Ilona i Milena Krawczyńskie: Wyskakałyśmy sobie tę drogę
Ilona i Milena Krawczyńskie od lat udowadniają, że siostrzany duet może być nie tylko rodziną, ale i świetnie działającą marką. W szczerej rozmowie opowiadają o wspólnej drodze - od pierwszych projektów po rolę prowadzących program "Farma". Jak dzielą między siebie obowiązki, emocje i sukces w telewizyjnym świecie? Co czeka nas w najnowszym sezonie programu?

Katarzyna Drelich, Interia: Pamiętacie moment, kiedy po raz pierwszy pomyślałyście: "dobra, od teraz jesteśmy nierozłącznym duetem"?
Ilona Krawczyńska: Wydaje mi się, że zawsze tak myślałyśmy. Pochodzimy z małej miejscowości, raczej z biedniejszej rodziny. Nasza mama wychowywała nas sama. A również przez to, że nasi dziadkowie mieszkali obok i byli dla nas bardzo bliscy, wpoili nam wiele wartości. Dziadek przede wszystkim nauczył nas pracy i szacunku do pieniądza, a babcia zawsze powtarzała, że musimy trzymać się razem.
Milena Krawczyńska: Nawet jak zdarzało nam się pokłócić, choćby o pożyczoną koszulkę, ona zawsze powtarzała jedno, nie?
Ilona: Mówiła, że co by się nie działo, kto by nie stanął na naszej drodze, to mamy pamiętać, że zawsze musimy być siebie nawzajem pewne i zawsze musicie trzymać się razem.
Milena: Koleżanka jednego dnia będzie, a drugiego może jej nie być, a ty zawsze będziesz ze mną.
Babcie jednak się nie mylą.
Ilona: Tak, nasza babcia Irenka zdecydowanie miała rację. Kiedy Milena wyprowadziła się z naszego rodzinnego Trzemeszna do Łodzi na studia, wybrała to miasto ze względu na kierunek choreograficzno-taneczny, który wtedy był dostępny tylko tam. Gdy minęły trzy lata i nagle to ja miałam się wyprowadzić na studia, byłam załamana, bo wszyscy moi znajomi jechali do bliższego i wtedy dużo ładniejszego Poznania.
Łódź wtedy, pamiętam, jeszcze się sypała. Teraz naprawdę należą się ogromne brawa Hannie Zdanowskiej, bo bardzo rozwinęła nasze miasto. Lubimy Łódź i tam chcemy mieszkać. Kiedy po maturze musiałam dokonać wyboru, zdecydowałam się właśnie na Łódź, bo Milena już tam była, a my musiałyśmy być blisko siebie. Byłam wtedy trochę załamana, ale wiedziałam, że robię to dla siostry, dla naszego duetu.
Zdecydowałaś się na dziennikarstwo.
Ilona: Studiowałam dziennikarstwo i public relations, później zaczęłam jeszcze marketing, ale z niego zrezygnowałam, ponieważ w tym czasie już rozwijałyśmy naszą firmę fitnessową. Do tego wszystkiego zaczęłyśmy pracę w 4fun.TV i było tego tyle, że studiami po prostu nie dało się pogodzić.
Ale miałam wtedy najlepszy marketing w praktyce - budowałam doświadczenie od podstaw i poznawałam pracę telewizji - bardziej niż podczas zajęć na studiach. Uważam dalej, że studia są bardzo ważne, sama je ukończyłam, ale wtedy miałam już praktykę typowo w zawodzie.

Jak to wyglądało, ten przeskok i zmiana w waszym życiu, kiedy pojawiły się Siostry ADiHD?
Milena: Mam wrażenie, że nasza cała historia jest opowieścią o tych skokach.
Ilona: Tak naprawdę, już kiedy wprowadziłam się do Mileny do Łodzi na studia, zaczęłyśmy razem pracować. Przez to, że zawsze byłyśmy raczej wyższe i szczuplejsze, dorabiałyśmy na studiach dziennych jako modelki i hostessy. Dzięki temu zbudowałyśmy sobie też świetną bazę kontaktów, jeśli chodzi o fotografów, projektantów i podobne środowiska. I kiedy nagle stworzyłyśmy firmę fitnessową, fitness na trampolinach, wszyscy oni bardzo nam pomogli.
Milena: Nie miałyśmy pieniędzy na to, żeby stworzyć stronę internetową i rozwijać wszystko w konwencjonalny sposób. A przede wszystkim wtedy powstał nasz Instagram i to jest kluczowe. To, że miałyśmy bazę właśnie w postaci Instagrama, było bardzo ważne. Dziś to dodatkowe medium marketingowe ma ogromne znaczenie. Osoba, która prowadzi jakiś program, przy okazji komunikuje wszystko u siebie i to jest ogromna wartość. Bo dobrze wiemy, że teraz to z internetu przekonujemy ludzi i sprowadzamy ich z powrotem przed telewizory, a nie odwrotnie. W tym momencie większą siłą jest internet, a nie telewizja.
I to internet, wasi fani dodają wiatru w skrzydła podczas tych zawodowych skoków wzwyż Sióstr ADiHD?
Milena: Siostry ADiHD powstały naturalnie z tego, co już wtedy robiłyśmy: eventów i jump fitnessu. Nie było tak, że najpierw chciałyśmy "zrobić coś w internecie". Już miałyśmy realną działalność, treningi, szkolenia i eventy, ale nie miałyśmy miejsca, w którym mogłybyśmy to komunikować.
Ktoś z agencji PR podpowiedział nam wtedy, żeby założyć Instagram, bo jest darmowy. W tamtym czasie to medium nie było jeszcze popularne, a influencer marketing właściwie nie istniał.
Ilona: Nie wiedziałyśmy wtedy, co w ogóle znaczy słowo "influencer" ani czym są paczki PR. Takie rzeczy po prostu jeszcze nie istniały. Kiedy zakładałyśmy konto na Instagramie, to był absolutny początek tego medium. Do dziś są z nami obserwatorzy, którzy byli przy naszych początkach. Dlatego tak bardzo nas wspierają, dodają nam skrzydeł i trzymają kciuki za każdy nasz krok. Szczerze cieszą się naszymi sukcesami, nie ma w tym zawiści. Potrafią się wzruszyć, a nawet popłakać, kiedy kupimy sobie auto albo gdzieś wyjedziemy, bo pamiętają całą naszą drogę. Pamiętają nasz start i to, jak bardzo było wtedy ciężko, a było naprawdę ciężko.
Ta naturalność i szczerość była kluczem do waszego sukcesu i zbudowania rzeszy fanów?
Milena: Nie popełniłyśmy tego błędu, żeby gonić na siłę za lajkami ani liczbą obserwujących. Nigdy nie chodziło nam o to, żeby było ich jak najwięcej, żeby coś "nabijać" czy sztucznie budować zasięgi. Nie kupowałyśmy obserwatorów, nie robiłyśmy konkursów w stylu "zaobserwuj nas", bo nie chciałyśmy przypadkowych ludzi, którzy trafiają do nas tylko dla nagród i zastanawiają się, kim jesteśmy i o co chodzi.
Zależało nam na osobach, które trafiły do nas same, z ciekawości, które pomyślały: "Zobaczę, co one robią". Nie na robieniu liczb dla samych liczb. I całe szczęście, bo dziś, kiedy jesteśmy na eventach obok bardzo dużych kont i znanych nazwisk, widzimy, że mniejsze konto wcale nie oznacza słabszego. My mamy bardzo mocną, zaangażowaną społeczność.
Ilona: Często na różnych wyjazdach i eventach okazuje się, że milionowe konta wcale nie niosą za sobą takich reakcji, emocji i zaangażowania, jakie niesie nasze konto i nasi ludzie. Bo zawsze tak o nich mówimy: "nasi ludzie".
Mamy poczucie, że oni naprawdę dodają nam skrzydeł, że ten nasz Instagram nie jest tylko medium, ale realna relacja. Czasem same śmiejemy się z naszych własnych, trochę specyficznie żartobliwych tekstów i sposobu bycia, ale ludzie to kochają.
Kiedy pytasz o ten "skok", to faktycznie wszystko się wokół niego kręci. Skakałyśmy na trampolinach i dosłownie wyskakałyśmy sobie tę drogę. To był nasz pierwszy realny sukces, moment, w którym firma zaczęła się rozwijać i w którym zaczęłyśmy faktycznie zarabiać. Zaczęło nam wystarczać na normalne życie: na czynsz, na codzienny obiad, na poczucie stabilności. To był dla nas ogromny życiowy przeskok. A patrząc na to, w jakim miejscu jesteśmy dziś, można powiedzieć, że to już był prawdziwy skok milowy.
Milena: No rzeczywiście w tym życiu trochę się naskakałyśmy.
Pierwszym "przeskokiem" milowym był 2014 rok. Jak wyglądały pierwsze odczuwalne sukcesy, gdy kariera zaczęła nabierać tempa?
Ilona: To wszystko wydarzyło się zupełnie przypadkiem. Zawsze byłam raczej chłopczycą - chodziłam bez makijażu, w dresie. Do dziś mam w sobie dużo takiej męskiej energii, jeżdżę na motocyklach - taka po prostu jestem. Przez zbieg okoliczności trafiłam do konkursu Miss Ziemi Łódzkiej i go wygrałam. W związku z tym awansowałam dalej i musiałam reprezentować województwo w konkursie ogólnopolskim. Bardzo się tego wstydziłam. Nikomu się nie przyznałam i przepłakałam tydzień w domu, bo patrzyłam na ten konkurs bardzo stereotypowo. Skoro jednak musiałam iść dalej, poszłam i wtedy o sto osiemdziesiąt stopni zmieniłam spojrzenie. Poznałam ludzi, którzy ten konkurs tworzą, i zobaczyłam, jak bardzo zależy im na dziewczynach - na ich rozwoju, rozmowie, pasjach, szkoleniach i realnym otwieraniu drzwi.
Podczas gali nie patrzyłam na koronę, tylko na prowadzących: Krzysztofa Ibisza, Paulinę Sykut. Pomyślałam wtedy, że kocham scenę, ludzi, kamerę - i że o tym marzę. Od tamtej pory rok w rok prowadziłam regionalne gale Miss Ziemi Łódzkiej i Miss Nastolatek, szlifując warsztat konferansjerski na żywo, co pokochałam.
Jestem ogromnie wdzięczna Gosi, regionalnej organizatorce, która mi zaufała, mimo że mogła wybrać bardziej doświadczone osoby. Przez lata Gerard Porzutkowo-Lipiński, główny organizator Miss Polski, walczył o to, żebym poprowadziła galę w Polsacie. Telewizja odmawiała z powodu kontraktów, aż w końcu zgodziła się na prowadzenie backstage. Moja energia i znajomość konkursu spodobały się, co otworzyło drogę do Miss Polski Nastolatek w Super Polsacie, później Miss Polski, a następnie projektów "Farma" i "Taniec z Gwiazdami".
Milena, kiedy dołączyłaś do "Farmy", czy poczułyście wtedy, że jesteście razem na telewizyjnym piedestale?
