce, które tak bardzo zostało w czasach ZSRR sprofanowane, pousuwano wszelkie relikwie, ławki dla wiernych i uczyniono z tego miejsca boisko do gry w piłkę ręczną.

Zdjęcia na ścianach oddają to wiernie…

Lepiej jedźmy dalej…

Żmudź na nas czeka, Szawle i Góra Krzyży…

To miejsce robi wrażenie, każdy niesie z sobą swój krzyż i w tym miejscu powinien go właśnie złożyć, taka pielgrzymka uciśnionych, pokrzywdzonych przez los, ale i przez nas samych.

Obok pielgrzymek zewsząd, my też tu jesteśmy, dziękuję za to … Panu Bogu i mężowi…

Zapowiada się na zachód słońca, więc czas szukać już noclegu.

Trafiamy do wsi, dla której ruch kołowy jest zamknięty, jeździmy nieświadomie po rynku, pomiędzy straganami z żywnością, ale POLICJA zajęta jest czymś innym…

Jak dobrze…

Jedziemy wzdłuż lasu i trafiamy na ośrodek  wypoczynkowy z polem namiotowym – nareszcie się rozbijemy…

Niestety mój mąż wybiera nocleg w pokoju – może dlatego nad ranem boli mnie kręgosłup, chciał przecież dobrze…

Przysmak tego wieczoru w miejscowej knajpce – wędzone świńskie uszy, krojone w paski – smakują przeciętnie, lepsze byłyby smażone – obiecuję takie zrobić po powrocie, choć nie ładnie konkurować jest  z tamtejszą kuchnią …

Przed nami najbardziej czyste jezioro, jakie mogłam kiedykolwiek zobaczyć, kąpiel w nim, dla niepływających to prawdziwa przyjemność, możesz odejść od brzegu jakieś sto metrów i przebierając łapami po dnie udawać, że pływasz…

Chcę tam zostać na długo ...

Pewno mój mąż zgodzi się, gdyby nie uroczystość weselna następnego dnia, oj czas się nam ewakuować…

Jedziemy, jedziemy, jedziemy, wszyscy jadą 90 km na godzinę, nigdzie się nie śpieszą, nikt nas nie wyprzedza, a my sami się boimy, usypiam nad książką , tylko palec wskazujący prawej ręki pokazuje gdzie skończyłam, ale ciemne okulary mnie nie zdradzają…

Budzi mnie pytanie mojego męża –  „jak długo możesz czytać tę okładkę?”

Nawet nie wiem co mu powiedzieć, „ fajna taka „

Przystanek Kłajpeda, pomimo ogromnego upału jest szansa na pożywny obiad – to miło, nie mogę się  doczekać …

Spacerujemy po wąskich uliczkach miasta, staram się unikać ostrych promieni słonecznych, choć to bardzo trudne, mój mąż wystawia na ich gorąc całe swoje jestestwo – nie rozumiem…

Siadamy w piwnym ogródku, z nadzieją bardziej na piwo, niż jakikolwiek posiłek, ale zgrabna i zwinna kelnerka szybko stawia przed nami dwa dobrze schłodzone kufle piwa, podaje kartę dań – aha – taka kolejność… Po jakimś czasie zauważam, że to MEMELIS – jeden z najpopularniejszych lokali Kłajpedy – piwiarnia w zabytkowym spichlerzu nad Dangą ...

Znów mnie zaskoczył …

Leniwie zamawiamy posiłek, to nasz ostatni po tej stronie Zalewu Kurońskiego, potem już tylko Mierzeja …

Zakupy w sklepie, przecież nie wiemy kiedy i gdzie będzie nasz kolejny posiłek, a może tego wieczoru kolacji już nie zjemy?

Wjeżdżamy na prom, nie mam zaufania do żadnego z pracowników promu – mój mąż powiada, że lęki mam jakieś, ale zawsze kiedy nas upychają na promie jak sardynki w puszce, że trudno drzwi otworzyć, żeby wyjść z samochodu, mam poczucie , że płynę promem zdana wyłącznie na siebie.

Wychodzę wtedy mimo wszystko i pilnie obserwuję co dzieje się wokół mnie, ile jest kół ratunkowych, jak daleko od brzegu, czy zdołam dopłynąć …

Mój mąż robi zdjęcia – nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji…

Kiedyś wyjdę cało z katastrofy lotniczej – to pewne, zapobiegnę też III wojnie światowej…

Zjeżdżamy na ląd – nareszcie - ale gdyby teraz ten cypel został zalany z prawa i lewa to chyba szans nie mamy żadnych – muszę się napić…

Długa podróż przez las jest równie urocza co i monotonna,

Jest radość, jest zjazd na pole namiotowe, obok parking w pobliżu plaży,

Wspaniale…

Zjeżdżamy na lewo,

przytłacza nas miły zapach lasu, opadłych szyszek, grillowanych potraw i bryza morska – naszego Bałtyckiego morza , ale nie z tej codziennej strony.

Pytamy o miejsce na polu namiotowym, może nie szczególnie mnie urzeka, obiecuję sobie, że tylko na  jedną noc … zostajemy na dwie …

 

No więc się rozbijamy, ciągle to nasz pierwszy własnoręcznie postawiony dom, ten po kolejnych wspólnych latach, po raz drugi stawiamy wspólnie… Holandia była tym okresem harcerskim …

Czas na kąpiel w morzu…

Po całym dniu w upale będzie jak prawdziwe orzeźwienie…

Uciekam z plaży na parking, wyciągam dwie reklamówki z zakupami – robimy sobie niespodziankę i jemy kolację na plaży przy zachodzie słońca …

Uda się, nie uda, toż to plaża dla nudystów …

Pisze jasno, żeby alkoholu nie wnosić, a ze mną tradycyjnie butelka wina czerwonego … może nawet dwie ...

Widok piękny, kąpiel w morzu, kolacja na plaży – wędzona kergulena, chleb, pomidory i wino …

Takich wieczorów się nie zapomina …

Wracamy do namiotu, szyszki gniotą w plecy, na szczęście jutro pomimo niewygód, nie musimy wstawać – jak dzieci, Boże  - jak dzieci … byle czas oszukać …

Niewygoda mnie budzi i brak kawy, mój mąż śpi jak dziecko snem spokojnym i głośnym – to będzie kolejny piękny dzień naszej podróży…

Po Mierzei Kurońskiej – czas na ŁOTWĘ – RYGA jest zasięgu naszych marzeń … i podróży…

Pakując rano o 5 namiot mam nadzieję na przyzwoity nocleg w Rydze, mąż mnie nie zawodzi…

Ale znów jedziemy, jedziemy, jedziemy,

Tej drogi nie wydaje się być końca … ale jest RIGA …

 

Mąż jedzie jakby na oślep, wie czego szuka, wie , gdzie chce mnie zabrać …

Zabrał – niech to zostanie tajemnicą …

 

Policja Łotewska jest bardzo miła, zawsze można na nią liczyć, wystarczy pokazać wizytówkę hotelu, w którym mieszkasz, powiedzieć, że nie wiesz jak tam wrócić, możesz mieć pewność, że cię odwiezie bezpiecznie.

Ryga – piękna, wystawna, droga … potrafi kusić …bazary i sklepy lniane robią wrażenie … kuszą, nie sposób im się oprzeć …

Nad ranem  - kierunek – Wilno – Ostra Brama – moje marzenie od dawna, jeśli nie od dziecka – dlaczego ?

Po raz kolejny nie wiem…

Matko Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie …

Wilno wita nas słońcem,

planujemy po zachodzie zatrzymać się na noc w dzielnicy Wileńskiej bohemy…

Trafiamy – dzielnica budzi lęk …

Właściciel hotelu, okazuje się być właścicielem schroniska dla (bezdomnej?) młodzieży, mówi po Polsku, zapewnia, że od ośmiu lat jest bezpiecznie.

Pyta, czy życzymy sobie pokój z prysznicem, czy bez, przeprasza, że nie przyjmuje kart kredytowych i nie serwuje śniadania, nie pozwala też wrzucać papieru toaletowego do muszli…

Przy tym jest serdeczny i miły, obiecuje, że w nocy będzie cicho i bezpiecznie – wzbudza nasze zaufanie, jeden Bóg wie, czy zostajemy, bo mu ufamy, czy dlatego, że pragniemy nocą zwiedzić Wilno więc nad ranem padniemy z nóg … Przecież po gębie możemy dostać też u nas w Polsce

Oddaje pokój w nasze posiadanie …

Uroczo, pokój mały, czysty, zadbany i rzecz jasna z prysznicem … chińska kabina w rogu pokoju …

Bajka – warto było …

Wychodzimy do centrum Wilna, mijamy urocze kamieniczki, knajpki, gdzie nocą napijemy się wina z tutejszą młodzieżą…

Jedna z tablic robi na mnie największe wrażenie w trakcie całej tej podróży –to tablica, na której została wyryta Konstytucja Republiki Zarzecza – prosta, bezinteresowna, prawdziwa, powinna zostać Konstytucją Rzeczpospolitej … może wówczas nabralibyśmy do siebie prawdziwego szacunku.

Nie zdradzę całej jej treści, tym samym zachęcam do jej poznania.

A brzmi ona w skrócie tak:

  1. Człowiek ma prawo mieszkać obok Wilenki, a Wilenka płynąć obok człowieka.
  2. Człowiek ma prawo do gorącej wody, ogrzewania zimą i dachu z dachówki.
  3. Człowiek ma prawo umrzeć, lecz nie jest to jego obowiązkiem.

6. Człowiek ma prawo kochać.

7. Człowiek ma prawo być niekochanym, aczkolwiek nie koniecznie.

9. Człowiek ma prawo do leniuchowania i nicnierobienia.

10. Człowiek ma prawo kochać kota i opiekować się nim.

13. Kot nie musi kochać swego gospodarza, ale w trudnej chwili powinien mu pomóc.

20. Człowiek nie ma prawa do przemocy.

22. Człowiek nie ma prawa porywać się na wieczność.

24. Człowiek ma prawo nic nie rozumieć.

27. Człowiek powinien pamiętać swoje imię.

28. Człowiek może dzielić się tym co ma.

29. Człowiek nie może dzielić się tym czego nie ma.

33. Człowiek ma prawo płakać.

35. Człowiek nie ma prawa przenieść swojej winy na innego.

38. Człowiek ma prawo się nie lękać.

 

Zazdroszczę mieszkańcom Republiki Zarzecza…

Ostatni łyk wina wypity przed północą w zawieszonej nad Wilenką knajpce długo będziemy pamiętać …

Wracamy bezpiecznie do schroniska, dzielnica boheny jest dla nas łaskawa o tej porze, jeszcze tylko kąpiel w kabinie w rogu pokoju i czas na słodki wypoczynek.

Dzień następny – jeszcze tyle zostaje do zwiedzania.

Katedra Św. Stanisława, Brama prowadząca na podwórzec klasztoru Bazylianów, gdzie Gustaw przemienia się w Konrada ( Dziady A.M. ), w końcu Ostra Brama …

Cel mojej – naszej podróży,

To tu naprawdę musiałam przyjechać, to tu chciałam uklęknąć i podziękować za wszystko co mam, za szczęśliwe lata, ale i te samotne, bo wiele mnie nauczyły, za każdy dzień, który mam za sobą i przed sobą, za chleb, wino, rodzinę i zdrowie.

To tu chciałam prosić pokornie o każde, bezpieczne lądowanie dla mojego syna.

Długo tak dziękowałam i prosiłam, nawet nie zauważyłam, ze gdzieś to moje szczęście – mąż – się już oddalił.

Takiej pielgrzymki trzeba mi było.

Pewno szybko wyjechalibyśmy z Wilna w stronę Trok, gdyby nieodparta potrzeba uczestniczenia we Mszy prawosławnej, a ta dopiero popołudniu…

Bo kiedy znów przywitamy Wilno?

Wchodzimy do Cerkwi, jest popołudnie, chłód miło nas wita w samym wejściu

Wiernych Mało, raptem trzy osoby, nas nie licząc.

Rozpoczyna się msza prawosławna.

Zaczynam rozumieć, dlaczego kościoły to budowle strzeliste, obszerne,

Tam nie trzeba, by organy grały,

Wystarczy ludzki głos, żadne organy go nie zastąpią.

Kilku popów z różnych stron cerkwi modli się i śpiewa tak, że melodia otacza mury świątyni, stoimy jak zahipnotyzowani, słuchamy, pozwalamy się okadzać jednemu z nich, kłaniamy się, kiedy do nas się zbliża, a każde słowo „Gaspadin” – wyzwala w wiernych potrzebę przeżegnania się…

Pokora, pokora, pokora,

Nigdy się jej nie nauczymy.

Jeszcze tylko smaczny obiad w niedrogiej knajpce i …

Niechętnie opuszczamy Wilno, kiedy słońce zachodzi.

Kierunek Troki – drewniane miasteczko, zamieszkane przez jeden z najmniejszych narodów europejskich – Karaimów, to tu można dopłynąć nocą do zamku wielkich książąt na jeziornej wyspie…

Szukamy noclegu, przewodnik wskazuje na Sveciu Namai – cena przystępna, warunki nie.

Oj, z kozami dziś nam przyjdzie spać, ale po wygodach w Rydze i Wilnie, kiedy sił zaczyna brakować, bierzemy cokolwiek. Fakt jest jeden, trzeźwi na kwaterę wrócić nie możemy, nie sposób byłoby usnąć.

Pojezierze Trockie robi wrażenie. Nocą, w trakcie spaceru pod zamek książąt spotykamy pieszą pielgrzymkę młodzieży z Polski …

Jak pielgrzymi mówią, że nie piją … to kłamią, bo właśnie pod zamek przyszli się napić.

Wybaczamy młodym ich słabości … kładziemy się spać, po obfitej kolacji – kybiny smakują doskonale.

 

Rano głowa boli, wina za dużo, czy snu za mało?

A może obawa przed końcem tej podróży?

Na śniadanie, na przystani zamawiam chłodnik litewski i piwo, doskonała kompozycja na tamtejsze upały, mój mąż zupę z kurek, biedak poci się nad nią …

Ostatnie zakupy, ostatnie pamiątki, nawet takie które zimowymi, chłodnymi  wieczorami pozwolą mi przypomnieć podróż mojego życia – grube, ręcznie robione skarpety – biedronki po bokach –nawet nie wiem dlaczego mi je kupił … Pewno mnie kocha, jak tę podróż na Litwę.

 

Jesteśmy już po naszej polskiej stronie, staramy się oszukać czas i nas samych, zatrzymujemy się w Kowenie pod Mrągowem, uroczej wsi, na swojskiej kwaterze, sprzed kilkunastu dni.

Chyba za wszelką cenę staramy się przedłużyć ten wyjazd.  Jest za wspaniale, aby go kończyć.

Ostatnia kąpiel w jeziorze, spacer po wsi… wyśpijmy się do rana, niech nas tylko słońce obudzi ….

Wstajemy późno, słońce tak wstało,

Czas wracać do domu,

To była wspaniała podróż, trzeba nam było na nią długo czekać, tam byłam szczęśliwsza, warto było.

Nie bójmy się spełniać własnych marzeń …

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy