Aneta Godynia: Na wsiach nieślubne dzieci były zawsze
- W niektórych parafiach księża nadawali nieślubnym dzieciom charakterystyczne imiona, które miały je wyróżnić w społeczności. Na przykład w jednej ze wsi w Małopolsce ksiądz wymyślił, że wszyscy nieślubni chłopcy będą nazywali się "Dydak". Dość nietypowe, prawda? No i w ten sposób taki człowiek już do śmierci był w danym miejscu naznaczony - o jego wątpliwym społecznie statusie wiedzieli wszyscy, od kolegów, przez sympatie, na sąsiadach kończąc. - mówi Aneta Godynia, genealożka, która budowała jedną z największych w Polsce społeczności internetowych skupionych wokół genealogii i mikrohistorii - Galicyjskie Drzewo.

Katarzyna Pruszkowska: Jak mieszkańcy XIX-wiecznej wsi rozumieli dzieciństwo?
Aneta Godynia: - No cóż, zupełnie inaczej, niż my dziś. Współcześnie dzieciństwo rozumiemy jako okres, w którym dzieci mają mieć przede wszystkim czas na zabawę i edukację; rolą rodziców jest zapewnienie jak najlepszych warunków do tego, żeby w spokoju mogły się rozwijać i powoli uczyć funkcjonować w społeczeństwie. Oczywiście współczesne rodziny różnią się między sobą - w jednych dzieci nie mają żadnych obowiązków poza nauką, w innych - angażują się w prace domowe, jednak zazwyczaj lekkie, jak sprzątanie swojego pokoju. Dawniej tak rozumiane dzieciństwo w ogóle nie występowało, nie było żadnej szczególnej taryfy ulgowej. Dzieci od małego były uznawane za pełnoprawnych członków rodziny - w tym sensie, że miały swoje obowiązki, podobnie jak dorośli.
- Oczywiście zakres tych obowiązków zależał od wielu czynników, np. od tego, na jakiej wsi i w jakiej rodzinie dziecko przyszło na świat. To bardzo ważne, dlatego często zwracam na ten fakt uwagę: dawniej ludzie różnili się od siebie tak samo, jak my dziś, a mówienie o jakimś jednym modelu życia zaciemnia obraz życia naszych przodków, a nie go nam przybliża. Nawet, jeśli zawęzimy temat wyłącznie do mieszkańców XIX-wiecznej wsi. Można się było urodzić pod zaborem pruskim, albo austriackim; we wsi, która znajdowała się blisko miasta, albo wiele kilometrów dalej; na terenach, na których ziemie były żyzne, albo na takich, na których ledwo co rosło; w rodzinie, która miała na własność pola, albo takiej, która je dzierżawiła. To wszystko wpływało na każdy aspekt życia, w tym na traktowanie dzieci.
- Przyjmijmy jednak, że mówimy o takim "przeciętnym" dziecku z gospodarstwa, z którego rodzina może spokojnie wyżyć. Przez pierwszy rok czy dwa jego życie toczyło się przy matce, która zazwyczaj karmiła je piersią. Pewnie nieraz słyszała pani o kobietach, które zabierały niemowlęta do prac w polu, i tak się rzeczywiście zdarzało, jednak warto pamiętać, że nie każda chłopka pracowała na roli. Tym najczęściej zajmowały się tzw. komornice czy chałupnice, kobiety o najniższym statusie we wsi, które nie miały swojej ziemi i musiały się zatrudniać u innych. Wiem, że wyjątkiem był czas żniw - ponieważ od nich zależało to, czy rodzina przeżyje kolejny rok, pracowali wszyscy, łącznie z kobietami w ciąży i z maleńkimi dziećmi na rękach. Kiedy dziecko podrosło na tyle, że umiało chodzić, najczęściej rolę głównego opiekuna przejmowały starsze siostry, a matka zajmowała się obowiązkami domowymi, a często także kolejnym niemowlakiem. Później dzieci stawały się bardziej samodzielne, więc zaczynały dostawać rozmaite zadania - najczęściej zajmowały się wypasem drobnego inwentarza, a więc kur i gęsi, zbieraniem chrustu, pomocą w kuchni, np. łuskaniem grochu czy obieraniem ziemniaków. To mogły robić już kilkulatki.

A co z pracą najemną? Wiem, że wiele dzieci wysyłano do pracy u innych gospodarzy.
- Tak, to było popularne rozwiązanie w biedniejszych rodzinach. Starsze dzieci, czyli takie ok. 7 lat, najmowano do wykonywania prostych prac, najczęściej właśnie wspomnianej pasionki na okolicznych łąkach czy pastwiskach. Na początku XX wieku zaczęły pojawiać się inne możliwości zarobku, związane z większą mobilnością - np. praca "na służbie" u bogatych rodzin z miasta. Jednak dzieci gospodarzy bogatych lub tych średniozamożnych raczej nie były oddawane do pracy poza gospodarstwo, bo to sprowadziłoby hańbę na ich ojca-gospodarza, kmiecia. Jego zadaniem i punktem honoru było bowiem utrzymanie rodziny, a posyłanie córek do miasta, w którym czyhały na nie niebezpieczeństwa i bezeceństwa, było wielkim wstydem. Do miast i na służbę nie posyłali także i synów, bo oni mieli być przy ojcu, żeby dobrze poznać gospodarstwo i ziemię, którą mieli w przyszłości odziedziczyć.
Kiedy zaczynało się przygotowanie do pełnienia ról gospodyni czy gospodarza we własnych domach?
- Już w wieku nastoletnim, około 14-15 roku życia. Dawniej nie funkcjonował termin "nastolatki", więc na młode dziewczęta mówiono "dziewki", a chłopców nazywano "parobkami". Matki uczyły córki jak prowadzić gospodarstwo, wykorzystywać mądrze wszystkie zasoby, wykonywać najważniejsze czynności, w tym takie, które miały pewien aspekt magiczny związany z obrzędowością. Jedną z najważniejszych był oczywiście cotygodniowy wypiek chleba, który wiązał się z wykonywaniem określonych gestów podczas wyrabiania ciasta i powstrzymywaniem się przed pewnymi zachowaniami, kiedy chleb był w piecu. Niektóre obowiązki domowe córki wykonywały samodzielnie, innych uczyły się raczej przez obserwację, by potem móc je odtworzyć we własnym domu. Podobnie było w przypadku chłopców - byli przyuczani do pracy przez ojców w "gospodarstwie męskim", a kobiety zajmowały się "gospodarstwem babskim". Co ciekawe, nigdy, w żadnej męskiej relacji, a przeczytałam ich naprawdę setki, nie spotkałam się z przekonaniem, że to "babskie gospodarstwo" jest gorsze, niż męskie, a obowiązki, które wykonują kobiety, łatwiejsze. Widać mężczyźni na wsiach mieli świadomość, że bez kobiet zwyczajnie nie dadzą sobie rady.

Można porównać ówczesne gospodarstwa do przedsiębiorstw, których sukces zależy od tego, czy każdy właściwie wykonuje swoje obowiązki?
- Jak najbardziej. Dzięki takiemu sztywnemu podziałowi obowiązków członkowie rodziny nie tylko nie wchodzili sobie w paradę, ale i koncentrowali się na tym, co przychodziło im nieco łatwiej. Mężczyźni pracowali w tej części gospodarstwa, która wymagała zaangażowania siły fizycznej - przy orce, w lesie, przy budowie. Kto choć raz widział z bliska tradycyjny pług może sobie wyobrazić, jak trudno było go wbić w ziemię, a potem stabilnie trzymać za ciągnącym go koniem. To nie była praca dla kobiet i nikt nie miał co do tego wątpliwości. Tradycyjnie mężczyźni zajmowali się także oporządzaniem koni; to były jedyne zwierzęta w gospodarstwie, którymi kobiety nie mogły się zajmować. Za to mężczyznom nie wypadało zbliżać się do kur - tych, którzy zapominali o podziale obowiązków i chodzili do kurnika po jajka, nazywano "macykurami", co miało oczywiście negatywny wydźwięk. Dzieci od małego obserwowały rodziców i niejako automatycznie uczyły się pełnienia swoich ról; wiedziały, co należy do ich obowiązków, a czym nie muszą, a nawet nie powinny się zajmować.
To kojarzy mi się z opowieściami rodzinnymi - kiedy dziwiłam się, że jeden z przodków miał trzy żony, babcia wyjaśniła: "no a kto by mu prowadził dom i opiekował się starszymi dziećmi?".
- Dziś takie szybkie ponowne ożenki mogą wydawać nam się czymś nienaturalnym; jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wdowiec czy wdowa najpierw muszą przejść żałobę. Dawniej było jednak inaczej - szczególnie wdowców zachęcano do tego, by jak najszybciej znaleźli sobie kolejną żonę. Nie dlatego, że ci ludzie nie kochali zmarłych żon. Jednak na gospodarce nie ma sentymentów - codzienna praca musi zostać wykonana; każde zaniedbanie może sprowadzić na rodzinę głód, a z nim - śmierć. W swojej książce przytaczam historię, która dobrze obrazuje to, co mogło się zdarzyć, jeśli mężczyzna nie decydował się na powtórny ślub. Otóż był wdowiec, ojciec kilkorga dzieci, w tym kilkumiesięcznego, który ogromnie rozpaczał po śmierci żony, kompletnie nie mógł się pozbierać. To najmniejsze dziecko wzięła więc do siebie jakaś krewna, która akurat była karmiąca, więc była je w stanie wyżywić. W domu zostało jeszcze jedno maleństwo, dziewczynka, którą zajęło się starsze rodzeństwo. Jednak to też były jeszcze małe dzieci, nie wiedziały, jak je karmić, jak się zatroszczyć w przypadku choroby. No więc dziewczynka zmarła.

- Wtedy ta krewna, być może chcąc zmobilizować mężczyznę do szukania kolejnej żony, oddała mu niemowlę. I ono oczywiście też w niedługim czasie umarło. Rozpacz wdowca była prawdziwa i jak najbardziej zrozumiała, ale prawiła, że gospodarstwo stanęło - brak kobiecej ręki doprowadził więc do tragedii. Dlatego zazwyczaj czekano od czterech do sześciu tygodni i dawano na zapowiedzi. Zasada była taka, że informacja o ślubie musiała zostać odczytania przez księdza przez trzy kolejne niedziele, więc można przyjąć, że zazwyczaj po dwóch miesiącach od śmierci żony mężczyzna mógł już poślubić kolejną. Chyba, że nie chciał czekać i dostał dyspensę od duchownego - bo i takie przypadki się przecież zdarzały.
- Ponieważ mówimy o czasach, w których śmiertelność okołoporodowa była wysoka, wiele dzieci wychowywały nie matki, ale macochy. Pewnie z tego powodu były bohaterkami wielu ludowych przyśpiewek, które opowiadały o ich przywarach i złym charakterze. Pewnie zdarzały się i takie kobiety, ale sądzę, że odmienne traktowanie dzieci z pierwszego małżeństwa męża mogło wynikać po prostu z tego, że w interesie tych kobiet leżało przede wszystkim zatroszczenie się o swoje dzieci, a nie cudze. A ponieważ, jak już wspomniałam, praca na gospodarstwie nigdy się nie kończyła, macochy mogły zwyczajnie nie mieć siły na okazywanie czułości czy troski, lecz na zaspokajanie podstawowych potrzeb dzieci.
Zatrzymajmy się na chwilę przy małżeństwach - zdarzały się związki z miłości?
- Małżeństwo postrzegano przede wszystkim jako rodzaj umowy między dwiema rodzinami, której głównym celem było powiększenie zasobów. Z dzisiejszej perspektywy ta troska może wydawać się nam mało romantyczna, ale to kategoria, która wtedy nie istniała - ziemia, uprawy i zwierzęta gwarantowały przetrwanie i życie w dostatku, i zazwyczaj tylko to się liczyło. Jednak nie było też tak, że dziewczęta wydawano za mąż "na chybił trafił", za byle kogo, kto miał majątek. Ludzie wiązali się w ramach konkretnej grupy społecznej, co wyraźnie widać, kiedy oglądamy kościelne księgi metrykalne. A ponieważ życie młodych toczyło się przy rodzinie, to i poznawali przede wszystkim ludzi "swojego pokroju". Córki kmieciów od dziecka znały synów innych, podobnie bogatych gospodarzy i to w nich się potem zakochiwały. To się przecież i współcześnie broni - lepiej takiej bogatej pannie wyjść za syna kmiecia, niż parobka, który mieszka kątem w komorze jakiegoś gospodarza i nie zapewni jej życia na poziomie, do którego przywykła. Natomiast zdarzały się takie mezalianse, przy czym łaskawszym okiem patrzono właśnie na ślub bogatszej panny z jakimś robotnym i mądrym parobkiem, który mógł rozwijać gospodarstwo, niż ożenek syna kmiecia z biedną córką komornika.

Chciałabym teraz porozmawiać o edukacji. Jaka była szansa, że wiejskie dzieci nauczą się choć podstaw, takich jak pisanie, czytanie i liczenie?
- Edukacja na wsiach jest skomplikowanym tematem. Przede wszystkim warto pamiętać, że możliwość nauki od zawsze była przede wszystkim przywilejem elit; w pierwszej kolejności tych, które mieszkały w mieście. Szlachta widziała w edukacji wartość - młodzieńcom przydawała się w pracy, dziewczętom umożliwiała dobre zamążpójście. Chłopi długo nie widzieli w edukacji korzyści, więc i o nią nie zabiegali. Dodatkową trudność stanowiły też zabory - pod zaborem austriackim można było uczyć się po polsku, ale w pruskim szkoły były wykorzystywane do germanizowania dzieci i edukacja mogła być prowadzona wyłącznie po niemiecku. Pewnie także dlatego, choć nie tylko, w zaborze pruskim sieć szkół byłą dość dobrze rozwinięta i szybko wprowadzono obowiązek szkolny; w Galicji szkół było mało i choć od pewnego momentu też były obowiązkowe, realizacja tego obowiązku na terenach wiejskich była w zasadzie niewykonalna.
- Zostawmy nawet na boku nastawienie chłopów do nauki i przyjrzyjmy się kwestiom praktycznym: nie w każdej miejscowości była szkoła; żeby do niej dotrzeć, trzeba więc było mieć furmankę konną i jako-taką infrastrukturę, a do wielu wsi nie prowadziły nawet porządne drogi. Stąd właśnie brały się opowieści o pradziadku, który codziennie chodził po 10 km w jedną stronę do szkoły. Większość dzieci zostawała jednak w domu i pomagała w gospodarstwie. Dopiero w czasach II Rzeczypospolitej wprowadzono ogólnokrajowy obowiązek szkolny. Dzieci obojga płci musiały się uczyć przynajmniej do 14 roku życia, a za uniemożliwienie im chodzenia do szkoły na rodziców nakładano całkiem wysokie grzywny.

Jeśli jednak gospodarze decydowali się posłać dziecko do szkoły, zakładam, że zazwyczaj uczyć mogli się raczej synowie?
- Zgadza się. Nauka była kosztowna - dziecku trzeba było sprawić porządne ubranie, w tym buty, które dawniej były drogie, książki, przybory szkolne. Dlatego rodzice woleli inwestować w synów, a nie w córki. Działo się tak dlatego, że jeszcze pod koniec XIX wieku szanse na to, że wiejskie dziewczęta znajdą pracę poza gospodarką czy wyjadą do miasta nie były duże. Na co im więc byłaby umiejętność pisania i czytania? W przypadku chłopców było już inaczej - mężczyźni byli powoływani do wojska, a wtedy na ogół nie stacjonowali w swojej wsi, tylko z dala od domu. Musieli więc umieć przeczytać i podpisać dokumenty, a i dobrze było, żeby od czasu do czasu napisali do rodziców jakiś list. Poza tym mężczyzna zawsze mógł zostać np. księdzem, ale żeby iść do seminarium, trzeba było mieć podstawy edukacji. Jeśli chodzi o edukację, do głowy przyszła mi teraz jeszcze jedna rzecz: porządne wykształcenie było biletem do wielkiego miasta, ale takim w jedną stronę. Bo na wsi te wszystkie umiejętności generalnie nie były przydatne, więc rodzice mogli się obawiać, że przez szkołę dziecko im wyjedzie i już nie wróci.
- Nieco przychylniejszym okiem patrzono na naukę rzemiosła, np. u jakiegoś majstra, bo takie umiejętności przydawały się w gospodarstwie. Szczególnie cenieni byli kowale, cieśle, garncarze czy kołodzieje. Dziewczynki mogły uczyć się zawodu krawcowej, jednak i w tym przypadku najpierw stawiano na wykształcenie syna, bo terminowanie, czyli praktyczna nauka zawodu pod okiem mistrza, także były kosztowne. Tyle, że rzemieślnikowi można było zapłacić jakimiś towarami, choćby jajkami, mlekiem, plonami ziemi; a rzeczy potrzebne do szkoły powszechnej trzeba było kupić za gotówkę, której na wsi generalnie nie było - to ziemia była najcenniejszym zasobem. Natomiast żeby nie kończyć tematu tak pesymistycznie - pod koniec lat 30. XX wieku poziom skolaryzacji sięgał już 90 proc., zarówno wśród chłopców, jak i wśród dziewcząt.
Do tej pory rozmawiałyśmy o sytuacji dzieci, które miały dwoje rodziców lub przynajmniej zostały poczęte w związku małżeńskim. A jaki był status dzieci nieślubnych?
- Chyba trzeba zacząć od powiedzenia wprost, że nieślubne dzieci na wsiach były. Bo wielu ludzi ma obraz tradycyjnej wsi jako miejsca, w którym wszyscy żyli jak święci i przestrzegali wszystkich narzuconych im przez społeczność i kościół reguł. Tak nie było - ludzie współżyli przed ślubem, a z takich nieformalnych związków rodziły się dzieci. Częściej wśród ludzi uboższych, bo córki kmieciów raczej nie pozwalały sobie na współżycie przedmałżeńskie - taka nieślubna ciąża mogła bowiem przekreślić ich szanse na dobre zamążpójście i sprowadzić hańbę na rodzinę.
- Jednak niezależnie od stopnia zamożności za nieślubną ciążę odpowiedzialność ponosiła przede wszystkim kobieta; wiadomo było, że jakiś ojciec musiał być, bo dziecko nie wzięło się z powietrza, ale to matka musiała się mierzyć z konsekwencjami. A te bywały różne. Na przykład w niektórych parafiach księża nadawali nieślubnym dzieciom charakterystyczne imiona, które miały je wyróżnić w społeczności. Na przykład w jednej ze wsi w Małopolsce ksiądz wymyślił, że wszyscy nieślubni chłopcy będą nazywali się "Dydak". Dość nietypowe, prawda? No i w ten sposób taki człowiek już do śmierci był w danym miejscu naznaczony - o jego wątpliwym społecznie statusie wiedzieli wszyscy, od kolegów, przez sympatie, na sąsiadach kończąc. Czytałam także księgi metrykalne prowadzone przez duchownego, który wprowadził u siebie zasadę, że wszystkie nieślubne dziewczynki mają nazywać się Ewa, a chłopcy - Adam. I już - imię było jak łatka, której nie sposób było zmazać. Takie praktyki stosowano zarówno w kościele rzymsko-, jak i greckokatolickim, choć z moich badań wynika, że chyba u grekokatolików były nieco częstsze.

Czy wiejska panna z dzieckiem mogła liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony mężczyzny?
- To zależało od czasów i zaboru, ale generalnie zdarzały się próby wprowadzania jakichś regulacji. Na przykład w zaborze austriackim kobiety mogły ubiegać się o alimenty; co więcej, mężczyzna nie mógł w żaden sposób wyprzeć się ojcostwa, tj. jeśli kobieta powiedziała, że jest ojcem, a ktoś ze wsi potwierdził, że widywał tych ludzi razem, mężczyznę uznawano za ojca i koniec. Jedna z moich ulubionych historii, które wiążą się z nieślubnymi dziećmi, pochodzi z Podhala. Ojciec wyparł się nieślubnej córki zniknął, ale jego rodzina solidarnie zobowiązała się do łożenia na jej utrzymanie.
- W aktach sądowych znajduje się sporo dokumentów świadczących o tym, że swoich praw dochodziły wyrobnice, czyli robotnice wiejskie pracujące w wielkich gospodarstwach. Szczególnie wiele tego typu spraw miało miejsce w okresie międzywojennym. Kobiety dostawały wtedy adwokata z urzędu, a te najbiedniejsze były nawet zwalniane z ponoszenia kosztów sądowych, wystarczyło donieść odpowiednie zaświadczenie z gminy. Kobiety dobrze wiedziały, że mogą walczyć o swoje i mamy dowody na to, że z tego prawa korzystały. Natomiast jedyne, na co faktycznie mogły liczyć, to pomoc finansowa; nie można było na przykład zmusić mężczyzny, by zgodził się, by jego dane znalazły się w dokumentach dziecka i żeby ono nosiło jego nazwisko.








