Zamieniła Polskę na Kosowo. "Tu znalazłam dom na zawsze"
W latach 80. zauroczenie i miłość do młodego Albańczyka sprawiły, że pani Anna zostawiła Polskę i rozpoczęła nowe życie na Bałkanach, wtedy jeszcze Jugosławii. Od tamtej pory przeżyła wojenne dramaty, obserwowała narodziny nowego państwa i nieustanne przemiany społeczne, polityczne i obyczajowe. Jej historia to nie tylko zapis życia na Bałkanach, ale też poruszająca opowieść o odwadze, przystosowaniu i sile kobiety, która - choć zawsze związana z Polską - już dawno zapuściła korzenie w kosowskiej ziemi. To wywiad-rzeka, pełen emocji, wspomnień i refleksji.
Magda Kania: Jak to się stało, że zdecydowała się pani na życie w Kosowie?
Anna: - W Kosowie nie znalazłam się przypadkowo, ale przez własną decyzję, która zmieniła moje dotychczasowe życie. Po zawarciu małżeństwa z obcokrajowcem, a konkretnie z Albańczykiem pochodzącym z Kosowa, podjęłam decyzję, by wyjechać i założyć rodzinę właśnie tam. Męża poznałam w latach 80., a po dwuletniej znajomości, uwieńczonej ślubem w kraju, wyjechałam w 1982 roku do - jeszcze wtedy - Jugosławii.
Pamięta pani moment, w którym wyjeżdżała z Polski? Jak wyglądały tamte okoliczności?
- Opuszczałam Polskę w stanie wojennym. Kraj borykał się z zapaścią gospodarczą, brakami żywności i ich reglamentacją, represjami politycznymi, zamknięciem granic. Poznaliśmy się z mężem na tyle, by wiedzieć, że pomimo różnic kulturowych można je pogodzić i budować życie wspólnie. Jednak życie płata figle i na wszystko trzeba być przygotowanym - co pokazały kolejne dekady.
Czy nie obawiała się pani jechać w nieznane?
- Jugosławia była wtedy wciąż scalona, pełna wszystkiego i bardzo ciekawa geograficznie. Była krajem zamożnym, gospodarczo rozwiniętym, niezwykle interesującym - tyle republik, a każda różniła się od drugiej. Mieszanka kultur, wielojęzyczność, Adriatyk, klimat i możliwość podróżowania bez granic. Kosowo było wtedy autonomiczną krainą, dopiero rozwijającą się, na którą wpływ miały wszystkie republiki. Terytorialnie można ją było przyrównać do województwa opolskiego - różnorodna krajobrazowo, uprzemysłowiona, zamieszkana w 90 proc. przez Albańczyków kosowskich, a w pozostałej części przez Serbów, Bośniaków, Czarnogórców, Goranów i Romów.
Sama stolica (Prisztina), w której mieszkam od początku, usytuowana w kotlinie otoczonej górami, zrobiła na mnie szalenie pozytywne wrażenie. Było tu wszystko - warzywniaki otwarte do późna, pełne egzotycznych owoców, piramidy arbuzów, a do tego tętniące życiem wieczory. Nie miałam problemu z aklimatyzacją, jedynie z komunikacją - musiałam nauczyć się języka albańskiego i urzędowego serbsko-chorwackiego.

Pochodzę z dużej aglomeracji miejskiej, więc Kosowo szybko wydało mi się małe, ale wtedy jeszcze można było bez przeszkód podróżować po całej Jugosławii. Po jej rozpadzie i wojnie domowej w latach 90., a później w czasie zbrojnego powstania w Kosowie w 1999 roku, nastały już inne realia.
Na pewno nachodziły panią myśli - zostać w tej niepewnej rzeczywistości, czy wrócić do Polski.
- W przeciągu tych wszystkich lat, były momenty, kiedy trzeba było zweryfikować swoje życie. Opuścić kraj czy zostać? Często jedyny żywiciel rodziny był wyrzucany z pracy (przez serbskie represje) i decydowano się na emigrację zarobkową na Zachód albo powrót do Polski. Na szczęście u nas takiej sytuacji nie było - choć trochę obniżył się nasz standard, pozostaliśmy. Ale czekały nas nowe wyzwania, bo w 1999 roku wybuchł w Kosowie zbrojny zryw.
Jak pani wspomina te wydarzenia, co się wtedy działo w Kosowie?
- Po utworzeniu odrębnych państw z byłych republik przyszedł czas i na Kosowo, które chciało się odłączyć i stać wolnym państwem. Reżim serbski Slobodana Miloševicia zlikwidował autonomię, zaczęły się represje wobec albańskiej opozycji, dyskryminacja, zwolnienia grupowe, przejęcie uniwersytetu, radia i telewizji. W tamtym okresie młodzi mężczyźni, którzy musieli odbywać służbę wojskową, często wracali w trumnach. Dlatego kto mógł, wysyłał synów nielegalnie na Zachód. Potem nastąpiły czystki ludności - między ogniem armii wyzwoleńczej, uzbrojonych grup militarnych, milicji i później wojska - a najwięcej cierpiała oczywiście ludność cywilna.
Aby wywrzeć presję na reżim i skrócić czystki etniczne oraz cierpienia ludzi, NATO rozpoczęło naloty. Tak się stało, że ja wraz z rodziną zostałam wtedy w Prisztinie i przeżyłam trzymiesięczne naloty NATO. Cały czas dochodziło do przemieszczeń sił serbskich ugrupowań militarnych, które dokonywały najbardziej bestialskich mordów na ludności cywilnej. Do tego duża aktywność milicji w mieście, pobicia i porwania przechodniów... Codzienny strach, co z nami będzie i jak przetrwamy.
Kiedy NATO w końcu wkroczyło do Kosowa, odetchnęliśmy, ale te wydarzenia na zawsze pozostały w mojej pamięci. Tego nie da się wymazać. Prisztina, otoczona wojskami - akurat brytyjskimi - powitała żołnierzy z ogromnym entuzjazmem.

Później do miasta zjechał się cały świat, by relacjonować porozumienie, na mocy którego siły serbskie zgodziły się wycofać z Kosowa, ustępując miejsca wojskom lądowym NATO. W Prisztinie zaroiło się od ekip telewizyjnych. Pomyślałam wtedy, może uda mi się spotkać polską telewizję? - i miałam to szczęście gościć pierwszą ekipę TVP u siebie. Byłam przeszczęśliwa, mogąc spotkać się z nimi i przekazać wszystko, co na zawsze zarejestrowała moja pamięć. Tak zaczęła się moja przygoda z telewizją.

Jak wyglądała pani współpraca z polskimi dziennikarzami w Kosowie?
- Pierwszą ekipę polskiej telewizji spotkałam zupełnie przypadkowo. Wracałam wtedy z mężem po interwencji, bo do sklepu firmy, w której pracował, wtargnęli złodzieje. Dzięki pomocy patrolujących okolicę brytyjskich żołnierzy, udało się ich przepędzić i uratować mienie. Szczęśliwi z takiego obrotu sprawy, wracając, zauważyliśmy samochód TVP. Jakie to było uczucie - spotkać i ugościć rodaków po miesiącach przeżytych w niepewności, co dalej z nami będzie!
Korespondent, dziennikarz Piotr Górecki, zaproponował mi współpracę, którą później kontynuowałam także z innymi ekipami przyjeżdżającymi do Kosowa. Niestety, nie miałam czym ich poczęstować poza kawą - sklepy świeciły pustkami, piekarnie dopiero zaczynały wypiekać chleb, żeby ludność nie została pozbawiona tego podstawowego produktu. Zaparzyłam więc kawę po turecku, z kożuszkiem. Smakowała podobno wyjątkowo - może dlatego, że była faktycznie tak dobra, a może dlatego, że po męczącej podróży wydawała im się jeszcze lepsza. Usłyszałam wtedy, że takiej dobrej kawy dawno nie pili!
Już następnego dnia dołączyłam do ekipy jako tłumacz, pilot i doradca. Razem wyjechaliśmy w teren. Konflikt zbrojny zawsze oznacza brak porządku - anarchię, kradzieże, mordy, czystki etniczne. W Kosowie, w czasie nalotów NATO, wszystko to dokonywało się jeszcze intensywniej - ofiarą stawała się albańska ludność cywilna. Odkrywaliśmy najgorsze strony wojny: masowe groby, spalone i opustoszałe wsie. Potem widzieliśmy powrót ludzi do swoich domów, odwet wobec serbskiej ludności, a także powolną normalizację życia po konflikcie. Powstawały instytucje pod zwierzchnictwem Misji Tymczasowej Administracji ONZ (UNMIK), która przejęła zarządzanie prowincją. Relacjonowaliśmy też zadania wojsk rozlokowanych w całym Kosowie.
Poznaliśmy bazę polskiego batalionu pod dowództwem ppłk Romana Polko, dziś generała. Towarzyszyliśmy im podczas wyjazdów w górzyste tereny, gdzie docierało się tylko wojskowym sprzętem terenowym. Tam odwiedzaliśmy albańskie i serbskie społeczności, rozdawaliśmy dary humanitarne - leki, pomoc szkolną dla dzieci, a także patrolowaliśmy punkty graniczne. Nasi żołnierze przewozili też Serbów do placówek medycznych i dbali o ich bezpieczeństwo, bo często zdarzały się przypadki odwetu. To była codzienność, którą relacjonowała ekipa.
Z drugą ekipą, prowadzoną przez dziennikarkę Agnieszkę Romaszewską, miałam okazję częściej bywać w jednostce i jeszcze lepiej poznać gen. Polko. To właśnie on umożliwił mi później wyjazd do Polski z żołnierzami udającymi się na urlop. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczna - dzięki temu, w tym trudnym czasie, po kilku miesiącach bez kontaktu z rodziną, mogłam bezpiecznie i bez kosztów odwiedzić bliskich w Polsce.

Najmilej wspominam materiał nakręcony w jednej z wiosek, kiedy żołnierze rozdawali paczki rodzinom albańskim. Były w nich zimowe buty i puchowe kurtki dla dzieci, które późną, chłodną jesienią chodziły jeszcze w nieodpowiednim obuwiu. Widok ich uśmiechów, radość w oczach i to, jak przytulały się do żołnierzy w geście wdzięczności, było niezwykle wzruszające. Podobne dary trafiały także do rodzin serbskich.
30 grudnia 1999 roku nasza kosowska Polonia została zaproszona przez dowódcę na otwarcie nowego kompleksu jadalni w jednostce. Były pamiątkowe zdjęcia - nawet z prezydentem RP Aleksandrem Kwaśniewskim - można było zdobyć autograf Ryszarda Bilskiego, który promował swoją książkę "Kocioł Bałkański" (polecam, bardzo ciekawa lektura). Oczywiście była też tradycyjna wojskowa grochówka i bigos. To było piękne przeżycie - być gościem żołnierskiej społeczności i czuć dumę, że nasi żołnierze wspierają ten mały kraj, dbając o bezpieczeństwo w ramach międzynarodowych sił KFOR.
Ten okres wspominam bardzo ciepło. Poznałam wtedy ludzi, którzy z mediami mieli styczność na co dzień - dla nich to był chleb powszedni, a dla mnie wielka lekcja, doświadczenie i życiowa przygoda.
Wojna, żołnierze, polityka - to wszystko zostaje w pamięci na długo. Ale życie na szczęście składa się nie tylko z dramatów i przełomowych wydarzeń. Jak wygląda codzienność w Kosowie? Zacznijmy może od kuchni - jak opisałaby pani kuchnię kosowską, co w niej dominuje i czy ma jakieś wspólne elementy z kuchnią polską, a może jest całkowicie różna?
- Kuchnia kosowska to połączenie tradycji bałkańskich z silnymi wpływami kuchni tureckiej, serbskiej, greckiej i albańskiej. Nie można zapominać, że 400 lat osmańskiej dominacji odcisnęło ogromne piętno również na kulinariach.

Dominują tu mączne wypieki - przede wszystkim tradycyjna pita z różnymi nadzieniami: szpinakiem, serem, mięsem, kapustą czy porami. Bardziej pracochłonne danie, dziś przygotowywane już rzadziej, to flija. Do jej wypieku potrzebne jest specjalne palenisko. Wielką, okrągłą formę polewa się ciastem naleśnikowym na przemian z tłustą śmietaną i przykrywa żarzącą się pokrywą. Takich warstw jest kilkadziesiąt - to jakby układać naleśniki jeden na drugim. Na koniec można polać całość kajmakiem. Dawniej przygotowywano ją dla licznych rodzin, dziś gospodynie często pieką uproszczoną wersję w piekarniku.

Jesienią królują faszerowane mięsem i ryżem papryki - najlepsze te lokalne, słodkie i ostre. Kapustę kisi się w całości, a liście służą później do przygotowania sarmy - jest to podobne do polskich gołąbków, z tym, że nadzienie stanowi mielone mięso z surowym ryżem. Zamiast kapusty używa się też czasem liści winogron- wtedy powstają japraki, małe "cygara", które pod koniec gotowania zalewa się kwaśną śmietaną.

A co Albańczycy jedzą na co dzień w Kosowie?
- W codziennym jadłospisie pojawia się fasola gotowana na dymionym mięsie lub z dodatkiem wędzonej kiełbasy sudżuk. Na śniadania, szczególnie w weekendy, piecze się lokmy - coś w rodzaju pączków, z mąki, wody, oleju, jajka, jogurtu i sody. Podaje się je z pastami ajvar, pindżur lub z serem.

Popularne są także dania mięsne: gulasze, wołowe bitki, pieczone jagnięcina, kofty- małe ruloniki z mięsa mielonego, czy pljeskavica, czyli bałkański kotlet mielony przypominający hamburgera.

Kosowianie uwielbiają też zapiekanki - ryż z kurczakiem, różne wersje musaki z ziemniakami, mięsem i bakłażanami, najlepiej w glinianych naczyniach. Do tego często serwuje się tarator - ogórki z czosnkiem i gęstym jogurtem, coś jak chłodnik - oraz pieczywo pszenne. Na specjalne okazje piecze się okrągłe chlebki somuny.

Kiedyś wszystkie te potrawy gospodynie przygotowywały same, dziś - gdy większość kobiet pracuje - często zamawia się je w małych lokalach i cateringach. Ja sama nauczyłam się ich, podpatrując i spisując przepisy w zeszytach, bo wcześniej nie było internetu. Do swojego jadłospisu włączyłam prawie wszystkie wymienione dania obok tradycyjnych polskich potraw.
Teraz jadłospis Albańczyków trochę zubożał i te tradycyjne, pracochłonne dania je się tylko z okazji świąt, na weselach i podczas rodzinnych uroczystości. Tradycję wyparły sieci szybkiej obsługi. Jednak mączne wyroby nadal mają się dobrze i osoby jadące do pracy kupują sobie np. burek z różnymi nadzieniami, mantije z mięsem mielonym, pity. Do tego obowiązkowo jogurt, herbata lub kawa, która w Kosowie smakuje niemal jak we Włoszech.

Dawniej, na rodzinnych ucztach stawiano niskie, okrągłe stoły - sofry. Podawano wtedy pieczone mięsa, placki kukurydziane z serem czy szpinakiem, ostre papryki w kajmaku. Podczas tych spotkań grali i śpiewali muzycy. Teraz na muzykantów można natknąć się w restauracjach serwujących tradycyjne dania. Zależy im, by tradycja folkloru i muzyki mieszczańskiej nie zaginęła.
Jakie są pani ulubione potrawy, co najbardziej lubi Pani gotować z kuchni kosowskiej?
- Moimi faworytami w kuchni są potrawy z ziemniaków i bakłażanów, np. musaka z bakłażanów - choć pracochłonna, zawsze warta zachodu. Lubię też leczenik z serem, ryż ze szpinakiem (burjan), czy różne wersje pity, np. baklasarę - pitę bez nadzienia, zalaną gęstym jogurtem z czosnkiem i ponownie włożoną do gorącego jeszcze piekarnika.

Czy święta, np. Wielkanoc, Boże Narodzenie obchodzi pani tradycyjnie, po polsku, czy jednak występują elementy kultury i polskiej, i albańskiej?
- Święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc obchodzę tradycyjnie po polsku, tak jak byłam przyzwyczajona i tak jak moi rodzice przygotowywali te święta. Moja kosowska rodzina poznała ich atmosferę i smaki. Z kolei ja doświadczyłam świąt muzułmańskich - Bajramów.
W Kosowie istnieje specyficzna kultura picia kawy. Słyszałam, że pije się kawę nawet o 20, że w Kosowie jest najlepsze macchiato w Europie i to za 1-2 euro. Czy to prawda?
- Prawdziwy boom na kawę w Kosowie rozpoczął się dopiero po 1999 roku, kiedy przyjechały siły zbrojne NATO, administracja ONZ, ambasady i pracownicy instytucji europejskich. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać kawiarnie, w niczym nie ustępujące europejskim lokalom. Piękne, przytulne i nowoczesne aranżacje wnętrz zaczęły przyciągać zarówno miejscowych, jak i obcokrajowców. Spotkania w kawiarniach stały się stałym elementem życia mieszkańców, a wręcz miejscem spotkań wszystkich sfer społecznych.

Dawniej spotkania przy kawie czy herbacie odbywały się w domach - na rodzinnych, towarzyskich czy sąsiedzkich zebraniach zawsze podawano herbatę, słodycze, a na końcu filiżankę kawy parzonej po turecku. Dziś kawiarnie całkowicie zastąpiły te domowe formy spotkań. Emeryci często korzystają z porannej kawy, oferowanej między 8:00 a 10:00 wraz z croissantem lub innymi ciastkami w cenie około 1,50 euro. Młodsi mieszkańcy odwiedzają kawiarnie przez cały dzień, a pracujący w czasie lunchu - między 12:00 a 13:00 - piją kawę po szybkiej przekąsce.

Najczęściej serwowane jest włoskie espresso, cappuccino, macchiato, a także frappe, americano czy tradycyjna kawa turecka. Sama często wychodzę na kawę w towarzystwie moich polskich przyjaciółek - zamawiamy po albańsku, ale rozmowy prowadzimy w naszym ojczystym języku. Czujemy się wtedy jak prawdziwe Polki w Kosowie. Mamy swoją stałą, zaciszną kawiarnię, a kelnerzy już wiedzą, co pijemy - to chyba forma respektu wobec obcokrajowców.
Nowoczesne kawiarnie w Prisztinie i innych większych miastach, tworzą klimat nowej miejskiej kultury - "Urban Kafe". Wyparły one wcześniejsze "çajtore", czyli herbaciarnie gdzie popijano głównie czarną herbatę i turecką kawę. Kosowo nie ustępuje krajom zachodnim pod kątem smaku kawy, a dobre lokale są często odwiedzane przez turystów.

Ceny kawy zmieniły się na przestrzeni lat - kiedyś kosztowała około 0,50 euro, dziś za filiżankę zapłacimy od 1 do 2 euro. Kawę pije się tu nawet późnym wieczorem, bo życie w mieście tętni do późna, szczególnie latem - podczas upalnych dni, w południe frekwencja w kawiarniach spada, ale wieczorami, gdy jest chłodniej, w kawiarniach znowu jest pełno ludzi.

Widać, że kawa i wspólne biesiadowanie są ważną częścią życia mieszkańców Kosowa. A jak jest z innymi elementami codzienności, na przykład ze zwierzętami domowymi - czy często spotyka się je w kosowskich domach?
- W Kosowie zwierzęta domowe nie są szczególnie popularne, a zwłaszcza koty - żyją głównie dziko przy domostwach. Rzadko zdarza się, żeby były domowymi pupilami. Za to coraz częściej można spotkać w domach papugi, sklepy oferują szeroką gamę kolorowych ptaków.
Psy nie tak popularne jak w innych częściach Europy i w dużej mierze są to opuszczone zwierzęta, które rozmnażają się w szybkim tempie. Wciąż obecne są na terenach wiejskich, gdzie pełnią funkcję ochronną - strzegą domostw i mienia. W górach popularne są psy pasterskie, które pomagają przy prowadzeniu stad. Najczęściej spotyka się owczarki Sharrit (Šarplanince lub Deltari Illir). Jest to pies autochtoniczny, wyhodowany w średniowieczu na Półwyspie Bałkańskim, z grupy molosów.
Moda na psa jako zwierzaka towarzyszącego jest stosunkowo nowa. Sprzedaż psów rasowych, otwieranie sklepów zoologicznych i gabinetów weterynaryjnych stało się nową formą biznesu. W parkach i na ulicach widać psy wszelkiej maści - od pekińczyków, jamników, szpiców, gold retrieverów, chow-chow, bolończyków po belgijskie owczarki i inne rasy. Psy są zazwyczaj zadbane i prowadzone na smyczy, ale ten obraz kontrastuje z widokiem bezpańskich psów wylegujących się na ulicach. W każdej dzielnicy gromadzą się całe stada, co czasem prowadzi do pogryzień. Po 2011 roku zakazano eliminowania psów z powodu protestów społecznych.

Czy istnieją programy adopcyjne lub pomocowe dla bezpańskich psów?
- Nie istnieje system rejestracji psów ani ich właścicieli, co utrudnia identyfikację zagubionych lub porzuconych zwierząt. Adopcja jest rzadkością i jest symbolicznie finansowana - urząd płaci 50 euro za każdego adoptowanego psa. Brakuje edukacji w szkołach, a porzucenie psa nie jest karane.
Mimo to mieszkańcy nie są całkowicie obojętni. Latem przy blokowiskach i sklepach wystawiają psom świeżą wodę, zimą je dokarmiają, a sam urząd miejski wyznaczył 18 punktów dokarmiania bezpańskich zwierząt. Ostatnio otwarto nawet nowe schronisko na przedmieściach Prisztiny, z punktem weterynaryjnym i miejscem dla 350 psów. Ogólnie schroniska są nieliczne, a te, które powstają, są obsługiwane głównie przez zagranicznych wolontariuszy. Działa tu też całorocznie organizacja "Dog Shelter", finansowana w całości dzięki hojności indywidualnych darczyńców i wolontariuszy.

Skoro psy i koty najczęściej żyją tu dziko, to widać je również na ulicach i przy drogach. A skoro o drogach mowa - jak wygląda codzienna komunikacja w Kosowie? Czy faktycznie panuje na nich taki chaos, jak często się o tym mówi? Czy ludzie jeżdżą jak chcą i w ogóle nie przestrzegają przepisów?
- Ruch drogowy w Kosowie to swoisty miks tego, co wolno, a czego nie wolno. Zasady istnieją ale prawie każdy je łamie. Często widzę kierowców jadących z telefonem w ręku, a na zebrach dla pieszych większość przyśpiesza zamiast zwolnić!

Na zielonym świetle trzeba uważać, bo zdarzają się tacy, co ignorują i światło i przechodniów, a o czerwonym świetle na skrzyżowaniach już nie wspomnę. Najgorszą zmorą przechodniów, a szczególnie matek z wózkami, są parkowane bez skrupułów na chodnikach samochody. Nie zdały egzaminu przeszkody w postaci bramek, bo po jakimś czasie znikają.
Niebezpieczeństwo stwarzają też hulajnogi elektryczne, które mimo wydzielonych pasów dla rowerzystów często jeżdżą po chodnikach, omijając pieszych. Problemem są również motocykle firm dostawczych, które wjeżdżają na chodniki, by skrócić sobie drogę, co nierzadko kończy się wypadkami. Mieszkańcy często wyrażają swoje niezadowolenie w telewizji, a słowo "chaos" powtarza prawie każdy, kto w wywiadach odpowiada na pytania dotyczącego sytuacji na drogach.
Jednak największym problemem miasta jest brak parkingów. Prisztina, położona w kotlinie, rozwija się w górę - powstają wieżowce, ale nie zapewniają one wystarczającej liczby miejsc parkingowych. Powstał wprawdzie duży, podziemny garaż w centrum, ale obsługuje głównie przyjezdnych. Wciąż jednak większość aut parkuje gdzie popadnie. Owszem, jest sporo prywatnych "parkingów" - takich placów, wciśniętych pomiędzy budynkami, które nie mają prawa zwać się parkingiem i są na nich pobierane opłaty.

Czy policja w ogóle reaguje na łamanie przepisów?
- Policja reaguje i w ciągu pierwszego półrocza tego roku odnotowała ponad 7 tysięcy wykroczeń oraz 41 wypadków, w których zginęło niestety 46 osób. W ruchu panuje chaos - brawura i lekkomyślność co roku zbierają swoje żniwo. Policja często interweniuje, a w celu podniesienia bezpieczeństwa i zapobiegania wypadkom drogowym w sezonie letnim dokonuje częstych kontroli.
Problem ruchu drogowego w Prisztinie wyrósł wręcz do rangi problemu narodowego. Potrzebna jest lepsza edukacja - od najmłodszych lat. Brakuje kampanii społecznych, programów bezpieczeństwa ruchu drogowego czy spotkań w szkołach i mediach z policją.
Cieszy mnie jednak rosnąca świadomość społeczna. Na Facebooku działa aplikacja "Vrojtusi lagjes" ("Obserwator okolicy"), gdzie mieszkańcy zgłaszają wykroczenia, publikując zdjęcia i filmy. Wielu kierowców dzięki temu już otrzymało mandaty. To pokazuje, że społeczeństwo powoli zaczyna reagować na niebezpieczne zachowania i walczyć z chaosem drogowym.
A jak często korzysta pani z komunikacji miejskiej i jak ocenia jej funkcjonowanie?
- Ja po mieście poruszam się pieszo. Rzadko korzystam z miejskich autobusów, chyba, że jadę do miejsc "pod górę" lub do parku narodowego Germia. W mieście kursują autobusy komunalne i chociaż jest ich jeszcze za mało, są dobrze zorganizowane i tanie (0,50 € za bilet, dla emerytów i uczniów przejazdy są bezpłatne). Istnieją też bilety dobowe za 0,80 € oraz miesięczne dla studentów i weteranów. Działa również wiele firm taksówkarskich oraz prywatnych autobusów, choć te ostatnie są mniej komfortowe.

Z dworca autobusowego w Prisztinie odjeżdżają autokary do wszystkich miast w Kosowie, a także do Skopje, Tirany i wielu europejskich stolic. Niedawno uruchomiono szybkie połączenia z lotniskami w Skopje i Tiranie. Lotnisko w Prisztinie, oddalone o 18 km od centrum, obsługiwane jest przez autobus komunalny - bilet kosztuje tylko 3 €.
Cały problem leży gdzie indziej - do Prisztiny codziennie wjeżdża wielu przyjezdnych, ponieważ to tutaj znajdują się wszystkie najważniejsze instytucje: rządowe, edukacyjne, finansowe czy zdrowotne. W godzinach porannych i popołudniowych tworzą się ogromne korki, dlatego często można dotrzeć gdzieś szybciej pieszo niż samochodem. W mieście nie ma płynności w ruchu, a liczba samochodów ciągle się powiększa.
Jak dziś wygląda rozwój infrastruktury drogowej w Kosowie - czy powstają nowe autostrady i czy sieć dróg wciąż się rozbudowuje?
- W ostatnich latach wybudowano dwie autostrady: Prisztina - Vërmica do granicy z Albanią, połączona dalej z albańską "Rrugą Kombit" ("Drogą Narodową"), co ułatwia handel i podróżowanie setkom tysięcy ludzi, którzy spędzają wakacje na wybrzeżu Albanii w miesiącach wiosenno-letnich i jesiennych. Podróż nad Adriatyk zajmuje zaledwie cztery godziny.
Tak samo szybko można dojechać do kosowskiego centrum narciarskiego Brezovica, jadąc autostradą Arbën Xhaferi, która prowadzi do granicy Północnej Macedonii. W ciągu dwóch godzin możemy dojechać nią do Skopje. Ta nowo wybudowana autostrada wiodąca do Macedonii jest bardzo wysoka, miejscami ma 83 m i jest jedną z najbardziej malowniczych autostrad na Bałkanach.

A jak wygląda opieka medyczna w Kosowie? Co najbardziej panią zdziwiło, zaskoczyło, zarówno negatywnie ale może też pozytywnie?
- Po roku 1999 w Kosowie nastąpiła znacząca poprawa w systemie opieki zdrowotnej, głównie poprzez międzynarodowe wsparcie finansowe i pomoc charytatywną. W tamtym okresie wybudowano i odnowiono wiele obiektów medycznych.
Dziś system opieki zdrowotnej jest zorganizowany na trzech poziomach - podstawowym, średnim i wyższym - podobnie jak w innych krajach. W Prisztinie podstawowa opieka zdrowotna funkcjonuje w 13 placówkach medycyny rodzinnej oraz 15 placówkach ambulatoryjnych. System został zdecentralizowany - działa 7 szpitali regionalnych w większych miastach Kosowa.
Prisztina jednak do dziś nie ma własnego szpitala! Budowa takiego obiektu pojawia się w każdym programie wyborczym kandydatów na prezydenta miasta, ale żaden z nich nie zrealizował tej obietnicy. Mieszkańcy korzystają więc z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego. Od kilku lat działa tam nowoczesna klinika onkologiczna oraz pierwsze w kraju centrum mammograficzne. Obecnie aparaty mammograficzne są dostępne także w większości szpitali regionalnych i dużych przychodni. Mobilne busy docierają do miejscowości oddalonych od placówek medycznych. Duży nacisk kładzie się na profilaktykę raka piersi - szczególnie w ramach kampanii "Różowy Październik". Na głównej alei miasta często organizowane są także darmowe badania ciśnienia czy poziomu cukru we krwi oraz akcje dotyczące zdrowia psychicznego.
Mimo tego, opieka zdrowotna wciąż boryka się z wieloma problemami. Ministerstwo Zdrowia przez lata przechodziło z rąk do rąk polityków, co skutkowało brakiem stabilności, aferami korupcyjnymi i zaniedbaniami w modernizacji szpitali, w których brakuje nowoczesnej aparatury.
W Kosowie działają również prywatne szpitale, kliniki i laboratoria, ale korzystają z nich głównie osoby zamożniejsze. Podobnie jak w Polsce, ludzie korzystają z nich, gdy w szpitalu publicznym trzeba zbyt długo czekać. Jednak prywatne szpitale też mają swoje mankamenty - bywa, że pacjenci są zmuszeni do kupowania leków czy nawet opatrunków, gdy w szpitalnych magazynach brakuje zapasów. Nie wszystkie leki dla osób z chorobami przewlekłymi są refundowane.
Cały czas nie ma zakazu palenia w miejscach zamkniętych, czy też ogólnie publicznych, więc w wielu kawiarniach czy restauracjach pali się papierosy - latem sytuację ratują ogródki, ale zimą dym jest wszechobecny.
Dopiero od czterech lat wypłacane są zasiłki dla młodych matek - to nowość, bo wcześniej przez 20 lat nikt nie zajmował się tą kwestią. Na razie jest to symboliczna kwota - za każde narodzone dziecko przysługuje 20 euro miesięcznie, a kwota co roku rośnie. Matkom wypłacane są też jednorazowe świadczenia - 325 euro (wcześniej 170 euro). Kobiety niepracujące otrzymują wsparcie przez 6 miesięcy, a pracujące - przez 3 miesiące. Wszystkie osoby po 65. roku życia są zwolnione z opłat za usługi ambulatoryjne i szpitalne.
Wiemy już, jak wygląda codzienne życie w Kosowie i różne kwestie społeczne. A gdyby spojrzeć na Kosowo oczami przyjezdnego - czy poleciłaby pani ten kraj jako cel turystyczny? Co warto tu zobaczyć?
- Kosowo, najmłodsze państwo Europy, dopiero stawia pierwsze kroki w rozwoju turystyki, ale rozwija się niezwykle prężnie. Powstają liczne hotele, motele, ośrodki rekreacyjne i coraz liczniejsze resorty. Jest to piękny kraj o bogatym dziedzictwie kulturowym i niezwykle bogatej przyrodzie. Ponad 60 proc. powierzchni kraju stanowią góry - średnia wysokość to ponad 2000 m n.p.m. - jednak Kosowo to nie tylko góry. Są tu także niesamowite jeziora o charakterze polodowcowym z malowniczymi widokami, usytuowane u podnóża wysokich szczytów. Mimo, że Kosowo jest małym krajem, ma wiele miejsc wartych zobaczenia i odwiedzenia. Jest rajem dla turystyki górskiej, ale i dla pasjonatów historii i kultury znajdzie się wiele do zwiedzania.

Co poleciłaby pani odwiedzić, będąc w Kosowie?
- Zaledwie kilka kilometrów od miasta Peja rozciąga się Wąwóz Rugova (Gryka Rugovës) - największa atrakcja turystyczna regionu, położona w północno-zachodniej części gór Nemuna, blisko Czarnogóry. Ma aż 25 km długości i jest jednym z najdłuższych i najwyższych wąwozów w Europie. Wąwóz wije się wzdłuż rzeki Bistrica, otoczony majestatycznymi granitowymi masywami. To świetny punkt wypadowy do licznych szlaków, m.in. nad jeziora Drelaj i Kuqishte.


Przy wjeździe do kanionu znajduje się kompleks klasztorny Patriarchat w Peji, wpisany na listę UNESCO. W pobliżu warto zobaczyć także prawosławny monastyr Visoki Dečani (Wysokie Deczany), znany z bizantyjskich fresków, oraz średniowieczny monastyr w Graçanicy (5 km od Prisztiny).


Ciekawą atrakcją jest także Jaskinia Złodzieja (Shpella Kusari) niedaleko Gjakovy, która zamieszkana byłą podobno już w epoce neolitu.
Drugim największym miastem Kosowa jest Prizren, często nazywany "małym Sarajewem". To urokliwe miejsce pełne historii i zabytków, położone u podnóża gór Szar Planina (Sharr Planina). Nad miastem góruje twierdza Kalaja e Prizrenit w kształcie serca, z której roztacza się wspaniały widok. Przez centrum przepływa rzeka Lumbardhi z charakterystycznym kamiennym mostem. W Prizren znajdziemy także: muzeum Lidhja e Prizrenit, meczet Sinan Paszy, zabytkowe łaźnie i źródła wody, kościół katolicki oraz wiele tradycyjnych domów i targowisk. Miasto słynie także z pysznej kuchni i wyjątkowej atmosfery.

Prizren to także brama do pasma górskiego Szar Planina, gdzie znajdują się popularne ośrodki narciarskie, m.in. Arxhena czy Brezovica. Zimą przyciągają narciarzy i snowboardzistów z całego regionu, a latem miłośników pieszych wędrówek, jezior górskich i alpinistów.

Jednym z najpiękniejszych miejsc w kraju są wodospady Mirusza (Liqenet e Mirushes) w gminie Maliszewo. To regionalny park przyrody, który obejmuje 16 jezior i kaskadowe wodospady - jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Kosowie.

Warto też wspomnieć o zamku Artana (Novobërda), wzmiankowanym w dokumentach już w 1320 roku, czy o stanowisku archeologicznym Ulpiana, które zostało założone w I-II wieku n.e., za panowania cesarza Trajana (98-117). Odkryto tam pozostałości iliryjskiego miasta i wczesnochrześcijańskiej bazyliki.
Na końcu zostaje sama stolica - Prisztina. Choć nie może poszczycić się bogactwem zabytków, znajdziemy tu kilka ciekawych miejsc: Muzeum Kosowa, meczety z XV i XVI wieku, wieżę zegarową Sahat Kulla, muzeum etnograficzne w domu rodziny Emin Gjiku czy nowoczesną katedrę Matki Teresy. W centrum warto pospacerować bulwarem Matki Teresy, gdzie stoją pomniki Skanderbega i Ibrahima Rugovy.


Czy turysta może czuć się bezpiecznie w Kosowie?
- Kosowo jest krajem bezpiecznym, a turyści mile widziani. Mieszkańcy są gościnni, pomocni i życzliwi wobec przyjezdnych. To doskonały zakątek Bałkanów - zarówno na dłuższy pobyt, jak i jako baza wypadowa do Albanii, Macedonii Północnej czy Czarnogóry.
Czy Kosowo na przestrzeni tych wszystkich lat, w czasie których pani tam mieszka znacznie się zmieniło?
- Ponad czterdzieści lat życia w Kosowie to czas wielu doświadczeń i przeżyć - zarówno tych trudnych, jak i dobrych. Wszystkie one pozostawiły trwały ślad w mojej pamięci i psychice. Społeczeństwo albańskie przechodziło przez liczne zawirowania, a ja wraz z nim. Byłam świadkiem ogromnych zmian, szczególnie w ostatnim ćwierćwieczu - od formowania się państwowości, przez aktywny udział w życiu politycznym, demonstracje, protesty, aż po historyczne wydarzenie, jakim było proklamowanie niepodległości.
Na moich oczach rozluźniała się też konserwatywna, patriarchalna struktura rodziny. Dziś młodzi ludzie, jeśli tylko mogą, kupują własne mieszkania i nie mieszkają już z rodzicami. Kobiety pracują w zawodach, w których jeszcze kilkanaście lat temu nie było to możliwe, zajmują wysokie stanowiska, zdobywają stopnie naukowe, jeżdżą samochodami, uprawiają sport czy jogę - po prostu żyją tak, jak chcą. W Kosowie po raz drugi mamy kobietę na stanowisku prezydenta. Kobiety mają zagwarantowane prawa w ustawodawstwie i aktywnie walczą o swoje miejsce w społeczeństwie, protestując przeciwko wszelkim przejawom dyskryminacji.
Jest taki film oparty na prawdziwych wydarzeniach, o wdowach z Kruszy (Krushe e Mahde), który najlepiej oddaje realia dzisiejszych kobiet i zmian jakie nastąpiły w obyczajowości i mentalności patriarchalnego społeczeństwa po 1999 roku. Po masakrze mężczyzn, dokonanej przez serbskie formacje paramilitarne, to kobiety musiały wziąć odpowiedzialność za swoje rodziny. Aby utrzymać siebie, dzieci, a nawet teściów, musiały walczyć najpierw z patriarchalnym społeczeństwem.
Zakładały spółdzielnie, produkowały ajwar i kiszone papryki, walczyły o prawo do samodzielności. Dla jednej z bohaterek zdobycie prawa jazdy i samochodu było niczym wejście na Mount Everest. A skoro o górach mowa - dumą całego Kosowa jest Uta Ibrahimi, pierwsza Albanka z Kosowa, która zdobyła Mount Everest oraz wszystkie 14 szczytów powyżej 8000 metrów.
Kosowo nie jest też w tyle, jeśli chodzi o technologię informacyjno-komunikacyjną. Po 1999 roku kraj zaczął szybko rozwijać się technologicznie. Edukacja też jest dziś na dość dobrym poziomie, jednak szkolnictwo wymaga ciągłego, większego zaangażowania. Zarówno, żeby samo nauczanie było na wyższym poziomie, ale też w zakresie bezpieczeństwa w szkołach podstawowych i średnich.
Ogromnym osiągnięciem ostatnich lat było przyznanie obywatelom Kosowa od 1 stycznia prawa do krótkoterminowych podróży do strefy Schengen. To otworzyło młodym ludziom możliwość poznawania Europy i odwiedzania rodzin mieszkających w krajach UE. Mają porównanie, widzą wtedy paradoksy jakie występują w Kosowie i ile jest jeszcze do zrobienia w zakresie przestrzegania przepisów oraz odpowiedzialności społecznej - dbania o tereny zielone, o czystość w przestrzeniach publicznych - co jest bolączką w każdym miejscu Kosowa.

Co najbardziej polubiła pani w Kosowie przez te wszystkie lata?
- Najbardziej cenię sobie serdeczność tutejszych ludzi, ich szacunek wobec Polaków i gotowość do pomocy. Wielu Kosowian w latach 70. i 80. odwiedzało Polskę i do dziś wspominają ten czas z sympatią. Często też pracowali za granicą razem z Polakami i cenią naszą pracowitość oraz praktyczność. Dlatego gdy ktoś pyta mnie, skąd pochodzę, rozmowa od razu schodzi na zachwyt nad Polską i podziw dla mnie, że zdecydowałam się zamieszkać w ich kraju.
Fascynuje mnie także przyroda Kosowa. Z młodszymi towarzyszami pieszych wypraw odkrywam wysokie partie gór, szczyty i malownicze zakątki, których istnienia wcześniej nie podejrzewałam. Mogę pochwalić się wejściem na dwa najwyższe szczyty Kosowa - Rudokę (2660 m) i Gjeravicę (2656 m), a także na Kobylicę (2528 m), Hajlę (2403 m) czy Titov Vrv (2742 m) po macedońskiej stronie Szar Płaniny. Niezapomniane są też wędrówki do górskich jezior, ukrytych w dolinach u stóp monumentalnych szczytów.

Bardzo cieszy mnie, gdy młodzi doceniają starszych, okazują pomoc i z ciekawością pytają o Polskę. Zdarza się też, że wyrażają podziw, kiedy dowiadują się, ile mam lat, bo w ich rodzinach starsze kobiety prowadzą raczej pasywny tryb życia. Spotykam wiele życzliwości - podczas górskich wędrówek osoby, które poznaję, często pozdrawiają mnie przy kolejnych spotkaniach i życzą szczęścia w drodze. Być może jestem jedyną Polką w Kosowie, która w moim wieku aktywnie uprawia hiking i traktuje to jako hobby.
Uwielbiam też rytmy bałkańskie. W Kosowie taniec - zwłaszcza w kole, tzw. Valle Kosovare - jest pełen radości. Tańcząc, trzymając się za ręce z innymi, czuje się wspólnotę i więź. Najwięcej wytańczyłam się na weselach, zaręczynach i innych rodzinnych uroczystościach.
Oczywiście, patrząc przez lupę, można dostrzegać w Kosowie same braki i niedociągnięcia. A jednak - życie toczy się spokojnie. Trzeba tylko otworzyć oczy i nie narzekać, bo czy istnieje dziś idealne miejsce na ziemi? Ludzie są tu przyjaźni, nie widać pijanych czy narkomanów na ulicach, choć problemem pozostaje zjawisko żebractwa, często związane z romskimi grupami przyjeżdżającymi z Albanii. Kosowo może za to poszczycić się wspaniałą kuchnią, bogatym dziedzictwem kulturowym, piękną etnografią i wiekowymi tradycjami.

Czy po tylu latach życia w Kosowie, bierze pani w ogóle pod uwagę powrót do Polski na stałe?
- Rodzina, znajomi, ale też mój wiek to powody, dla których wiem, że zostanę w Kosowie już na zawsze. Osiągnęłam tu swój życiowy cel, pielęgnuję relacje jakie mam i doceniam pozytywne aspekty życia, nawet te najmniejsze. Oczywiście, więzi z Polską są nadal silne - odwiedzam kraj, by "naładować akumulatory", mam stały kontakt z rodziną przez WhatsApp i telewizję. Dzięki znajomym, którzy tu przyjeżdżają, albo moim własnym wyjazdom, zawsze mogę przywieźć ulubione produkty z Polski. Zresztą wiele z nich jest już dostępnych w Kosowie - od słodyczy i nabiału po meble! Co tydzień spotykam się też z polskimi przyjaciółkami, które - podobnie jak ja - związały swoje życie z Kosowem.
Jest takie powiedzenie: "starych drzew się nie przesadza". W pełni je rozumiem i sama czuję się takim drzewem, które zapuściło korzenie na tym skrawku Bałkanów. Nie rozważam powrotu do Polski na stałe - bo to tu, w Kosowie jest mój dom i dobrze mi w nim.













