Reklama

Reklama

Ważne, by nasz okręt pływał w dwie strony...

Jedna z najpiękniejszych i najzdolniejszych polskich aktorek młodego pokolenia. Wielka entuzjastka życia i dobrej kuchni. Zdradza nam swoją sprawdzoną receptę na udane Święta Wielkanocne i szczęśliwy trwały związek!

Serial "Klub szalonych dziewic", w którym pani gra, opowiada o perypetiach silnych, niezależnych kobiet, które mają problemy z facetami…

- To znak naszych czasów. Żyjemy szybko, a rozwody przestały być czymś, czego trzeba się wstydzić. Pewne siebie, wykształcone kobiety nie chcą żyć w związkach bez przyszłości. Mogą same decydować o swoim życiu. Niestety, coraz trudniej jest też stworzyć trwałą, szczęśliwą rodzinę. Nie ma czasu na pielęgnowanie uczuć. I to mnie trochę przeraża... W jakim świecie będą żyły moje dzieci? Czy będę kiedyś miała wnuki?

Reklama

Ale pani się udało stworzyć taką szczęśliwą rodzinę - to także kwestia wychowania?

- Na pewno. Miałam cudowny dom! Poza wakacjami nigdy nie byłyśmy podrzucane babciom, a mama, mimo pracy, miała dla mnie i mojej o cztery lata starszej siostry Agnieszki zawsze dużo czasu. Pokazywała nam świat, uczyła wrażliwości. Tego, że ktoś chory, upośledzony nie jest wcale gorszy. I że każdego człowieka trzeba szanować.

- W weekendy razem sprzątałyśmy, gotowałyśmy. Mama zabierała mnie na spotkania z koleżankami. Plotkowała przy kawie, a ja… bawiłam się kosmetykami ciotek, które w przeciwieństwie do mamy, malowały się.

Tata, oficer marynarki, wprowadzał wojskowy dryl?

- Trochę drylu było. Tata był ambitnym i pracowitym człowiekiem. Starał się nauczyć mnie przede wszystkim systematyczności, której zawsze mi brakowało. Do dziś bardzo szybko się nudzę, nie umiem wysiedzieć na miejscu. Miewam kłopoty, żeby skończyć to, co zaczęłam. To się akurat nie zmieniło.

Niezmienne było też marzenie o aktorstwie?

- Już w podstawówce rozdawałam autografy (śmiech). Poza tym lubiłam grać pierwsze skrzypce, dowcipkować, zabawiać innych. Czułam, że aktorstwo to coś dla mnie, i nie wyobrażałam sobie innego zawodu. Może z wyjątkiem pracy w Pewexie w dziale z kosmetykami (śmiech).

Co panią tak pociągało w tym zawodzie?

- Kiedy miałam 11 lat, wprowadziliśmy się do domu, który tata budował przez kilka lat. Marzył mi się pokój ze złotymi meblami, ale rodzice nie mieli już pieniędzy. Zaczęłam rozmyślać, jaki zawód przyniesie szybko gotówkę. I padło na aktorstwo.

Ale zaczynała pani od pracy na wybiegu.

- Tak, byłam modelką. A w klasie maturalnej wygrałam casting do filmu "Ciemna strona Wenus". Wszystko szło więc tak, jak sobie założyłam. Nie poszłam tylko do szkoły teatralnej, bo wiele osób mi odradzało, mówiąc, że szkoda czasu. A pierwsze sukcesy przyszły i bez szkoły. Poza tym poznałam Jarka (Jarosław Bieniuk, piłkarz - przyp. red.), urodziłam dziecko…

Co pani pomyślała, kiedy zobaczyła swojego mężczyznę po raz pierwszy?

- Pomyślałam, że jest wysoki. Wysoki i przystojny.

Czym pani zaimponował?

- Prawdziwy facet powinien mieć przede wszystkim dystans do siebie i życia, bo inaczej jest słabo. I jeszcze poczucie humoru.

A nie musi być czuły?

- Nie, a przynajmniej nie bez przerwy. Czasem może być draniem (śmiech). Ja w ogóle nie jestem romantyczna. Nigdy np. nie umiałam przyjmować kwiatów. Albo jakiś złamałam, albo gdzieś zostawiłam… Wyjątkiem były moje ukochane czerwone róże, które Jarek wysyłał mi na początku naszego związku. Bardzo mnie to wzruszało...

Rozumiecie się w pół słowa?

- Dajemy sobie wsparcie. Najważniejsze, żeby okręt pływał w dwie strony i żeby była miłość. Dla nas ważne są te same rzeczy i potrafimy iść na kompromis.

Jest pani zawsze tam, gdzie gra pani partner. Takie częste zmiany miejsc są trudne?

- Tak, ale nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Rodzina powinna być razem! Zawsze irytowały mnie modne ostatnio związki na odległość.

Wszystko ma pani takie poukładane?

- Oboje z Jarkiem mamy świadomość, że robimy to wszystko po coś. Choć nie ukrywam, że bywa ciężko. Mamy takie same charaktery - to ułatwia życie, ale i czasem utrudnia. Potrafimy być krzykliwi, wybuchowi, szczególnie kiedy jesteśmy bardzo zmęczeni. A bywa tak, że ryczę w poduszkę, bo nie wiem, w co mam ręce włożyć. Choć jestem bardzo aktywna, czasem zdarza mi się zwyczajnie paść na kanapę…

A propos kanapy. Mawia pani, że kobieta jest "wersalką" rodzinnego ogniska, na której spoczywa dom…

- Bo tak jest! To powód do dumy! I myślę, że to sposób, by zaimponować mężczyźnie. Kiedy byliśmy w Turcji, udało mi się przygotować Wielkanoc. A to kraj muzułmański i np. wieprzowiny tam nie ma. Nie zapomnę też, jak szukałam razowej mąki i… nie znalazłam. Wyhodowałam więc zakwas na mące pszennej. Bardzo lubię gotować i często robię to razem z dziećmi.

Która rola Ani Przybylskiej najbardziej zapadła ci w pamięć? - podziel się opinią na forum!

Jest pani surową mamą?

- Jestem chyba bardziej mamą kumplem. Choć zawsze mówię do dzieci tak trochę po wojskowemu: "Macie dwie minuty na zjedzenie, za pięć minut będziemy w windzie!". Muszę być dobrze zorganizowana, bo inaczej nie zdążyłabym ze wszystkim.

Dzieci panią zmieniły?

- Kiedy urodziłam Oliwkę, miałam 23 lata i wydawało mi się, że jestem dorosła. A teraz? Im dzieci są starsze, tym wydaje mi się, że jestem młodsza. Ale może dzięki temu tak dobrze się z nimi dogaduję? Zaczynam się już kolegować z moją Oliwką. Ona ma siedem lat. Kocham patrzeć, jak się stroi, popisuje (śmiech)!

Jest do pani podobna?

- Szymek jest podobny do mnie, Oliwka to cały Jarek. Ale jesteśmy bardzo zżyte. Myślę, że z synami jest trudniej, szczególnie kiedy są starsi. Gdybym miała tylko syna, pewnie strasznie bym cierpiała, gdyby pojawiła się w jego życiu ważna dziewczyna. Teraz rozumiem teściową…

Podobno babcia mówiła pani, że życie po trzydziestce staje się piękne. Sprawdziło się?

- Na razie mi się bardzo podoba, choć, odpukać, nigdy nic nie wiadomo. Ale podobno po czterdziestce jest jeszcze fajniejsze!

Kasia Kosmal

Kobieta i życie 04/2010

Kobieta i życie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy