Reklama

Reklama

Ikona kobiet dojrzałych

Oceniając występy uczestników programu "Must be the music", nie przebiera w słowach.

- Możesz być laską, tymczasem jesteś koczkodanem - to jeden z łagodniejszych komentarzy. Nie oszczędza też kolegów z jury, zarzucając im... brak kompetencji. Na forach internetowych zawrzało: "nieudolna kopia Kuby Wojewódzkiego", "rozhisteryzowana, zmumifikowana babcia" - piszą. Ale nie brakuje też ciepłych komentarzy: "świetna sześćdziesięcioletnia", "ikona kobiet dojrzałych".

Ruch rzeźbi ciało, ale porządkuje też głowę

- Jestem świadoma siebie, dojrzała, mocna wewnętrznie. Trzymam ster życia w swoich rękach. Nie ukrywam lat. Odejmowanie ich sobie, jest żenujące - mówi Olga Jackowska. - W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że ciało go zdradza. Jedynym ratunkiem jest ruch, higiena, dieta. Wklepujemy kremy, a zapominamy o sporcie. Ruch rzeźbi ciało, ale porządkuje też w głowie. Uwalnia hormony szczęścia - dodaje.

Reklama

Tym śmieszniejsze byłoby ujmowanie sobie lat, że za kilka miesięcy zostanie babcią. Jej młodszy syn Szymon zostanie ojcem. Jaką będzie babcią? Kochającą, rozpieszczająca, zezwalającą. Jej takich uczuć zabrakło.

Urodziła się w Krakowie. Miała czworo rodzeństwa. Mieszkali w suterenie. Gdy miała 4 lata, jej mama zachorowała na gruźlicę. Olga trafiła do domu dziecka prowadzonego przez zakonnice. Była upokarzana, bita. Miała naderwane uszy, groziła jej utrata wzroku. Wyznała, że była molestowana przez księdza.

Gdy wróciła do domu, trafiła w sam środek rodzinnego piekła. Ojciec nie żył. Bracia stali się alkoholikami. - Dziś nie czuję już żalu, byliśmy ofiarami historii - mówi.

Nie wie, czy chciała umrzeć, czy tylko zawołać o pomoc

Potem były przygodne znajomości, życie w hipisowskiej komunie. W wieku kilkunastu lat uzależniła się od amfetaminy. Cierpiała na depresję. Parę razy chciała odebrać sobie życie. Pierwszy raz jako dziecko, potem jako nastolatka. Nie wie, czy naprawdę chciała umrzeć, czy tylko zawołać o pomoc. Do dziś jest osobą depresyjną.

Marka Jackowskiego poznała w Piwnicy pod Baranami. Podszedł do niej i powiedział: "kocham cię". Wcześniej nikt jej tego nie mówił. Pobrali się 10 grudnia 1972 roku. - Nie dlatego, że miłość, że dziecko. Zrobiłam to z ciekawości - wyznaje.

Jeździli po Polsce, koncertowali. Zaczęła pisać teksty. Gdy w 1980 roku zadebiutowali w Opolu jako Maanam, ich "Boskie Buenos" i "Żądzę pieniądza" nucili wszyscy. Żyli jak nomadzi. - Człowiek, który nie ma domu, czuje się wolny - filozofowali. Zaadaptowali mieszkanie w domu przeznaczonym do rozbiórki. Zainstalowali, nielegalnie, prąd. Kilkumiesięczny Mateusz spał w wannie.

Związek nie przetrwał próby codzienności. Jemu zdarzało się pić. Ona tkwiła w depresji. Mateuszem zajmowały się przygodne opiekunki. Rozwiedli się po 13 latach. Kamila Sipowicza poznała, jeszcze jako mężatka. - Iskrzył jak zwarcie w kontakcie - wspomina.

Była jego pierwszą kobietą. Zaszła w ciążę. On nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności. Za kobietę, za dziecko. Wyjechał do Niemiec. Pracował jako robotnik i robił doktorat z filozofii. Szymona do rozwodu z Korą wychowywał... Marek Jackowski. Do dziś traktuje go jak syna.

Kora z Kamilem zamieszkali razem w 1987 roku, po śmierci matki Kamila, która jej nie akceptowała. Kora i Kamil swój związek określają jako spotkanie dwóch samotności. - Kamil mnie rozumie, w pełni akceptuje, tak samo jak ja widzi świat. Jestem indywidualistką, trochę egoistką, lubię postawić na swoim. On pierwszy wyciąga rękę do zgody.

Nie zdecydowali się na ślub. Małżeństwo - męczeństwo

Nie zdecydowali się na ślub. Małżeństwo - męczeństwo - twierdzą zgodnie. Stworzyli dom, o którym marzyła. Nie przywiązują wagi do wspomnień, przedmiotów. - Jesteśmy dla siebie atrakcyjni, także dlatego, że mogliśmy się zdobyć na komfort życia osobno - mówi Kora.

8 czerwca skończy 60 lat. Marzenia? - Całkiem pospolite. Marzę o zdrowiu i radości dla mojej rodziny. Cel życia? - Bardzo prozaiczny. Praca, rodzina. Ale bez pracy mogłabym jednak żyć, choć jest dla mnie wielką przyjemnością. Bez osobistej wolności, samodzielności, mądrej miłości i moich najbliższych - nie.

M. Jungst

Życie na gorąco 15/2011

Życie na gorąco

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy