Nie tylko "Znachor". Ukryte polskie perełki na święta
Dziś nie będzie o nowościach, ale trochę starszych, polskich filmach znajdujących się w odmętach Netfliksa. Perełkach, które często przeszły bez echa, a zasługują na uwagę i warto po nie sięgnąć w święta.

Dobro jest w każdym?
Pierwsza filmowa perełka na Netfliksie, którą warto włączyć w święta to polska nominacja do Oscarów w 2020 roku, czyli "Boże Ciało". Film w reżyserii Jana Komasy na podstawie scenariusza Mateusza Pacewicza opowiada losy Daniela. Dwudziestolatek zostaje zwolniony z zakładu poprawczego i udaje się do niewielkiej miejscowości na południu Polski. Początkowo ma tam podjąć pracę w stolarni, ale w wyniku pewnych okoliczności zostaje wzięty za nowego wikarego. Niestandardowe podejście młodego, ale doświadczonego przez życie chłopaka wiele namiesza w tutejszych życiach i stosunkach społecznych.
"Boże ciało" to kino psychologiczne, gdzie historia toczy się powoli, a widz ma czas na refleksję nad losami i postępowaniem bohaterów. Przeczytałam kiedyś opinię, że to przygnębiający film i muszę ją tu przytoczyć, bo według mnie jest wprost przeciwnie. Choć na ekranie widzimy trudne losy bohaterów, traumy, wykluczenie społeczne, to jednak seans pozostawia to poczucie ciepła w sercu. Dla mnie to niesztampowa, kojąca opowieść obyczajowa, w której znalazło się miejsce na śmiech, łzy, a nawet odrobinę kina akcji.

Zobacz również:
Dobry polski film o miłości
"Polacy nie umieją kręcić romansów", często słyszę takie stwierdzenie i w zasadzie mogę się z nim zgodzić, bo na jednym wydechu potrafiłabym wymienić dobre polskie filmy o miłości. Jednak bywają perełki, które wyrywają się ze świata kiczu i jednocześnie nie idą zbyt daleko ku wielkim dramatom. Jedną z nich jest "Światłoczuła".
To opowieść o tym, że miłość to akceptacja siebie i drugiego człowieka, ale też przekraczanie własnych lęków i traum dla ukochanej osoby. Historia niebanalna, wzruszająca, pełna wrażliwości i emocji. Poznamy w niej Agatę - niewidomą dziewczynę pracującą z trudną młodzieżą, uprawiającą freediving i cieszącą się z życia oraz Roberta - uznanego, dobrze zarabiającego fotografa, który nie potrafi nawiązać długotrwałej relacji romantycznej. Przeznaczenie sprawia, że ta dwójka się spotyka i zakochuje w sobie, jednak na drodze do szczęścia staną im rany, które noszą w sercach. Czy uda im się pokonać trudności? "Światłoczuła" to doskonały wybór na świąteczny wieczór.

Może jednak "Znachor"?
Na koniec należy się czytelnikom wyjaśnienie: nie uważam, że setny seans "Znachora" to coś złego - przeciwnie - należę do grupy fanów powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. W każde święta z przyjemnością zasiadam przed telewizorem, by śledzić losy profesora Rafała Wilczura, choć znam na pamięć dialogi. Fanom takim jak ja, oraz tym znudzonym poprzednimi wersjami, polecam na święta "Znachora" z 2023 roku dostępnego w Netfliksie. Jest to tak dobrze zrobiony film, że potrafię zignorować irytujące, nieprzystające do epoki wątki.
Ogromną przyjemność sprawia mi oglądanie gry aktorskiej zarówno Kazimierza Junoszy-Stępkowskiego, czyli znachora z 1937 roku, jak i Jerzego Bińczyckiego, który zagrał tytułową rolę w wersji Jerzego Hoffmana z 1982 roku. Jakoś tak już jest, że rola Antoniego Kosiby zawsze przypada wybitnym aktorom, nie inaczej stało się w produkcji z 2023 roku. Leszek Lichota wspaniale poradził sobie jako znachor (zresztą nie widziałam chyba kiepskiej roli w jego wykonaniu).
Miłośników poprzednich wersji uprzedzam, że tym razem nie mamy do czynienia z ekranizacją scenariusza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, lecz adaptacją. Wiele zmieniono w stosunku do oryginału (łącznie z zakończeniem). Najczęściej remake, który mocno odbiega od pierwowzoru, drażni ortodoksyjnych fanów, lecz w tym przypadku to uczucie się nie pojawia. "Znachor" z 2023 roku jest wciąż historią Antoniego Kosiby, ale opowiedzianą przez ludzi żyjących sto lat później. Seans tego filmu może być ciekawy i odświeżający, zaskoczy widzów starszych wersji filmu i czytelników książki.








