Oranżada w proszku - wspomnienie Jacka (rocznik 1972)
- Oranżada w proszku to był stały punkt każdego popołudnia na podwórku. Kupowało się ją w małych, papierowych torebkach w osiedlowym kiosku. Choć instrukcja wyraźnie mówiła, żeby rozpuścić zawartość w szklance wody, prawie nikt z nas tego nie robił. Największą przyjemnością było wysypywanie tego suchego, kwaśno-słodkiego proszku prosto na dłoń i zlizywanie go. Pamiętam ten momentalny efekt musowania. Kosztowało to grosze, a dla nas, dzieciaków spędzających całe dnie między blokami, był to najlepszy dostępny słodycz - wspomina Jacek z Wrocławia.
Kanapka z mortadelą - wspomnienie Elżbiety (rocznik 1968)
- Prawdziwa szynka czy schab były w czasach mojego dzieciństwa towarem luksusowym, kupowanym wyłącznie na święta. Na co dzień wędliną pierwszego wyboru była mortadela. Moja mama kroiła ją w dość grube plastry. Najbardziej lubiłam wersję na ciepło - obtaczaną w jajku i bułce tartej, a potem smażoną na patelni jak tradycyjny kotlet. Taki ciepły plaster kładło się na kromkę chleba posmarowanego margaryną. Mortadela miała specyficzną konsystencję i smak. Kiedy dzisiaj myślę o tamtym domu rodzinnym, zapach smażonej mortadeli jest jednym z pierwszych, które stają mi przed oczami - opowiada nam Ela.
Zobacz też: Te kotlety były hitem w czasach PRL-u. Dziś wraca do nich Ewa Wachowicz
Blok czekoladowy - wspomnienie Danuty (rocznik 1975)
- W sklepach rzadko można było dostać prawdziwą czekoladę, a wyroby czekoladopodobne nikomu nie smakowały. Dlatego moja mama robiła w domu blok czekoladowy. Kluczowym składnikiem było niebieskie mleko w proszku, margaryna, trochę cukru, kakao i pokruszone herbatniki, czasem dodawało się też kilka rodzynek, jeśli akurat były w domu. Całą tę gęstą masę mama przelewała do keksówki i chłodziła w lodówce. Gotowy blok kroiło się w grube plastry - mówi nam Danuta.

Gruźliczanka z sokiem - wspomnienie Roberta (rocznik 1955)
- W upalne dni na ulicach miast nie było lodówek z napojami gazowanymi, jakie znamy dzisiaj. Stały za to saturatory - duże, metalowe wózki na kółkach z aparaturą do gazowania wody. Wszyscy nazywaliśmy tę wodę "gruźliczanką", ponieważ piło się ją ze szklanek wielorazowego użytku, które sprzedawca jedynie powierzchownie płukał na miejscu. Można było kupić samą wodę sodową albo wersję z sokiem owocowym, najczęściej malinowym lub wiśniowym. Płaciło się parę groszy, pan nalewał gęstego syropu z dozownika, a potem dopełniał szklankę mocno nagazowaną, lodowatą wodą. Pamiętam ten ostry smak bąbelków i słodycz soku na dnie. To była jedyna skuteczna ochłoda podczas letnich spacerów z rodzicam - mówi pan Robert.
Współczesne sklepy oferują nieograniczony wybór produktów z całego świata. Możemy kupić czekoladę z dowolnego kontynentu, a mimo to, proste smaki sprzed dekad nie tracą swojej mocy. Kuchnia PRL-u, choć kryzysowa, stworzyła fundamenty pod wspólną dla kilku pokoleń opowieść o dzieciństwie.










