Wielkanoc na wsi: Wszyscy czuli, że zbliża się szczególny czas
- Dawniej czas Wielkiego Postu był wyjątkowo dotkliwy, ze względu na dłużącą się końcówkę zimy i ubogą dietę. Dlatego kiedy wreszcie nadchodziła Wielkanoc, ze wszystkimi jej kolorami, smakami, radością, muzyką - ludzie naprawdę czuli, że zdarzyło się coś ważnego. Podobnie było z karnawałem - moja babcia opowiadała, że przed wojną jej rodzice w każdą sobotę karnawału wychodzili na bal. Kiedy więc zaczynał się Wielki Post, oni czuli tę zmianę; czuli, że nagle muszą z czegoś zrezygnować, bo zaczął się okres skupienia, wyrzeczeń, pokuty - mówi Małgorzata Kunecka, etnolożka i muzealniczka, związana zawodowo z Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie, gdzie opiekuje się Kolekcją Folkloru.

Katarzyna Pruszkowska: Mamy rozmawiać o tym, jak dawniej obchodzono Wielkanoc na wsi. Jednak najpierw chciałabym zapytać o pogańskie korzenie tego święta, ściśle przecież związanego z nadejściem wiosny.
Małgorzata Kunecka: - Rzeczywiście, w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, Wielkanoc jest świętem ruchomym, przypadającym zawsze na pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Koncentruje się na zmartwychwstaniu, a podobne wątki, związane z odradzaniem się do życia, znajdujemy w wielu wierzeniach pogańskich, w tym również praktykowanych przez naszych przodków, dawnych Słowian. Chyba najbardziej związanym z wiosną bóstwem był Jaryło, często przedstawiany jako siedzący na koniu młodzieniec, który trzyma w ręce ściętą głowę. Jedni badacze uważają, że należała ona do Welesa, boga zimy i zaświatów, inni - że to głowa samego Jaryły, który najpierw miał się zestarzeć i umrzeć, a potem odrodzić na nowo. Skojarzenie z historią Jezusa jest tu oczywiście bardzo czytelne, podobnie jak z postacią św. Jerzego, również przedstawianego jako młodzieńca na koniu - jego święto przypada zresztą na 24 kwietnia, czyli zdarza się, że pokrywa się z Wielkanocą. Jest nawet takie powiedzenie: "św. Jerzy pole mierzy", czyli sprawdza, czy wykiełkowały ziarna zbóż ozimych, zasiane jesienią.
- Wielkanoc obchodzimy w marcu lub kwietniu, ponieważ wydarzenia, które upamiętnia to święto, rozegrały się podczas żydowskiego święta Paschy, a nie dlatego, że wtedy na półkuli północnej zaczyna się wiosna. Na pewno jednak, symbolika nowego święta - nowego z perspektywy Słowian mogła ułatwić im przyjęcie i obchodzenie Wielkanocy. Tym bardziej, że to jest bardzo radosne święto, które następuje po zimie - czasie ciemnym, zimnym i ubogim w jedzenie.
Proszę opowiedzieć, jak dawniej wyglądał ten czas między zimą, a wczesną wiosną.
- Zupełnie inaczej, niż obecnie, bo żyjemy w świecie, w którym nie ma już największych niewygód zimy. Mamy ciepłe i jasne domy, oświetlane ulice, witryny sklepów, osiedla. Jeśli wieje czy pada, wsiadamy do samochodów czy innych środków komunikacji i kontakt z niesprzyjającą aurą mamy w zasadzie tylko w momentach "przejścia od - do". Świat, także na wsiach, choć oczywiście zdarzają się pewne wyjątki, nigdy nie pogrąża się w całkowitym mroku i przenikliwym zimnie, które towarzyszy człowiekowi nawet w domu.
- Dawniej zima wyglądała inaczej, czego echa widzimy np. w topieniu Marzanny. Wiele osób uważa, że jej imię wzięło się od marca, jednak źródłosłów jest inny - pochodzi od słowiańskiego przedrostka "mor", oznaczającego śmierć. Marena lub Morena - bo tak brzmiała inna wersja imienia tej słowiańskiej bogini, przynosiła więc zagładę, zimno, choroby i głód. Właśnie dlatego na przednówku szykowano jej podobiznę i topiono ją w wodzie - żeby szybciej odeszła i zrobiła miejsce Dziewannie, bogini wiosny i życia. Dziś topienie Marzanny jest traktowane jak dziecięca zabawa, ale wiemy, że dla naszych przodków był to bardzo ważny rytuał, wciąż żywy w czasach, kiedy Polska była już chrześcijańska (np. próbowano go zakazać na Synodzie Poznańskim, w 1420 roku - przyp. red.). Tak samo istotnym wydarzeniem, choć dziś już mniej znanym, może poza Śląskiem, było wniesienie Gaika, czyli zielonej gałązki symbolizujące nadejście wiosny.

A więc i kolorów, których ludzie nie widzieli przez kilka miesięcy, bo dawniej nie można było pójść w środku zimy do kwiaciarni, żeby kupić sobie bukiet róż czy tulipanów.
- Otóż to. My mamy kwiaty cebulowe, które świetnie rosną w szklarniach, możliwość sprowadzenia kwiatów z krajów o cieplejszym klimacie. A nasi przodkowie mieli co najwyżej rośliny zimozielone, takie jak bluszcz, ostrokrzew, borówka czy jemioła. Ponieważ klimat był inny, wiosna również zaczynała się później - nie tak, jak dziś, kiedy pierwiosnki zakwitły już pod koniec lutego. Jeśli Wielkanoc wypadała pod koniec kwietnia, było bardziej zielono - pędy puszczały wierzby, brzozy, leszczyny, które właśnie z tego powodu najczęściej trafiały do palm. Jeśli jednak święta były wcześnie, świat nadal był szaro-bury. Pewnie właśnie z tego powodu na wsiach - i to w różnych regionach kraju - spopularyzowały się kwiaty i ozdoby wykonane z bibuły i kolorowego papieru. Z czasem i one zdobiły palmy, podkreślając radość z tego, że oto zaczyna się ta "łatwiejsza", choć bardziej pracowita, część roku - cieplejsza, jaśniejsza, dostatniejsza w jedzenie. Było się z czego cieszyć, a tę radość i nadzieję widać było w gospodarstwach, które dosłownie piękniały.
Czy dawniej przypisywano palmom magiczne właściwości? Pytam, bo u mojej babci palma przez cały rok jest zatknięta za obrazem Matki Boskiej, co ma chronić nas przed chorobami.
- Oj tak, to bardzo stare, i jak pani widzi - wciąż żywe przekonanie. Magiczną moc miały zresztą mieć nie tylko palmy wielkanocne, ale także bukiety, które noszono do kościołów na Matki Boskiej Zielnej czy zebrane w noc świętojańską - one również, po wysuszeniu, przez cały rok zdobiły i chroniły domy i ich mieszkańców. Dawniej wierzono, że palmy chronią przed uderzeniem pioruna i pożarem, wkładane we fragmentach do ula miały sprawić, że pszczoły szybciej się obudzą i dadzą więcej miodu, a zakopane pod drzewami owocowymi - gwarantowały urodzaj. Jedną z ciekawszych właściwości palmy, a konkretniej - gałązek bazi, była ochrona przed chorobami gardła - kiedy coś zaczynało "skrobać", wystarczyło połknąć kilka "kotków", by poczuć się lepiej. W okresie wielkanocnym połykano je także profilaktycznie.
- Wierzba w ogóle była bardzo ważną rośliną - dla naszych przodków drzewo to było symbolem energii, witalności i zdrowia - dlatego, że jako pierwsze puszcza wiosną soki, a suche, pozornie martwe gałęzie, np. związane w miotełkę, puszczają listki jak tylko będą miały kontakt z odrobiną wilgoci. Wierzba wyjątkowo łatwo się też zakorzenia, wystarczy włożyć do ziemi kawałek gałązki, a po niedługim czasie zacznie wypuszczać nowe pędy. To wszystko sprawiło, że wierzba kojarzyła się ludziom z umiłowaniem życia. Dlatego trafiała do palm, dlatego gałązkami lekko uderzano domowników i zwierzęta - wierzono, że roślina "odda" wtedy trochę swojej życiodajnej energii.

- Zwyczaj przynoszenia zielonych gałązek na mszę w Niedzielę Palmową, upamiętniającą wjazd Jezusa na osiołku do Jerozolimy, jest bardzo stary - w Polsce sięga XI wieku. Oczywiście dziś, szczególnie w miastach, obchody nie są tak huczne, jak dawniej, jednak zdarzają się wyjątki. Na przykład w Tokarni w Niedzielę Palmową organizowana jest procesja, podczas której na osiołku obwożona jest drewniana figurka Jezusa (kopia rzeźby znajdującej się w Muzeum Szołayskich w Krakowie - przyp. red.), a za nią podążają wierni, niosący wysokie na kilka metrów palmy, zdobione papierowymi kwiatami. Podobnie okazałe palmy wykonuje się w Łysych na Kurpiach i w Lipnicy Murowanej (w województwie małopolskim - przyp. red.), które, choć różnią się sposobem wykonania, robią naprawdę ogromne wrażenie ze względu na swoje rozmiary.

- W obu miejscach tradycyjnie organizuje się konkurs na najładniejszą palmę, który nadal cieszy się dużym powodzeniem. Dawniej podczas obchodów Niedzieli Palmowej wierni recytowali także różne wierszyki i śpiewali przyśpiewki, jednak to nie podobało się duchowieństwu, bo wprowadzało chaos podczas mszy, więc w końcu tej twórczości wiernym zakazano.
Niedziela Palmowa rozpoczyna Wielki Tydzień, który, poza znaczeniem duchowym, wiązał się także z szeregiem przygotowań do Wielkanocy. Jak wyglądały one w domach i obejściach naszych przodków?
- Ważne były takie generalne wiosenne porządki, bo kiedy robiło się cieplej, wreszcie można było porządnie wszystko odświeżyć, wymalować poczerniałe od dymu z pieca ściany i je potem ozdobić. Jednak najwięcej przygotowań skupiało się oczywiście wokół szykowania jedzenia. Choć to, co ostatecznie pojawiło się na stole wielkanocnym, zależało od zamożności rodziny, i bogatsi, i biedniejsi jedli w Wielkanoc więcej, niż na co dzień; można nawet powiedzieć, że był to jeden z najobfitszych posiłków w ciągu roku. To był trudny czas, bo wiele spiżarni świeciło już po zimie pustkami, a nie było jeszcze nowalijek. Dlatego potrawy wielkanocne raczej nie obfitują w warzywa i owoce, których po prostu nie było.
- Wyznacznikiem bogactwa na pewno były ciasta, bo do ich upieczenia potrzebne były jajka. Tych co prawda na wsi nie brakowało, choć zimą kury niosą mniej, jednak one były przeznaczone na handel, a nie do jedzenia dla domowników. Jajko traktowano jako luksusowy przysmak lub lekarstwo - dlatego najczęściej dostawały je wątłe dzieci, chorzy, kobiety w połogu. Jeśli więc w czyimś gospodarstwie pieczono ciasto drożdżowe z 20 jajek, było wiadomo, że gospodarzowi dobrze się powodzi. Prócz ciast gospodynie piekły także chleby, mięsa, robiły wędliny czy zupy, ale nie w postnej wersji, której wszyscy mieli już dość, ale "na bogato" - z mięsem i jajkami.
- A'propos kuchni zimowej - po Wielkim Poście, kiedy głównym posiłkiem w wielu domach był postny żur, czyli zupa z mąki żytniej z dodatkami, np. cebuli i ziemniaków, oraz śledzie, ludzie naprawdę byli już spragnieni bardziej różnorodnego jedzenia. Na Kujawach znany był nawet, przypadający na ten koniec Wielkiego Tygodnia, "pogrzeb żuru i śledzia", czyli zwyczaj polegający na rozbijaniu o drzwi wejściowe garnków z błotem czy popiołem, widowiskowe wylewanie resztek postnego żuru czy zakwasu czy wieszanie suszonej ryby - jako znak, że oto kończy się Wielki Post i lada moment będzie można wreszcie zjeść coś smacznego.
- Ciekawym obyczajem, znanym na południu Polski, zwłaszcza na Podkarpaciu, było "wieszanie Judasza". Najpierw szykowano mającą rozmiary dorosłego człowieka kukłę z siana i jakichś starych łachmanów, którą wieszano a potem wleczono ją po wsi, okładano kijami, bito, kopano. Punktem kulminacyjnym było ostateczne unicestwienie zdrajcy, przez spalenie, lub utopienie. Jak pani widzi, obrzęd był bardzo brutalny i m.in. z tego powodu odchodzi się od niego. Kontrowersje budzi też antysemicki charakter tego zwyczaju, jako że kukła wyobrażająca Judasza zdrajcę miała zwykle ewidentnie żydowskie rysy.
- Ostatnie dni Wielkiego Tygodnia były także czasem, kiedy ludzie tłumnie odwiedzali kościoły, żeby uczestniczyć w Triduum Paschalnym. Co prawda od Wielkiego Czwartku do soboty wieczorem nie odbywały się msze święte, podobnie zresztą jak dziś, ale zamiast tego wierni mogli uczestniczyć w różnych nabożeństwach np. drodze krzyżowej, a w Wielką Sobotę - w święceniu pokarmów.

Z dzieciństwa pamiętam, że dzieci lubiły ten zwyczaj - także dlatego, że po wszystkim można było nielegalnie "poczęstować się" jakimiś słodyczami, np. czekoladowymi jajeczkami. Czy święcenie pokarmów zawsze odbywało się w kościele, a jedzenie przynoszono w koszykach?
- Nie, dawniej sposób święcenia zależał od statusu materialnego. W ziemiańskich domach szykowano wszystkie potrawy i układano je na pięknie zdobionych stołach, a następnie zapraszano duchownego, żeby wszystko to poświęcił i - przy okazji - się poczęstował. Na wsiach zaś ludzie wkładali wszystko to, co chcieli zjeść na śniadanie wielkanocne, do wielkich koszy, a następnie szli pod kapliczkę lub przydrożny krzyż, gdzie odbywało się święcenie. Ciężko byłoby dźwigać wypełnione kosze do kościoła oddalonego nierzadko o kilka kilometrów od domu. Z czasem zrezygnowano ze święcenia całego śniadania, a koszyczek stał się bardziej symboliczny - wkłada się do niego tylko odrobinę wybranych produktów.

- Tradycyjnie mamy więc jajka, które symbolizują życie, sól, która chroni przed zepsuciem, chleb, symbol braterstwa i wspólnoty , ostry chrzan, który ma przypominać mękę Chrystusa, ale też zapewniać krzepkość i siłę fizyczną i wędliny, które symbolizują dostatek. Współcześnie do koszyczków rzeczywiście wkłada się słodycze, które, zazwyczaj , są ukłonem w stronę młodszych członków rodziny. Pamiętam, że zapytano mnie kiedyś, czy nie oburza mnie to, że do święconki wkłada się czekoladowe zające - i nie, nie oburza, bo do koszyków wkładamy to, co dla nas ważne; skoro lubimy słodycze, to dlaczego nie? Jeśli tradycja ewoluuje to znaczy, że żyje, a to powinno być najważniejsze.
Niedziela Wielkanocna to przede wszystkim rezurekcja i uroczyste śniadanie. Czy dawniej istniały jakieś charakterystyczne, związane tylko z tym dniem tradycje?
- Tak - po miesiącach wielkopostnej ciszy i umartwiania dzieci, szczególnie chłopcy, z dużym entuzjazmem ogłaszali światu Zmartwychwstanie przy pomocy wszelkiego rodzaju "przyrządów hałasujących", takich jak drewniane kołatki i klekotki. Popularne były też wystrzały z broni palnej, które później zastąpiły petardy, które również robiły sporo huku, oczywiście ku uciesze dzieci. W niektórych regionach kraju ta tradycja jest ciągle żywa, w przeciwieństwie do innej, nieco podobnej. Otóż dawniej obchodzono półście, czyli taki półmetek Wielkiego Postu. Wtedy również hałasami ogłaszano, że "już bliżej niż dalej" i niebawem nadejdzie Wielkanoc, z nią koniec tego trudnego, ciemnego czasu.

- Ciekawą tradycją, związaną już z Lanym Poniedziałkiem, było wielkanocne kolędowanie. Na wsiach kawalerowie, często w przebraniach lub z okolicznościowymi rekwizytami chodzili od domu do domu, śpiewali, składali życzenia domownikom, zawsze dostając w podzięce coś do jedzenia. Pod Krakowem do dziś domy odwiedza tzw. Siuda baba, czyli mężczyzna przebrany za kobietę, wędrujący w towarzystwie cygana, a czasem także innych postaci - dawniej celem tych odwiedzin było, m.in. szukanie panien na wydaniu po to, by wysmarować je sadzą. W okolicach Limanowej, domy odwiedzają dziady śmigustne - przebierańcy ubrani w stroje ze słomy, okręceni słomianymi powrozami.

- W Polsce centralnej bardzo popularne było chodzenie z tzw. wózkiem dyngusowym lub kurkiem dyngusowym. Grupy młodych chłopaków jeździły od domu do domu ciągnąc wózek, bogato zdobiony kolorowymi wstążkami, kwiatami z bibuły, rozmaitymi świecidełkami. Jednak to nie wózek był główną atrakcją, a siedzący na nim żywy kogut, z czasem zastąpiony przez sztucznego, zwykle rzeźbionego lub ulepionego z gliny. Właśnie takie chodzenie po domach z życzeniami nazywano dawniej dyngusem - dopiero z czasem nazwa ta zaczęła kojarzyć się z polewaniem wodą.

A skoro o nim mowa - jakie było pierwotne znaczenie tego obyczaju?
- Podobne, jak wspomnianego smagania zielonymi witkami - woda jest źródłem życia, więc polewanie miało, zgodnie z magią sympatyczną, przenieść tę życiodajną energię na ludzi; dodać im siły, witalności, zdrowia.
Jeśli by porównać dawne i dzisiejsze obchody Wielkanocy - jakie widzi pani największe różnice?
- Ponieważ coraz mniej osób żyje zgodnie z kalendarzem religijnym, wyznaczanym przez chrześcijańskie święta, okresy świętowania bardzo się nam skróciły. Dziś Boże Narodzenie trwa trzy dni, Wielkanoc podobnie, natomiast rozciągające się między nimi karnawał, a potem Wielki Post nie są już tak wyraziste. Jedynie graniczne momenty początku i końca tych okresów jak Ostatki czy Środa Popielcowa i Wielki Piątek zachowują swoją specyfikę, ale też są bardziej "letnie" dla nas niż dla przeszłych pokoleń. Przygotowania również nie zajmują nam zbyt wiele czasu, oczywiście porównując do tego, ile do zrobienia mieli nasi przodkowie, a zwłaszcza przodkinie.
- Z jednej strony dzięki temu mamy pewnie mniej zachodu i niedogodności, z drugiej - święta niosą ze sobą mniej przeżyć i emocji. Na przykład dawniej czas Wielkiego Postu był wyjątkowo dotkliwy, ze względu na dłużącą się końcówkę zimy i ubogą dietę. Dlatego kiedy wreszcie nadchodziła Wielkanoc, ze wszystkimi jej kolorami, smakami, radością, muzyką - ludzie naprawdę czuli, że zdarzyło się coś ważnego. Podobnie było z karnawałem - moja babcia opowiadała, że przed wojną jej rodzice w każdą sobotę karnawału wychodzili na bal. Kiedy więc zaczynał się Wielki Post, oni czuli tę zmianę; czuli, że nagle muszą z czegoś zrezygnować, bo zaczął się okres skupienia, wyrzeczeń, pokuty.
Jak ocenia pani te zmiany? Pytam w kontekście odwiecznych komentarzy w stylu "kiedyś to było lepiej".
- Właśnie kłopot w tym, że nigdy nie było jednego "kiedyś". Osobiście nie lubię traktowania przeszłości jako jakiegoś "bezczasu", który przez setki lat nie podlegał żadnym zmianom, aż zaczęła się współczesność i wszystko "zepsuła". Nie - nie dość, że tradycje zawsze ulegały zmianom, to jeszcze nawet te istniejące w tym samym czasie potrafiły różnić się w zależności od regionu kraju. Moim zdaniem nie ma się co oburzać, że te zmiany zachodzą, bo świadczą o tym, że tradycja nadal żyje, ewoluuje. Przecież nie zmienia się tylko to, co jest martwe - wtedy mamy już do czynienia z jakimś odtwarzaniem czy inscenizacją, ale w nich nie ma realnego, głębokiego przeżywania. Jeśli w świętowaniu pojawiają się jakieś nowe elementy, to najwidoczniej są nam one teraz potrzebne.








