Reklama

Reklama

W życiu wszystko mi się udało

Na scenie jest gwiazdą. Prywatnie - sympatycznym i rodzinnym facetem. Kochającym mężem, ojcem trzech synów i dziadkiem.

To jeden z najsilniejszych i najbardziej charakterystycznych głosów polskiej sceny muzycznej. W 1969 roku Krzysztof Cugowski (61) był współzałożycielem i pierwszym wokalistą słynnego zespołu rockowego Budka Suflera. Po kilku latach odszedł z zespołu, działał na własne konto, ale w końcu wrócił i ponownie święci triumfy z Budką. Utwór "Takie tango" został okrzyknięty największym hitem powojennej Polski.

Dwukrotnie żonaty, ojciec dwóch synów. Z pierwszego małżeństwa ma Wojciecha (35) i Piotra (32), którzy są również związani z branżą muzyczną - założyli zespół Bracia, z drugiego małżeństwa - Krzysztofa juniora (13).

Reklama

Jak tam biodra? Nadal bardzo panu dokuczają?

Krzysztof Cugowski: Już zapomniałem o dolegliwościach. Prawe miałem wymienione 10 lat temu, a lewe w 2006 roku. Pełny komplet. I mam święty spokój.

Zdrowie się przyda, bo doszły nowe obowiązki. Właśnie drugi raz został pan dziadkiem.

- No tak. Miesiąc temu mojemu synowi Piotrowi urodził się syn... Piotr. Mam też dwuletnią wnuczkę Weronikę, to córka Wojtka.

No i jeszcze syna Krzysztofa z drugiego małżeństwa.

- No tak, chłopak ma 13 lat. Przed nim gimnazjum.

Jak sobie radzi?

- Jest dobrym uczniem, dostaje świadectwa z czerwonym paskiem. I, chwała Bogu, nie mamy z nim żadnych problemów.

Dogaduje się z braćmi?

- Bardzo ich lubi i to z wzajemnością. Dla Krzysia są w wielu sprawach niemal wyrocznią. Bardzo mu imponują, a mnie to cieszy.

A na jego gust muzyczny kto ma większy wpływ, tata czy oni?

- Ma takich idoli, których ja nie znam i nawet chyba bym nie chciał poznać (śmiech). Co oznacza, że jest normalnym młodym człowiekiem.

Krzysztof junior jest do pana podobny?

- Do mojego starszego syna Wojtka. Ostatnio dopatrzyłem się, że są niemal identyczni.

Podobno odziedziczył po tacie talent muzyczny.

- To jest tak: ojciec występuje, bracia występują, to i on też chce. Zobaczymy co będzie. Przed nim jeszcze daleka droga do czegokolwiek. Mam nadzieję, że będzie robił coś innego niż my trzej.

Dorośli synowie poszli pańską drogą, a na najmłodszego syna pan nie naciska?

- Ależ ja na nich także nie naciskałem. Tak sobie wybrali, tak mają. Za to mama Krzysia bardzo naciska, ale na to, żeby syn w ogóle po prostu zajmował się nauką. Tak więc zobaczymy co będzie.

Pan wolałby, żeby został lekarzem albo inżynierem?

- A proszę bardzo. Nie mam nic przeciwko. Podobnie było z moimi synami. Ja im wtedy zawsze tłumaczyłem: możesz robić w życiu co chcesz, pod warunkiem, że będziesz robił to dobrze. Bo wtedy ma się spokojne, ułożone życie. Najgorzej jest kiedy człowiek nic konkretnego nie potrafi robić.

To co wtedy?

- Wtedy można się zająć polityką.

Tak jak kiedyś pan?

- (Śmiech). No nie. Ja miałem krótki epizod. Człowiekowi się różne rzeczy "mamią" po głowie, dajmy temu spokój.

Dobry z pana dziadek i tata. A jaki mąż?

- Na pewno nie podręcznikowy. Nie sprzątam i nie gotuję. Nie robię też zakupów, ale to dlatego, że żona mówi, że zawsze coś źle kupię i robi to sama. I mam w związku z tym spokój. W tych domowych pracach, to jestem trochę pasożytem. Chociaż jest jedna rzecz, którą od czasu do czasu robię. To jest zmywanie naczyń. A to dlatego, że nienawidzę widoku brudnych garnków. Ale też mnie gonią od tego, bo mówią, że niedokładnie myję.

Sam pan sobie winien. Zamiast w czasie wyjazdów do USA, jak przyzwoity Polak, pracować "na zmywaku", to pan tam śpiewał?

- (Śmiech). No tak... pewnie bym się trochę wprawił.

Jak pan wspomina tamten amerykański czas?

- Myśmy w sumie w latach 1987-96 więcej czasu spędzali w Ameryce niż w Polsce. Byliśmy właściwie we wszystkich ośrodkach polonijnych jakie są w Stanach. Poza tym zaliczyliśmy też inne polonijne skupiska na całym świecie. Myśmy objechali wszystko, jeżeli chodzi o Polonię, co było do objechania.

Poza RPA.

- Już mieliśmy wyjeżdżać, ale nasz rodak dokonał tam zamachu na życie ważnego polityka. Zrobiła się zła atmosfera. Wyjazd odwołano.

Nie myślał pan nigdy, żeby zostać w Stanach?

- Myśmy z żoną, którą poznałem właśnie w Chicago, mieli taki moment niepewności. Ale ja nigdy nie miałem pomysłu na zostawanie tam na stałe. Za dużo napatrzyłem się na emigrację. Uważam, że to jest dla człowieka nieszczęście.

Pańska żona odnalazła się po powrocie w nowej polskiej rzeczywistości?

- Tak, jest rzeczoznawcą majątkowym i biegłym sądowym w tej dziedzinie. I osobą zapracowaną.

Czego pan w życiu żałuje?

-Jedyną rzeczą, jaka budzi we mnie lekki niedosyt, jest to, że nigdy nie spróbowaliśmy zrobić tzw. kariery za granicą. Z oczywistych względów: gdy był na to czas i mieliśmy po 25-30 lat to PRL trzymał nasze paszporty w szafie pancernej na milicji. Nie ma gwarancji, że to by się udało, ale moglibyśmy powiedzieć: spróbowaliśmy.

Czy o tym pan śpiewa w piosence "Sen o dolinie"?

- Nie. Jestem zadowolony z tego, co dał mi los. Mogę powiedzieć, że w życiu wszystko mi się udało.

Michał Wichowski

Świat i Ludzie 21/2011

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy