Reklama

Reklama

Jest tylko jedna pani jego serca

I to nie wspaniała żona, z którą przeżył zgodnie 40 lat, tylko... wnuczka Matylda.

Polonista, aktor, reżyser, profesor i rektor. Jerzy Stuhr (64) wciąż sprawdza się znakomicie w każdej z tych ról, ale coraz częściej szuka też spokoju. Odnajduje go w domu w górach, jednak już po kilku dniach wraca do Krakowa, bo... trudno mu usiedzieć w miejscu. Nawet schorowane serce nie jest w stanie go do tego zmusić. Udaje się to tylko jednej osobie. Ale... nie jest to żona Barbara, z którą od blisko 40 lat tworzy szczęśliwe małżeństwo.

- Jedynie Matylda (11), moja wnuczka, jest w stanie sprawić, bym na chwilę się zatrzymał - zwierza się. Zwalnia zresztą z wielką przyjemnością, bo jest w nim ogromne poczucie winy, że nie miał dość czasu dla swoich dzieci kiedy te były małe. - Moje życie było jedną wielką wędrówką - mówi.

Reklama

Dlatego kiedy dzieci - Maciej (36) i Marianna (27) - były małe, większość ojcowskich problemów rozwiązywał z nimi przez telefon. To żona zajmowała się dziećmi, gdy on robił karierę. Syn studiował potem aktorstwo, a córka na Akademii Sztuk Pięknych.

Wydawało się, że wszystko jest dobrze, aż do chwili gdy kilka lat temu Marianna nagle źle się poczuła. Narzekała na nasilający się ból w plecach. Rodzina namówiła ją, by poszła do lekarza. Diagnoza była straszna: podejrzenie raka. - To było nieszczęśliwe miejsce, kręgosłup... Mogło skończyć się paraliżem - ze łzami w oczach wspomina pan Jerzy. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Córka aktora realizuje się zawodowo, jest świetnym grafikiem. Zaprojektowała okładkę książki, którą napisał jej tata. To zdarzenie spowodowało, że pan Jerzy zaczął zwalniać tempo, choć praca była, jest i będzie jego pasją. Niedawno wrócił z Włoch, gdzie zagrał rzecznika papieża w filmie "Habemus Papam". Italia to kraj, w którym mistrz nie tylko gra, ale też uczy studentów.

Przez osiem lat był też rektorem Krakowskiej Szkoły Teatralnej. I choć bardzo cenił sobie to zajęcie, to w końcu powiedział: dość! Jest indywidualistą, od najmłodszych lat niezależny. - Nigdy nie chciałem poddać się dyscyplinie, działać w grupie. Albo stałem obok, albo na jej czele - opowiada. Dlatego zajął się reżyserią, chciał być niezależny na planie. Jest jednak jeden układ, w którym pan Jerzy świetnie się odnajduje. To małżeństwo.

- Słowa przysięgi małżeńskiej są najpoważniejszymi, jakie wypowiedziałem w życiu. To odpowiedzialność, którą chciałem wziąć na siebie. To czyniło mnie lepszym - mówi. Z żoną Barbarą, która jest skrzypaczką, znają się od kołyski. Zaiskrzyło między nimi, gdy byli na studiach, więc postanowili się pobrać. Tworzyli związek, który budził kontrowersje.

Skromny, niezbyt urodziwy student polonistyki i aktorstwa oraz świetnie zapowiadająca się skrzypaczka. Pan Jerzy nie przypadł do gustu teściowej. "Może ty zostań kierownikiem domu kultury albo idź uczyć do szkoły? Bo aktor to niby co?" - zamartwiała się. Na szczęście pan Jerzy swojej teściowej nie posłuchał.

Od początku świetnie sobie radził na scenie i przed kamerą. Dzisiaj jest jednym z najwybitniejszych polskich aktorów. Jednak wciąż zadaje sobie pytanie, czy dobrze wybrał? Bo przecież chciał zostać... pisarzem.

Spełniał swoje marzenia pisząc scenariusze. Wreszcie napisał też książkę. Dwa lata temu ukazała się saga pt. "Stuhrowie. Historie rodzinne". - Napisałem ją dla mojej wnuczki Matyldy. Chciałem, aby znała historię całej naszej rodziny. Zostawię po sobie nie tylko role, ale też książkę. To już coś - mówi.

IP

Świat i Ludzie 4/2011

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy