Reklama

Reklama

Mam ostry, węgierski temperament

Pierwsza dama Starego Teatru słynie z wielkiego talentu i trudnego charakteru.

Jest prawdziwą gwiazdą, ale wyjątkowo skromną. Przyjaciele mówią o niej: spokojna, cicha, z ogromnym poczuciem humoru. Ale już w studentach Krakowskiej Szkoły Teatralnej Anna Polony (72) zawsze budziła strach.

- Byłam okropnym pedagogiem. Bez przerwy się wydzierałam i niecierpliwiłam. Wściekało mnie, że nie rozumieją, co do nich mówię - szczerze opowiada o sobie. Jej zachowanie bierze się z temperamentu, który odziedziczyła po dziadku, Węgrze.

- Mam charakter trudny i gwałtowny, łatwo wybucham, krzyczę, potrafię nawet uderzyć. I nie panuję nad tym. Nigdy nie wiem, co i kiedy mnie rozwścieczy - dodaje. Jednak to, na szczęście, nie przeszkadza jej być wielką aktorką. Zawsze żyła i nadal żyje pracą. Zawsze też podkreślała, że aktorstwo jest całym jej życiem. Ale pani Anna przyznaje też, że rodzina to jej wielka siła, mimo że sama nie miała takiego szczęścia, by doświadczyć cudu macierzyństwa.

Reklama

- Otacza mnie tłum bratanków, siostrzeńców i innych członków rodziny. Ich ciepło oraz możliwość grania wystarczają mi, by poczuć się bezpiecznie - wyznaje. Bezpiecznie czuła się także przy dwóch bardzo ważnych mężczyznach, których spotkała na swojej drodze życia.

Pierwszy to mąż, Marek Walczewski (†72) - wielka studencka miłość. Byli młodzi, piękni i bardzo zdolni. On marzył o dziecku, ale ona bała się zrezygnować z pracy. - Nie umiałam sobie wyobrazić siebie jako pełnej poświęcenia matki. Niby nie miałam instynktu macierzyńskiego, ale... zawsze kochałam maluchy. Teraz opiekuję się Mają, siostrzaną prawnuczką - opowiada.

Oboje z ukochanym Markiem pracowali w Krakowie, ale mąż systematycznie wyjeżdżał do Warszawy. Podczas jego częstych nieobecności pani Anna poznała i zaprzyjaźniła się z reżyserem Konradem Swinarskim (†46). Dlatego, gdy w końcu dowiedziała się, że mąż odchodzi do innej (Małgorzaty Niemirskiej), nawet nie próbowała go zatrzymać. Jednak rozstanie, mimo zgody na nie, znosiła bardzo ciężko.

Pocieszenie znalazła właśnie u swojego mistrza sztuki reżyserskiej, Konrada Swinarskiego. - Bez niego nie byłoby Anny Polony - wyzna po latach aktorka. Rozpoczęli wspólne życie, które dramatycznie i gwałtownie zakończyło się w sierpniu 1975 roku. Wtedy Konrad Swinarski zginął w katastrofie lotniczej czeskiego IŁ-a 62 pod Damaszkiem.

Od tego czasu minęło już 36 lat. Pani Anna skoncentrowała się na pracy i z nikim już się nie związała. Nie ma oporów, by przyznać, że jej życie uczuciowo-intymne było zupełnie nieudane. - Jestem za silna, za drapieżna, zbyt apodyktyczna, spontaniczna i narzucająca swoje zdanie. Musiałabym mieć za towarzysza uległego mężczyznę, a... tacy mnie nie interesowali - próbuje tłumaczyć aktorka.

Dziś pani Anna cieszy się tym co ma i niczego w swym życiu nie żałuje. Niecierpliwie czeka tylko na kolejne role teatralne, a o całej reszcie życiowych przyjemności mówi: - Co miało być, to było. I dobrze, wystarczy...

PK

Świat i Ludzie 6/2011

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy