Reklama

Reklama

Broń zostawiam w pracy

Czarny charakter filmowy w życiu prywatnym jest zupełnie inny. Kim więc jest?

Do ilu osób pan strzelał w swoim filmowym życiu?

Artur Dziurman: Do wielu. Nigdy tego nie liczyłem, ale było takich "osób" sporo. Zdarzyło się, że strzelałem do kilku osób na raz.

Nigdy nie zadrżała ręka?

- Zadrżała. W "Czasie honoru" grałem esesmana, naczelnika więzienia na Pawiaku. Po ucieczce więźniów miałem dokonać egzekucji dwóch kobiet. Musiałem przystawić im pistolet do głowy i strzelić w skroń. To były trudne, nocne zdjęcia. Wszystko się przedłużało. W pewnym momencie operator zapytał, dlaczego na zbliżeniach trzęsie mi się ręka? Odpowiedziałem, że siada mi psychika, bo ile razy można strzelać w głowę człowieka, nawet tylko na potrzeby filmu, i zabijać. Magazynek był pusty, ale to jednak działa na psychikę aktora.

Reklama

- To chyba był najbardziej stresujący moment dla mnie, kiedy po kilka razy musiałem strzelać z bliska. Tych emocji nie dało się ukryć.

A trenował pan jakieś sporty walki?

- Jeden z profesorów szkoły teatralnej w Krakowie zaszczepił mi miłość do gimnastyki artystycznej i taekwondo. Dzięki niemu, już po skończeniu studiów, przez wiele lat trenowałem właśnie taekwondo. Skończyłem z tym zaledwie kilka lat temu z braku czasu.

A przydało się to panu w życiu codziennym?

- Sprawność fizyczna potrzebna jest każdemu facetowi. W życiu też parę razy to mi się przydało. Kiedyś pod moim domem stało dwóch facetów, którzy palili papierosy i wyglądali, jakby chcieli mi zwinąć auto albo okraść dom. Kiedy przechodziłem, rzucili się na mnie we dwójkę. Nie miałem wyboru. Musiałem się bronić i obaj nieźle oberwali.

Nikt od tamtej pory nie porysował panu auta z zemsty?

- Nie, na szczęście nigdy mi się to nie zdarzyło (śmiech).

Wróćmy do filmu. Jak to się stało, że został pan etatowym czarnym charakterem w polskim filmie?

- To się chyba zaczęło jedenaście lat temu od roli Leszka w "Klanie". Wtedy to była negatywna postać. Sądzę, że od tego momentu zacząłem dostawać takie propozycje. To są bardzo ciekawe role, bo nigdy nie są sztampowe i wiele można w nich dać od siebie. Potem tych ról było coraz więcej. Niedawno nawet w jednym z animowanych filmów dla dzieci podkładałem głos pod złą sowę (śmiech).

Nie doskwiera to panu i nie działa na psychikę?

- Absolutnie nie. Oprócz filmu robię mnóstwo innych rzeczy. Prowadzę Stowarzyszenie Scena Moliera w Krakowie, gdzie z grupą niewidzących i słabowidzących aktorów tworzymy spektakle. Jako jedyni w Polsce przygotowaliśmy przedstawienie "Brat naszego Boga" Karola Wojtyły. Dzięki beatyfikacji zostało ono dostrzeżone i to nie tylko w Polsce. Gramy w kraju oraz we Lwowie i Wiedniu. Pracujemy nad kolejnym spektaklem.

Czyli broń zostawia pan w pracy?

- Zdecydowanie tak. Od paru lat w życiu prywatnym jestem raczej bratem Albertem, który był człowiekiem miłosiernym. Pomagał ludziom i oddawał im swoje pieniądze.

Na koniec wróćmy jeszcze na chwilę do "strzeleckich" ról w pana wykonaniu. Nie są to więc pana ulubione "środki wyrazu"?

- Różnie z tym bywało. Strzelałem z kałasznikowa, karabinku snajperskiego, z różnych pistoletów, m.in. z magnum, i z broni z II wojny światowej, których nazw nawet nie znam. Trochę tego było. Ale prywatnie nigdy nie strzelałem, nawet hobbystycznie, bo się tego boję!

- Nigdy nie miałem też militarnych zapędów i nie chciałem zostać żołnierzem. Nie mam żadnych ciągot do broni.

Rozmawiał Mirosław Mikulski

Życie na gorąco 24/2011

Życie na gorąco

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy