W skrócie
- Bogdan Rymanowski podkreśla, że zdobycie i utrzymanie zaufania widzów wymaga konsekwencji, rzetelności i zachowania czujności wobec polityków.
- W pracy dziennikarskiej istotne są przygotowanie do rozmów, dbanie o proporcje wypowiedzi gości w programie oraz umiejętność opanowania emocji nawet w sytuacjach konfliktowych.
- Rozwijanie nowych formatów, jak dłuższe rozmowy na YouTubie z osobami spoza polityki, pozwala na pogłębione poznanie rozmówców i dostarcza oddechu od bieżącej polityki.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Katarzyna Drelich: Czytałam ostatnio badania, z których wynika, że aż 75 proc. Polaków uważa, iż w relacjach z ludźmi trzeba zachować dużą ostrożność. Zastanawiam się więc, czy w czasach tak dużej nieufności, także wobec polityków, dla dziennikarza ważniejszy staje się rozmówca, o którym kiedyś mówiłeś, że jest najistotniejszy, czy jednak widz, którego zaufanie również trzeba dziś zdobyć?
Bogdan Rymanowski: Oczywiście jest tak, że jesteśmy rozliczani przez widza w tym sensie, że on albo "kupuje" dziennikarza, który rozmawia z politykiem, albo go nie "kupuje" - uznaje go za rzetelnego albo niewiarygodnego. Ale żeby mieć zaufanie widza, trzeba też w pewnym sensie budować relacje z politykami. Każdy nasz program jest więc nieustanną walką o zaufanie odbiorcy, bo to trochę jak z saperem, który myli się tylko raz. Jeżeli stracę twarz w trakcie programu, na przykład czegoś nie będę wiedział, postawię bezpodstawną tezę albo w inny sposób się skompromituję, to zaufanie widza może w jednej sekundzie prysnąć jak bańka mydlana.
Z drugiej strony ja do polityków nie mam zaufania. I nie wynika to ze złośliwości, tylko z doświadczenia. Jestem za stary, żeby nie wiedzieć, że każdy polityk potrafi manipulować - i dotyczy to wszystkich opcji politycznych. Dlatego trzeba zachować wobec nich zasadę ograniczonego zaufania i większą czujność niż w relacjach ze "zwykłymi" ludźmi. Ale to nie znaczy, że należy iść w drugą skrajność.
Polityk nie jest dla mnie wrogiem, jest rozmówcą. Jeśli ktoś odpowiada za decyzje publiczne, to moim obowiązkiem jest go docisnąć i wyegzekwować odpowiedzi, ale nie mam potrzeby, żeby go upokarzać. Bo nawet polityk pełniący odpowiedzialną funkcję pozostaje człowiekiem.
Ale zaufanie musi być ograniczone - każdy, także polityk, ma prawo do błędów, ale jednocześnie powinien być z nich rozliczany. Ty jesteś na pierwszej linii, jako pośrednik między społeczeństwem a politykami. Zaufanie widzów, jak mówiłeś, może bardzo szybko prysnąć. Ale według badań CBOS z 2024 roku dotyczących dziennikarzy politycznych zająłeś pierwsze miejsce pod względem zaufania. Co twoim zdaniem sprawia, że Polacy właśnie tobie ufają i wracają do twojego programu co weekend?
Nie wiem, naprawdę jestem tym zaskoczony. To dla mnie tajemnica. Oczywiście bardzo się z tego powodu cieszę, ale jestem na tyle doświadczony, żeby wiedzieć, że gwiazdy najpierw świecą, a potem spadają.
Jak to mówią: "Łaska pańska na pstrym koniu jeździ". I nikt nie zna dnia ani godziny, więc jeżeli pytasz mnie, dlaczego jestem na pierwszym miejscu, to odpowiem krótko: nie chcę się sam oceniać.
Ja wciąż przed każdą rozmową przeżywam stres, oczywiście mniejszy niż 10, 20 czy 30 lat temu, ale jednak. Zawsze staram się dobrze przygotować, bo każda rozmowa jest dla mnie wyzwaniem. I jeśli dzisiaj jestem na czele jakiegoś rankingu, to dla mnie jest to przede wszystkim zobowiązanie, aby nie obniżyć poziomu. Wszystko płynie, więc równie dobrze, mogę być za jakiś czas na końcu listy.
Tutaj dam pewną kontrę. Pamiętam, jak pięć lat temu powiedziałeś mi, że dziennikarz jest tyle wart, ile jego ostatnia rozmowa. I mam wrażenie, że to właśnie trzyma człowieka "w ryzach" i sprawia, że pracuje się cały czas na poziomie oczekiwanym przez widzów i rozmówców.
Mam cały czas z tyłu głowy, że poluzowanie wymagań wobec siebie byłoby początkiem mojego końca. Oczywiście to wiąże się też z pewnym pracoholizmem, ale mam swoje zasady i wiem, że do każdej rozmowy muszę się przygotować. Nie jest tak, że wchodzę do studia "z ulicy", nawet jeśli mam doświadczenie i pewną rutynę.
Zdarza się, że jestem gorzej przygotowany, bo coś się wydarzy w życiu prywatnym albo mam dużo pracy, ale to są wyjątki. Wiem, że gdybym zaczął odpuszczać, to byłaby równia pochyła - tak jak w sporcie czy innych zawodach wymagających dyscypliny.
Z podziwem patrzę na Cristiano Ronaldo - facet ma już 41 lat, zdobył już wszystko, ale wciąż jest głodny zwycięstw i nigdy nie odpuszcza.
Tak, to pokazuje, że niezależnie od profesji takie obserwacje potrafią być ponadczasowe. Jeśli chodzi o doświadczenie, to ponad 20 lat temu padły z twoich ust słowa o tym, że polscy politycy czasem zachowują się jak primadonny.
To się do dziś nie zmieniło.
I mogłoby równie dobrze odnosić się do ostatnich dni. W związku z tym określeniem "primadonna", czy po latach obcowania z politykami i ich "rozgryzania", czujesz się bardziej jak dyrygent, który musi ich okiełznać, czy raczej jak orkiestra, która akompaniuje i przeprowadza przez emocjonalne, niekiedy bardzo złożone, meandry debat politycznych?
Na pewno w formacie "Śniadanie Rymanowskiego" czuję się trochę jak dyrygent, z tym że jest to orkiestra, która w odróżnieniu od muzycznej nie zawsze chce grać tę samą melodię. Jestem więc trochę dyrygentem, który musi zdyscyplinować kilku solistów, którzy chcą się popisać, tak aby nie powstała z tego jakaś kakofonia nie do zniesienia dla widzów.
Często zdarzają się sytuacje, w których politycy wchodzą sobie w słowo, skaczą sobie do gardeł, przerywają sobie nawzajem. Wtedy przychodzi moment, w którym muszę użyć tej przysłowiowej pałeczki dyrygenta. Czasem wymaga to ode mnie bardziej stanowczej interwencji, wyraźniejszego zwrócenia uwagi lub zdyscyplinowania rozmówcy.
Ale wydaje mi się, że najlepszą formą dyscypliny - i mam wrażenie, że to się sprawdza - jest to, że staram się, aby każdy z tych sześciu solistów, którzy do mnie przychodzą, miał świadomość, że proporcje udziału w tej "orkiestrze" będą dla wszystkich podobne. Jeżeli obiecuję komuś: "proszę się teraz uspokoić, mówi pański interlokutor, zaraz będzie pan miał szansę na ripostę", to muszę rzeczywiście tę szansę na ripostę dać i staram się tego konsekwentnie pilnować.
Oczywiście nie jest to łatwe, bo gdyby ktoś włączył stoper i policzył "posiadanie piłki" w takim programie sześcioosobowym, to jeden miałby go nieco mniej, drugi nieco więcej, ale generalnie chodzi o to, aby było ono możliwie wyrównane. Jeśli uczestnicy mają świadomość, że staram się być sprawiedliwy wobec wszystkich, to są spokojniejsi i dzięki temu łatwiej jest mi ten chaos opanować.

Jako ten "dyrygent" co niedziela musisz być też autorytetem dla tych chcących wyróżnić się jednostek. Sądzę, że aby być tym autorytetem, kluczowe są nie tylko przygotowanie, ale też spokój. Czasem zastanawiam się, gdzie jest granica, w której trzeba samemu trzymać emocje na wodzy - żeby nie dać się ponieść emocjom w studio i jednocześnie nie nakręcać polityków. Czy zdarzają się jeszcze momenty, że wychodzisz i myślisz: "następnym razem muszę się bardziej pilnować", czy po tylu latach to już inny poziom kontroli?
Jak najbardziej, zdarzają się. Na pewno z roku na rok jest to coraz łatwiejsze, bo kiedy zna się ludzi, z którymi przeprowadziło się już wiele rozmów, to ma się pewnego rodzaju "instrukcję obsługi" danego człowieka. Wiadomo już, jak do niego podejść, czego można się spodziewać, jak może reagować wobec prowadzącego.
Natomiast jeśli pytasz o to wewnętrzne "gotowanie się", to oczywiście ono nadal jest. Są momenty, kiedy najchętniej powiedziałbym coś bardzo ostrego. Ale jednocześnie wiem, że jeśli nie potrafiłbym nad sobą zapanować, to oznaczałoby to moją porażkę i brak profesjonalizmu. To nie znaczy, że nigdy nie podnoszę głosu, czy że nie ma we mnie emocji. One są, tylko wiem, że istnieje granica, której nie można przekroczyć.
Poza tym jestem ostatnią osobą, która chciałaby kogokolwiek publicznie osądzać. Od tego są widzowie. Uważam, że są inteligentni i sami potrafią ocenić, czy ktoś zachowuje się właściwie, czy nie. Tak jak mówiłem, to nie ja jestem w studiu najważniejszy.
Można powiedzieć, że "Śniadanie Rymanowskiego" przypomina w pewnym sensie mecz piłkarski.
Zdecydowanie. Jako sędzia staram się nie być stronniczy i uważam, że idealny sędzia podczas meczu to taki, którego nie widać. Jeśli jest zbyt widoczny, zaczyna się mówić o nim, a nie o piłkarzach. Rola gospodarza w takim programie to połączenie sędziego i dyrygenta, ponieważ poprzez dobór tematów w pewnym sensie narzucam "melodię" rozmowy - decyduję, o czym rozmawiamy i w jakich obszarach się poruszamy. Można więc powiedzieć, że to jest właśnie taka hybryda arbitra i dyrygenta. Lubię też, kiedy w programie coś się dzieje, kiedy pojawia się riposta, kiedy jest dynamika.
Powiedzmy wprost - program nie może być nudny. Ważne jest połączenie atrakcyjności retorycznej, gdzie uczestnicy spierają się ze sobą, ale bez obrażania się, przy jednoczesnym zachowaniu merytorycznego poziomu. Nie chodzi o czystą "nawalankę".
W kontekście tych "połączeń", mówiłeś kiedyś, że dziennikarz powinien stać na dwóch, a nawet trzech "nogach". W tym sensie twój kanał na YouTubie, który zresztą cieszy się ogromną popularnością, był efektem przede wszystkim ciekawości człowieka, bo polityka pozostaje jednak dość zamkniętym i w pewnym stopniu ograniczonym tematycznie obszarem, czy raczej wynikał także ze zmęczenia emocjami świata polityki?
Myślę, że dotknęłaś sedna. Zawsze byłem ciekawy ludzi, bardzo lubię rozmawiać i rzeczywiście kanał na YouTubie stał się dla mnie taką odskocznią od bieżącej polityki.
Sam fakt, że można rozmawiać nie 20 czy 30 minut, ale półtorej, dwie, a nawet trzy godziny, daje dziennikarzowi szansę na głębsze poznanie danej osoby, lepsze omówienie jakiejś sprawy, a także na to, żeby ta rozmowa nie była powierzchowna.
I absolutnie tak - w jakimś sensie czułem się ograniczony, bo moje zainteresowania są dużo szersze niż polityka. Poza tym, jeżeli ma się do czynienia z politykami, którzy często operują "przekazem dnia", to czasami wchodząc do studia, wiem, co oni powiedzą, a to bywa nużące. Dlatego chciałem zacząć rozmawiać ze sportowcami, artystami, profesorami, lekarzami, naukowcami - ludźmi, którzy mają inne spojrzenie na świat. Jest to dla mnie oddech od politycznej bieżączki.
Zwłaszcza że nie jest to polityka, z którą masz do czynienia na co dzień, więc drogi poznawania bohatera są bardzo różne - mogą wynikać z wieloletnich zainteresowań, świeżych inspiracji, ale też często wymagają sięgnięcia głębiej. I myślę, że właśnie to jest w tym najbardziej ekscytujące.
Ostatnio miałem wywiad z Robertem Lewandowskim, z którego naprawdę się cieszę. Wcześniej rozmawiałem z nim tylko raz i była to krótka, piętnastominutowa rozmowa online między Warszawą a Monachium. Nie ukrywam, że podchodziłem do tego spotkania z pewną obawą, bo nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy tête-à-tête. Obawiałem się, czy uda się nam zbudować zaufanie, które w takich sytuacjach jest kluczowe.
Chodzi o stworzenie takiego klimatu i komfortu, który pozwala rozmówcy powiedzieć rzeczy, których nie powiedział nigdzie indziej. By otworzył się na tyle, aby rozmowa miała charakter bardziej spowiedzi niż przesłuchania - przy czym to drugie częściej dotyczy polityków, a pierwsze osób spoza świata polityki. Oczywiście każda rozmowa lokuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami.

Bywa zarówno rozliczeniem się, jak i możliwością zwierzenia.
I co jest w tym niesamowite - że rozmowy na YouTubie, dzięki temu, że trwają dłużej, sprawiają, iż rozmówca w naturalny sposób się otwiera i zaczyna czuć swobodniej. Często najważniejsze kwestie pojawiają się dopiero w drugiej godzinie rozmowy albo wręcz na samym końcu.
W pewnym momencie zarówno on, jak i ja mamy poczucie, że to już nie jest wywiad, tylko rozmowa. Jakbyśmy siedzieli gdzieś w knajpie. Nikt nikogo nie dominuje, po prostu rozmawiamy jak człowiek z człowiekiem. To bardziej spotkanie niż klasyczny wywiad, bez intencji "usypiania" czy ustawiania rozmowy w określonym kierunku.
Przy dłuższej rozmowie łatwiej też "poczuć" rozmówcę i złapać z nim rytm. Kluczowe jest, żeby nie przerywać zbyt często, bo nic nie goni, nie ma presji czasu. Z drugiej strony nie może to być monolog - rozmowa musi pozostać rozmową. Trzeba więc wypracować w sobie umiejętność wejścia z pytaniem czy nowym wątkiem w odpowiednim momencie, kiedy zmienić tempo, gdy zaczyna brakować napięcia albo pojawia się znużenie. Ten czas ma ogromne znaczenie - bo kiedy go jest dużo, można naprawdę wiele zbudować.
Tak, mam wrażenie, że w pewnym momencie, gdy rozmówcy przestają odczuwać obecność kamer - zwykle mniej więcej w drugiej godzinie nagrania podcastu - dzieje się coś szczególnego. Dla widza właśnie ten moment, kiedy znika napięcie i świadomość bycia nagrywanym, staje się najbardziej interesujący. To ma w sobie coś magicznego - ten paradoks swobody dla odbiorcy, który rodzi się wraz z uczuciem zapomnienia o kamerach przez rozmówców.
Absolutnie. To rzeczywiście jest moment, w którym przekracza się pewną barierę między rozmówcą a prowadzącym. A gdy ta bariera znika, w naturalny sposób można dotrzeć głębiej do rozmówcy - on zaczyna mówić bardziej szczerze, autentycznie.
To nie oznacza jednak, że zadaniem dziennikarza jest wyłącznie dbanie o komfort rozmówcy. Oczywiście zależy mi, żeby czuł się dobrze, ale musi to być komfort wynikający z pytań, które są interesujące, a czasem także prowokacyjne. Bo uważam, że można zadać każde pytanie, kluczowe jest tylko to, w jaki sposób się je formułuje - tak, aby nie było obraźliwe, ale jednocześnie nie traciło swojej ostrości.
Teraz chyba lepiej rozumiem, co miałeś na myśli, kiedy mówiłeś, że to rozmówca jest najważniejszy. Zawsze wydawało mi się, że przecież tworzy się przede wszystkim dla widzów czy czytelników. Ale rzeczywiście, jeśli rozmówca nie czuje się w danym momencie najważniejszy, to odbiorca także tego nie poczuje. To są naczynia połączone i chyba właśnie dlatego rozmówca musi być na pierwszym miejscu.
Traktuję swoją rolę jako służebną. Nie w jakimś patetycznym wymiarze, ale po prostu uważam, że jako dziennikarz jestem po to, żeby pokazać mojego rozmówcę w możliwie jak najbardziej wszechstronny i pogłębiony sposób. Chodzi o to, aby moje pytania doprowadziły do pokazania jakim jest człowiekiem. I w tym sensie, ja nie jestem na pierwszym planie. Zawsze jestem na drugim planie i dobrze się z tym czuję.
To prawda, że bardzo wiele zależy od samego prowadzenia rozmowy. Ale w tym kontekście ciekawi mnie też twoje podejście do sztucznej inteligencji, zwłaszcza po ostatniej dyskusji wywołanej słowami Olgi Tokarczuk o korzystaniu z AI przy pracy nad tekstem. Dziś istnieje mnóstwo narzędzi pomagających przygotować się do rozmowy czy uporządkować myśli. Zastanawiam się więc, czy ty również czasem z nich korzystasz i jak patrzysz na obecność AI w pracy dziennikarza?
Nie mam tutaj żadnych tajemnic. Kilka razy zdarzyło mi się coś wrzucić do ChatGPT, ale szczerze mówiąc, poziom odpowiedzi trochę mnie rozczarował. Jeszcze bardziej rozczarowująca była późniejsza weryfikacja tych informacji. Ja absolutnie nie mam pełnego zaufania do ChatGPT. Natomiast przygotowując się do programów, korzystam przede wszystkim z klasycznych wyszukiwarek. I prawdziwą sztuką jest umiejętność odpowiedniego zadania pytań i dobrania słów kluczowych. Wszyscy wiemy, jak dziś działają algorytmy i co bywa promowane. Absolutnie nie czuję się zagrożony przez sztuczną inteligencję. Uważam, że nadal najważniejszy będzie człowiek, bo AI nie zastąpi tego, co dzieje się między dziennikarzem a rozmówcą w studiu. Nie zastąpi osobistej relacji - tego momentu, kiedy patrzysz komuś w oczy, obserwujesz jego reakcje, gestykulację, język ciała.
…słyszysz ton głosu.
Tak, i to jest coś, co w moim przekonaniu nadal pozostaje największą wartością i czego nie zastąpi ani AI, ani żaden robot. Być może kiedyś dojdzie do sytuacji, w której ludziom wystarczą awatary generowane przez AI i modele, które będą prowadzić rozmowy, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne.
Uważam, że sztuczna inteligencja jest narzędziem, które może być pomocne i użyteczne w pracy dziennikarza, być może przy pisaniu czy opracowywaniu materiałów. Jest też kwestia głosu - wiemy, że wielu artystów już go zabezpiecza, patentuje, żeby się chronić. Sam też się z tym spotykam - to jest w pewnym sensie walka z wiatrakami. Pojawiają się różne reklamy i materiały, w których ktoś wykorzystuje mój głos, ale niewiele można z tym zrobić. Natomiast myślę, że inteligentny widz dobrze rozumie, że nie sprzedaję żadnych garnków. I w tym sensie pozostaje tylko nadzieja - a właściwie przekonanie - że odbiorca potrafi to odróżnić.

I jest w stanie sam wyrobić sobie opinię i jeśli kiedykolwiek dojdzie do sytuacji, w której wystarczą nam awatary, to mam nadzieję, że nie nastąpi to za naszego życia.
Słyszałem ostatnio, że szybciej, niż się wydaje, może rozwinąć się produkcja humanoidów, czyli robotów takich jak "Edward" - i to w skali naprawdę zaskakującej, nawet w perspektywie trzech-pięciu lat. Kiedyś mówiło się o tym w kontekście dalekiej przyszłości, a dziś pojawiają się wizje bardzo konkretne: na przykład możliwość zaprojektowania takiego robota jako pracownika sklepu, który potrafiłby wykonywać proste czynności. Oczywiście wiąże się to z ryzykiem utraty miejsc pracy, ale z drugiej strony - przy obecnych problemach demograficznych - może to być dla niektórych branż jedyne rozwiązanie. To, co 40 lat temu wydawało się science fiction, dziś zaczyna się realizować na naszych oczach.
Czyli Orwell czy Huxley nie byli daleko od prawdy. Mam też refleksję, że społeczeństwo - choć wierzę w młodsze pokolenia i nie chcę brzmieć pesymistycznie - coraz częściej wyrabia sobie opinie o świecie na podstawie mediów społecznościowych, krótkich form i treści wyrwanych z kontekstu, także generowanych przez AI. W tym sensie zastanawiam się, czy klasyczna telewizja na żywo nie zyskuje dziś jeszcze większej wartości i czy jej rolą nie jest przede wszystkim dbanie o rzetelność i prawdę w przestrzeni publicznej?
Myślę, że największe bezpieczeństwo daje pluralizm. Można narzekać, i oczywiście nikt nie jest zadowolony z tego, że funkcjonuje tyle deepfake'ów i wygenerowanych materiałów, które ludzie biorą za prawdziwe.
Uważam jednak, że cenzura byłaby czymś groźnym. Po prostu nie powinniśmy ślepo wierzyć w każdą informację, tylko sprawdzać źródła. Zachowajmy nieufność i weryfikujmy. Nie jest tak, że tylko telewizja daje prawdziwe informacje - podobnie jak internet nie jest z definicji niewiarygodny. Problem dotyczy obu tych światów, także w kontekście propagandy, która istniała zawsze, tylko zmieniały się jej narzędzia i nadawcy.
Zaskakuje mnie natomiast, jak bardzo krótkie formy - kilkudziesięciosekundowe materiały czy wiralowe klipy - wpływają dziś na wyrabianie sobie opinii, także politycznych, często bez głębszej refleksji. Dlatego kluczowy wniosek jest prosty: nie powinniśmy obrażać się na rzeczywistość, tylko ją weryfikować, korzystając z wielu, często przeciwstawnych źródeł informacji. Ja sam przed wejściem do studia sprawdzam takie rzeczy bardzo dokładnie, bo łatwo popełnić błąd i powołać się na coś niepewnego.
Dziś dziennikarze polityczni funkcjonują w zupełnie innym świecie niż kiedyś - bez X-a czy innych mediów społecznościowych właściwie trudno pracować, bo to tam informacje pojawiają się najszybciej. Z drugiej strony politycy mają dziś możliwość omijania dziennikarzy - mogą komunikować się bezpośrednio z odbiorcami. Paradoksalnie jest to dla nich wygodne, bo we własnym przekazie nie muszą odpowiadać na trudne pytania, ani poddawać się konfrontacji.
Po to są takie programy jak twój - nie tylko do konfrontowania polityków, ale też dlatego, że mówi się, iż "Śniadanie Rymanowskiego" stało się naturalnym miejscem podsumowania politycznego tygodnia, czasem być może również źródłem informacji także dla osób, które na co dzień polityką się nie interesują. Tym większa jest wartość takich formatów, bo realizuje się w nich pluralizm: są emocje, są fakty, ale też naturalność i autentyczność programu na żywo.
Cieszę się z tego, zwłaszcza że świętujemy piąte urodziny programu. Dziś, przy tylu różnych możliwościach spędzania czasu, jestem szczęśliwy, że w niedzielę przedpołudniem ogląda nas pół miliona widzów.
Dlaczego ktoś, kto mógłby w tym czasie zrobić tysiące innych rzeczy, wybiera właśnie ten program? Odbieramy to jako wyraz zaufania wobec tego, co robimy jako zespół. Bo ja jestem tylko "wisienką na torcie". Za moim programem stoi cała ekipa - wydawca (Małgorzata Słomkowska), ludzie od realizacji i produkcji, którzy są niewidoczni. Ja tylko "spijam śmietankę", bo za moim sukcesem stoją "ludzie cienia".
Nasz ostatni wywiad przy okazji debiutu twojego formatu zapadł mi w pamięć również przez wspólne zamiłowanie do Dostojewskiego i pomyślałam, że to dobry moment, żeby do niego wrócić. Pisał on w listach do brata, że człowiek jest tajemnicą, którą trzeba rozwikłać, i jeśli ktoś próbuje to robić przez całe życie, nie powinien uważać tego za stracony czas. Czy właśnie ta tajemnica drugiego człowieka sprawia, że nadal cię to napędza?
I kręci. To rzeczywiście fantastyczne słowa - trudno byłoby znaleźć coś lepszego. Kiedy rozmawiasz z kimś, odkrywasz jego osobistą historię, a on dzieli się swoją "tajemnicą" - nie ma nic bardziej niezwykłego. Wtedy człowiek ma wrażenie, jakby "chwycił Pana Boga za nogi". I chyba właśnie to jest najpiękniejsze w tym zawodzie. To jest coś wyjątkowego. Nie ma większej nagrody dla dziennikarza niż moment, kiedy rozmówca mówi coś, czego nie powiedział nikomu wcześniej. Wtedy mam poczucie, że jestem w jakiś sposób obdarowany. Takie sytuacje nie zdarzają się często, ale jednak się zdarzają. I dla nich właśnie warto być dziennikarzem.















