Czy te organiczne kształty i słynne "pikasiaki" to rzeczywiście inwestycja życia? Sprawdzamy, jak rozpoznać skarb w morzu tandety i dlaczego przed kolejnym remontem warto dwa razy obejrzeć każdy talerzyk.
Krótka lekcja designu - Dlaczego Chodzież i Ćmielów?
Żeby zrozumieć ten fenomen, musimy cofnąć się w czasie o jakieś sześćdziesiąt lat, do epoki rządów Gomułki. Szarzyzna, beton i wielka płyta. Wtem, w tym monotonnym świecie, w polskich mieszkaniach wydarza się prawdziwa rewolucja. Pojawiają się obiekty, które wyglądają jak z kosmosu.
Słowo-klucz to New Look. Ten nowoczesny styl przyszedł do nas z Zachodu, ale nasi projektanci z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego przerobili go na własną modłę.
Zamiast nudnych, tradycyjnych amforek, zaczęli tworzyć formy organiczne. Co to znaczy?
Przykładem są kultowe figurki z Ćmielowa - na przykład słynnego gibona, charta czy "Dziewczynę w spodniach". Nie ma tam detali, nie ma oczu, sierści ani palców. Jest tylko czysta, płynna, obła linia.
Ale forma to jedno. Drugim hitem było malowanie. I tutaj na scenę wkracza Chodzież, a wraz z nią - tak zwane "pikasiaki". Nazwa ta nawiązuje do abstrakcji Pabla Picassa. Zapomnij o babcinych różyczkach czy złotych rąbkach.

Polskie serwisy kawowe, jak chociażby słynna "Elżbieta" czy "Goplana", pokrywano plamami, asymetrycznymi kreskami i geometrycznymi wzorami. Często używano do tego techniki natrysku podciśnieniowego - stąd te charakterystyczne, subtelne przejścia kolorów i drobne kropeczki.
Za tymi cudami stoją konkretne nazwiska, które dzisiaj na aukcjach działają jak magnes: Lubomir Tomaszewski, Mieczysław Naruszewicz, Hanna Orthwein czy Danuta Duszniak. To byli rzeźbiarze i artyści, którzy zmusili fabryki w Ćmielowie i Chodzieży do robienia rzeczy wielkich.
Masowa produkcja stała się sztuką wysoką. I właśnie dlatego, kiedy dziś znajdujesz taki obiekt na wystawce czy w kartonie przy śmietniku, nie trzymasz w ręku zwykłego kubka. Trzymasz w ręku kawałek historii światowego designu.
Skarby wystawkowe - trzeba mieć oczy otwarte!
Klasyczne kryształy, fotele zaprojektowane przez Chierowskiego, stare wydania reportaży, albumy i małe, porcelanowe figurki - wszystko to, możemy (jeśli mamy szczęście) znaleźć na osiedlowym śmietniku.
- Ludzie często nie mają pojęcia, co wyrzucają. Ostatnio w wielkim pudle pełnym starych encyklopedii znalazłem małego, zakurzonego pieska z Ćmielowa. Ktoś go wyrzucił, bo miał lekko ukruszone ucho. Dla mnie? Cudowna pamiątka i uratowany kawałek historii - tak swój udany dzień opisuje jeden z łowców, który na warszawskim Mokotowie regularnie zagląda pod wiaty śmietnikowe.

I to nie jest odosobniony przypadek. Grupy w mediach społecznościowych, gdzie ludzie wrzucają zdjęcia z hasłem: "Uratowane z kontenera, zobaczcie jakie cudo!", pękają w szwach. Nic tak nie ich cieszy, jak darmowa perełka designu, która szczęśliwie trafia prosto w ręce kogoś, kto potrafi docenić jej piękno.
Ile to jest naprawdę warte?
Przejdźmy do konkretów, bo sentyment sentymentem, ale biznes to biznes. Ile tak naprawdę można zarobić na tych porcelanowych cudeńkach? Jeśli myślicie, że każda znaleziona w piwnicy figurka pozwoli Wam rzucić pracę i wyjechać w Bieszczady, to... niestety musimy was rozczarować.
Zacznijmy od popularnej Chodzieży. Za proste talerzyki deserowe, filiżanki czy popularne wazony-pikasiaki z masowej produkcji kolekcjonerzy płacą dziś zazwyczaj od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. To świetny start na początek przygody z kolekcjonowaniem, ale fortuny z tego nie będzie.
Prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy na horyzoncie pojawia się Ćmielów - a zwłaszcza oryginalne figurki z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Tutaj ceny startują od kilkuset złotych za te bardziej popularne wzory, ale bardzo szybko szybują w górę. Rzadsze okazy, zachowane w idealnym stanie, to już wydatek rzędu kilku tysięcy złotych za jedną, małą figurkę! A jeśli traficie na absolutny unikat - na profesjonalnych aukcjach sztuki kolekcjonerzy potrafią licytować nawet do kilkunastu tysięcy złotych.
Dlatego następnym razem, gdy zobaczycie sąsiada wynoszącego zakurzone kartony po babci pod wiatę śmietnikową... nie odwracajcie wzroku. Podejdźcie, zaglądnijcie do środka. Kto wie, może między starymi książkami a pożółkłymi gazetami zaskoczy was mały, porcelanowy gibon albo kultowa "Iza". Małe dzieło sztuki, które tylko czeka, by ktoś dał mu drugą szansę.
To, co miały nasze babcie, dziś znów zachwyca. Kredens, porcelana, koronkowe obrusy - rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się staroświeckie, wracają do łask. Niektóre - zwłaszcza te z PRL są poszukiwane przez kolekcjonerów. Zobacz na styl.interia.pl, jak wnieść do swojego domu odrobinę dawnych czasów w nowoczesnym wydaniu.











