Katarzyna Pruszkowska, Interia.pl: Mamy rozmawiać o historii utworzonego zaraz po wojnie Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego i działającego w jego ramach domu dziecka, który przez wiele lat był największą tego typu placówką w Polsce. Jednak jego historia zaczęła się wcześniej - w niedużym domu dziecka w Monetnej na Uralu.
Bernadetta Darska: - Rzeczywiście, polskie dzieci, które zamieszkały w Monetnej, były później jednymi z pierwszych mieszkańców ośrodka w Bartoszycach, a wpływ na powstanie obu placówek miał ten sam człowiek, czyli Aleksander Lewin, współpracownik Janusza Korczaka. Dzieci, wraz z całymi rodzinami, zostały deportowane na tereny Związku Radzieckiego w pierwszych latach wojny. Wiele z nich zostało sierotami, bo warunki życia były skrajnie trudne - codziennością była praca ponad siły, niedożywienie i choroby. Dzieci na własne oczy widziały, jak ich bliscy, rodzice czy rodzeństwo, powoli konają z głodu. Zdarzało się, że umierało kilkoro dzieci w rodzinie, a ci, co pozostali, mieli świadomość strasznych ostatnich chwil braci i sióstr.
- Dla wielu dzieci zamieszkanie w domu dziecka w Monetnej było jedyną szansą na przeżycie, choć i tam panowały trudne warunki. Podopieczni mieli co prawda jedzenie, miejsce do spania i opiekunów, ale np. musieli też pracować i to ciężko, więc wielu z nich zapamięta z tego czasu przede wszystkim zmęczenie. Szczególnie te starsze, które były takimi współwychowawcami, odpowiedzialnymi za opiekę nad młodszymi dziećmi i obsługę ośrodka. Zresztą Lewin od początku istnienia domu dziecka w Monetnej prowadził go wedle idei korczakowskich, a więc dzieci miały dyżury, odpowiadały za porządek w salach i najbliższym otoczeniu. Dzieci chodziły również do szkoły, nauka była ważnym elementem wychowania. Lewinowi udało się stworzyć ośrodek, w którym dbano o dzieci i starano się, by mogły poczuć się bezpiecznie. Nie mogło być mowy o "normalnym" dzieciństwie, ale jakaś namiastka tej normalności w Monetnej była - wiem, że na ścianie wisiał tam ogromny plakat przedstawiający kota w butach i kiedy dzieci wyjeżdżały do Polski, zabrały go ze sobą i powiesiły sobie w pociągu. Najwyraźniej chciały mieć coś "na pamiątkę". Dbano o to, by najmłodsi mieli to, co im odebrała wojna, a więc choć odrobinę beztroski.

Jak wyglądał ich powrót do kraju?
- Musiał być bardzo emocjonalny, bo ze wspomnień wynika, że część dzieci, szczególnie starszych, wątpiła, że ten powrót kiedykolwiek będzie możliwy. Sama podróż na pewno była męcząca, bo trwała wiele dni, a i jej kres pewnie nie był taki, jakiego dzieci się spodziewały. Zwłaszcza te starsze, które jeszcze Polskę pamiętały. Z okien widziały nie dawne krajobrazy, ale doszczętnie zniszczoną Warszawę, potem inne miasta i miasteczka. Ruiny, ślady po bombach, spalone lasy i łąki, zmęczonych, chorych ludzi. Prosto z dworca dzieci trafiły do Domu Rozdzielczego dla Dzieci Repatriowanych ze Związku Radzieckiego w Gostyninie, do którego, jak sama nazwa wskazuje, trafiały wszystkie dzieci powracające z domów dziecka na terenie ZSRR. Tam dzieci przebywały przez jakiś czas. Niektóre z nich wracały do rodzin, bo okazywało się, że jednak nie wszyscy zginęli i ktoś się po nie zgłaszał - a to dziadkowie, ciocie, dalsi krewni. Reszta dzieci z czasem wyjeżdżała do innych domów dziecka na terenie całego kraju.
- W Gostyninie nieszczególnie przejmowano się tym, że dzieci, które przyjechały z jednego ośrodka, są ze sobą zżyte - podczas przenosin często je rozdzielano i umieszczano z dala od siebie. Jednak Aleksander Lewin nie pozwolił, żeby to samo stało się z dziećmi z Monetnej. Zadbał o to, żeby wszystkie trafiły do jednej placówki. Dzięki jego zaangażowaniu trafiają do domu dziecka w Sławięcicach, dzisiaj to część Kędzierzyna-Koźla. Dzieci zamieszkały w pałacu, otoczonym zielenią, pięknie położonym. Na kartce, którą Lewin wysłał kilka dni po przyjeździe do Gostynina, napisał tak: "Warunki na nowym miejscu są nad wyraz pomyślne i dzieci mają zapewnioną możliwość normalnego, spokojnego życia i zdrową atmosferę moralną". Wiadomo też, że jako dyrektor placówki zdecydował się na kontynuowanie tego, co zaczął w Monetnej - tu również dzieci traktowano po partnersku i od początku angażowano w organizację życia.

Zdaje się, że dzieci też doceniały to miejsce, bo we wspomnieniach Janiny Małeckiej, która była wychowanką Lewina, można o Sławięcicach przeczytać tak: "To był piękny dom, w marmurach, z łazienkami, pięknymi podłogami, a my przecież przyjechaliśmy z baraków. Ciepła woda w kranach! To było coś nadzwyczajnego. W Sławięcicach byliśmy do 1947 roku i Lewin był z nami. Dbał o nas i nawet jak dawano szpinak na obiad, to chodził i pilnował, żebyśmy go jedli, chociaż dzieci po kryjomu starały się go wyrzucić".
- To prawda, wielu wychowanków uważało, że to właśnie w Sławięcicach mieli najlepsze warunki lokalowe. W 1947 roku kilkanaścioro wychowanków przeniosło się do Bartoszyc. Odbyło się to na zaproszenie Lewina i za zgodą dzieci. Pedagog liczył się z ich zdaniem. Tam, dzięki wsparciu RTPD (wspomniane wcześniej Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci - przyp. red.) powstał właśnie największy i najnowocześniejszy w Polsce dom dziecka, połączony z instytucjami edukacyjnymi, w tym liceum pedagogicznym, które miało kształcić przyszłych nauczycieli. Pomysłowi temu sprzyjały najważniejsze osoby w kraju - Bolesław Bierut, Edward Osóbka-Morawski, Józef Cyrankiewicz. Spośród swoich wychowanków Lewin wybrał najstarszych, których wysoko cenił za odpowiedzialność, lojalność i pracowitość, i którzy w praktyce znali idee, które były dla niego ważne. Właśnie ci młodzi ludzie pomagali później współtworzyć ośrodek w Bartoszycach. Właśnie dlatego ja nazywam ośrodek "republiką młodych ludzi". Bo młodzi byli podopieczni - dzieci z domu dziecka i uczniowie funkcjonujących tam szkół, ale młodzi byli też nauczyciele i wychowawcy. Ta młodość jest w jakimś sensie podstawą skutecznego zainwestowania w przyszłość - w nowego człowieka, dla którego dobro było ważnym punktem odniesienia.

- Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy zorganizowano na terenie dawnych koszar Ludendorffa. Powstały one tuż przed wojną, a po jej zakończeniu znajdowały się w stosunkowo dobrym stanie. Od momentu podjęcia decyzji o założeniu ośrodka przez zarząd Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, a miało to miejsce w wakacje 1946 roku, pokoszarowe budynki przygotowywano do przyjęcia dzieci. Intensywne prace remontowo-naprawcze trwały przez kilka miesięcy, aż w końcu w lutym 1947 roku pojawili się pierwsi podopieczni. Na terenie ośrodka znajdowały się warsztaty, w których dzieci uczyły się zawodu, boiska, hala sportowa, a nawet basen z trampoliną, z którego przez wiele lat mogli korzystać wyłącznie wychowankowie. Do majątku należały tez trzy gospodarstwa, gwarantujące dostawę mięsa, mleka, warzyw i owoców. Sielskość otoczenia budziła zachwyt. Ośrodek był oddzielony od miasta nasypem kolejowym, a z dwóch pozostałych stron rzeką Łyną i lasem, w którym znajdowały się piękne aleje spacerowe.
W książce znalazł się nawet fragment artykułu, opublikowanego w 1946 roku w "Życiu Warszawy", z którego wynika, że warunki były niemal hotelowe: "Bloki te niczym nie przypominają zabudowań koszarowych, wykonane są z dużym rozmachem, rozstawione planowo, z daleka przyciągają wzrok nieskazitelną bielą murów […]. Okolone iglasto-liściastym lasem, a raczej 60-hektarowym parkiem, sprawiają wrażenie jakiegoś olbrzymiego pensjonatu lub hotelu". Ten zachwyt nie dziwi, biorąc pod uwagę, w jakim stanie była w tym czasie Warszawa. Czy łatwo było zachęcić kadrę, by przyjeżdżała do pracy w Bartoszycach?
- I tak, i nie. Pracowników poszukiwano na przykład przez ogłoszenia. Z tego zamieszczonego w "Biuletynie RTPD" wynika, że potrzebni byli instruktorzy wychowania fizycznego i artystycznego, nauczyciele przedmiotów wykładanych w liceum pedagogicznym i szkole powszechnej, przedszkolanki. Część pracowników przybyła tutaj otrzymując nakaz pracy. Inni w wyniku zawieruchy wojennej nie mieli do czego wracać, chętnie więc pojawili się tam, gdzie wszystko zaczyna się od nowa. Przybyli tu reemigranci z Francji - nauczyciele, którzy wrócili do kraju. Wielu pedagogów to repatrianci z Wilna i zza Buga. Rolę wychowawców pełnili też w ramach praktyk uczniowie liceum pedagogicznego. Na pewno rolę wabika pełniła informacja, że mamy do czynienia z projektem pionierskim, który będzie kształtował wzorce dla całego kraju. Ale wtedy - po wojnie - w wielu miejscach brakowało nauczycieli.

Wiem już, że do Bartoszyc trafiły dzieci z Monetnej. Kto jeszcze znalazł się wśród pierwszych mieszkańców ośrodka?
- Z Warszawy przyjechały dzieci z Ośrodka Boduena (znanego także jako Dom Podrzutków - przyp. red.), w wielu przypadkach mające rozmaite obciążenia zdrowotne, i dzieci z Powstania Warszawskiego. Zwłaszcza te drugie często były nie tylko w kiepskim stanie fizycznym, ale i psychicznym - wiele widziało śmierć rodziców, rozstrzelania obcych ludzi, zakopywanie zwłok, bombardowania. Z okolicznych terenów przybyły dzieci autochtonów, nazywane głównie Mazurami, bo gdyby nazwano ich po prostu Niemcami, trudno byłoby potem mówić o konieczności repolonizacji kogoś, kto Polakiem nigdy nie był. Nietrudno się domyślić, że dość szybko między dziećmi pojawiły się konflikty - dzieci z okolic nie umiały mówić po polsku, a Warszawiakom język niemiecki kojarzył się tylko z wrogiem, okupacją i mordami. Dlatego początkowo było im trudno żyć razem. Mało tego, z dokumentów wynika, że wychowawcy raczej nie mówili po niemiecku, więc sami nie bardzo mogli porozumieć się ze swoimi wychowankami.
- Dla mnie tym bardziej niezwykłe jest to, że projekt się powiódł. Że ci młodzi wychowawcy i nauczyciele potrafili dotrzeć do dzieci i jakoś ich przekonać, że po wojnie świat jest już całkiem inny, zaczęło się nowe życie i dobrze będzie, jeśli wszyscy zaczną ze sobą współpracować. Że oni nie odpowiadają za winy dorosłych, mają czyste karty i mogą razem zbudować w Bartoszycach coś dobrego. Brano pod uwagę szczególny charakter sytuacji i przeżyć wychowanków. W myśleniu o nowym człowieku, który miał być kształtowany w ośrodku, brano pod uwagę pedagogikę Korczaka i pedagogikę Makarenki. Ten pierwszy koncentrował się na podmiotowości dziecka, ten drugi na odzyskiwaniu młodych, którzy mieli już na swoim koncie i trudne przeżycia, i przestępstwa. Mimo tych inspiracji wyraźnie zaznaczano, że w ośrodku powstaje model bartoszycki i to on będzie służył jako wzorzec dla innych instytucji opiekuńczo-wychowawczych w kraju.
Jak w Bartoszycach przebiegała repolonizacja Mazurów?
- Przede wszystkim od początku dzieci autochtonów traktowano tak samo, jak resztę. Starano się także uszanować ich pochodzenie i historię, np. podczas nadawania polskich imion i nazwisk zachowywano w dokumentach także te stare, niemieckie. Oczywiście nie zawsze się to udawało, bo np. malutkie dzieci nie pamiętały danych, takich jak daty urodzenia, imion rodziców. Nie miały też często żadnych dokumentów. Jednak programowo nie zacierano śladów zmiany tożsamości, więc zdarzało się, że jeszcze po latach do ośrodka zgłaszali się krewni i zabierali dzieci do Niemiec lub też one same, już jako dorośli, odkrywały swoje korzenie. To bartoszyckie podejście warto podkreślić, bo zdaje się, że było dość unikatowe - w wielu innych miejscach, np. na Śląsku czy w okolicach Bydgoszczy, organizowano dla dzieci uznanych za Niemców nie tyle ośrodki opiekuńcze, ile coś na kształt obozów pracy, w których nie było mowy o edukacji czy zapewnieniu dostępu do kultury. Dzieci uczono polskiej historii, wpajano im poczucie przynależności do Polski, nie krytykowano rodzącej się niechęci do Niemców. Polskość miała stanowić rodzaj spoiwa łączącego je z innymi wychowankami. Nauczyciele zdawali relację z postępów w repolonizacji, wypełniając chociażby ankiety. Bartoszyckie podejście było spójne z myśleniem RTPD. Członkowie tej organizacji akcentowali, że nie ma dzieci trudnych, nie ma dzieci lepszych i gorszych. Wszystkie są równie ważne.
Jak w ośrodku poschodzono do religii? Pytam, bo znakomita większość Warszawiaków była wyznania rzymsko-katolickiego, natomiast autochtoni w większości byli członkami kościoła ewangelicko-augsburskiego. Dochodziło na tym tle do konfliktów?
- Zasadą organizującą placówki Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci - jeszcze przed wojną, ale i po jej zakończeniu - było świeckie wychowanie. To oczywiście niektórych szokowało, innych dziwiło, jeszcze innym było obojętne. Religia nie była więc punktem odniesienia w procesie kształtowania nowego człowieka. Dla tej idei najważniejszym punktem odniesienia miała być nauka, a nie wiara. Natomiast oczywiście zdarzały się różne sytuacje, w których nawyki wykształcone wcześniej w domach rodzinnych dochodziły do głosu i dzieci lub młodzi wychowawcy odwoływali się do religii. Nie próbowano jednak tych zachowań wyrugować przemocą, raczej perswazją, rozmową, dyskusją. Ci, którzy podchodzili sceptycznie do świeckiego nauczania w ośrodku, szybko przekonywali się, że poziom edukacji jest tutaj wyjątkowo wysoki i wręcz zabiegali o to, by ich dzieci uczyły się na przykład w działającym tam liceum pedagogicznym.

W placówkach kierowanych przez Lewina edukacja stała na wysokim poziomie. A jak było z dostępem do kultury?
- Również przywiązywano do niej dużą uwagę, o czym może chociażby świadczyć fakt, że w jednym z budynków, a konkretniej w dawnym kasynie poniemieckim, zorganizowano Dom Kultury Dziecka. Bywali tam artyści z najwyższej półki, m.in. Melchior Wańkowicz, Arkady Fiedler, Czesław Centkiewicz, Czesław Janczarski, Maria Dąbrowska, Maria Koterbska, a nawet Mieczysław Fogg. Zapraszano grupy teatralne i członków filharmonii z Olsztyna i Warszawy, a także organizowano wyjazdy dzieci na wydarzenia kulturalne w innych częściach Polski. To coś niesamowitego, że tam w ciągu roku odbywało się kilkadziesiąt koncertów i to naprawdę nie byle jakich. Na zajęciach w liceum pedagogicznym trzeba było się również uczyć gry na skrzypcach. W ośrodku orkiestra, którą kierował Mikołaj Beynar, ojciec Pawła Jasienicy. który Pisarz sam zresztą bardzo często przyjeżdżał do Bartoszyc, w których pracowała także jego siostra, lekarka Irena Brzozowska. Kultura była w ośrodku obecna na co dzień, nie od wielkiego święta. Starano się rozbudzić w dzieciach marzenia, pragnienia dotyczące przyszłości, miłość do piękna, sztuki, muzyki. Pewnie niektóre się na to złościły, niektóre na koncertach nudziły, inne przysypiały, jak to w życiu. Najważniejsze jednak było to, że kształtowano w ten sposób ważne nawyki dotyczące korzystania z kultury na co dzień. Jednocześnie dzieci, którym tak wiele odebrano i które miały trudniejszy życiowy start, otrzymywały dostęp do kultury na najwyższym poziomie.

Jak po latach wychowankowie oceniają pobyt w Bartoszycach?
- Może zacznę od tego, że wiele z nich dobrze oceniało ośrodek jeszcze podczas pobytu. Nie mieli co prawda rodzin, ale za to byli otoczeni wspierającą wspólnotą, której naprawdę na nich zależało, a te dzieci to czuły. Zdarzało się, że dom dziecka dostawał informację, że jacyś ludzie są zainteresowani adoptowaniem dziecka. Kadra typowała kandydatów, a kiedy oni się o tym dowiadywali - uciekali. Nie chciały iść, bo w ośrodku miały opiekunów, którym ufały, a może i nawet ich kochały, przyjaciół, możliwość rozwoju. Jeszcze wiele lat po opuszczeniu ośrodka wielu z nich pisało listy o tym, co się z nimi dzieje - także zza granicy. Natomiast sądzę, że szczególna więź połączyła dzieci z Monetnej, którzy, już jako dorośli, nazywali siebie "Monetniakami". Przez kilkadziesiąt lat organizowali zjazdy, w których brali także udział ich mężowie, żony, dzieci. Poszerzali więc swoją rodzinę "Monetniaków" i chcieli nadal się spotykać. W Bartoszycach udało się stworzyć miejsce, dzięki któremu przetrwanie doświadczonego wcześniej zła okazało się możliwe. Zranieni młodzi - dzieci i nauczyciele - wspólnymi siłami kształtowali nowego człowieka, dla którego najważniejsza była wiara w to, że drugiemu człowiekowi można ufać i że ten drugi człowiek ostatecznie nie zawiedzie.