Milena: To na pewno było ważne, bo w naszym duecie internetowym zawsze byłyśmy razem. Kiedy Ilona zaczęła prowadzić "Farmę", też byłam często obecna na planie i już wcześniej świetnie się tam czułam. Ilona zawsze mówi w wywiadach o tym, że wystarczy, że spojrzymy na siebie, i od razu wiemy, o czym myślimy, mamy to samo w głowie. To bardzo ułatwia pracę, bo nie musimy ustalać wszystkiego krok po kroku. Ja wiem, do czego ona dąży, a z kolei ona wie, że jeśli coś mnie rozśmieszy, to ona w środku też się śmieje i zaraz będzie koniec.
Ilona: Najważniejsze jest to, żebyśmy w pewnych momentach nie patrzyły na siebie. To koniec świata, jeśli się to zdarzy - wystarczy, że widzę, że jej nozdrza się lekko rozszerzyły, i od razu wiem, że umiera ze śmiechu.
Ale w gruncie rzeczy to ciężka praca, bo nie jesteśmy tam z aktorami, tylko z prawdziwymi ludźmi. Kiedy dołączyłam do "Farmy"", nasi fani też oszaleli - poza tym zawsze śmiali się, że jestem taka naturalna w emocjach. Jeśli coś mnie zaskoczy, widać to po mojej twarzy.
Ale brakowało wam siebie przez ten czas, zanim Milena dołączyła do ekipy "Farmy"?
Ilona: Trzeba przyznać, że na początku nasze rozdzielenie było naturalne. Moja siostra została mamą, potem drugi raz - więc oczywiste było, że ja zaczęłam robić inne rzeczy. Nie siedziałam z nią w domu przy dzieciach, choć pomagałam - ściągałam pokarm, mroziłam liście kapusty, którymi okładała piersi. Jesteśmy bardzo blisko, więc mam też świetny kontakt z moimi siostrzeńcami. Kochamy się bardzo mocno. To naturalne, że Milena poświęciła się macierzyństwu, bo dzieci są dla niej najważniejsze, a ja w tym czasie zaczęłam działać w telewizji.
Milena: Ale piękne jest to, że ciągniemy siebie nawzajem. Kiedy przyjechałam pierwsza do Łodzi, udało mi się trochę przetrzeć szlak. Już miałam agencję modelek, znałam ludzi, więc kiedy moja młodsza siostra przyjechała, naturalną rzeczą było to, że do mnie dołączy Później, kiedy pojawiła się "Farma" i Marcelinka była w ciąży, dla wszystkich było naturalne, że dołączę.
Ilona: Fani znali Milenę z internetu, produkcja też wiedziała o naszym duecie. Kiedy nadszedł moment, naturalnie padło na moją siostrę.
Milena: Pamiętam, że wtedy byłam w kamperze z dziećmi i dostałam telefon: - Milena, wchodzisz w czwartą edycję "Farmy". Byłam fanem programu i znałam format doskonale. Jak przyjechałam na plan, od razu się wczułam. Analizowałam każdy pojedynek, wiedziałam, co się dzieje. Teraz same często tworzymy teksty, zmieniamy pojedynki - produkcja bywa w szoku, bo zwykle prowadzący odczytują gotowe scenariusze. A my siedzimy z producentami, planujemy, tworzymy.

Czyli macie realny wpływ na to, jak toczy się scenariusz programu?
Ilona: Wiele spraw rozwiązałyśmy wspólnie - technicznie i organizacyjnie. Jesteśmy zgranym duetem, wcześniej już razem tańczyłyśmy, tworzyłyśmy projekty i dlatego wiem, że myślimy podobnie. Produkcja nam ufa, bo jesteśmy fair. Widz nie wie, ile pracy stoi za programem. Nie jesteśmy aktorami, uczestnicy nimi nie są - za całym przedsięwzięciem stoi ogromna ekipa. Bronimy też uczestników. Jeśli granice w internetowych komentarzach wobec nich są przekraczane, kontaktujemy się z Polsatem. Bo przecież program ma dwa etapy: samo nagrywanie i emisja.
Milena: Uczestnicy dopiero po czasie widzą siebie i reakcje widzów - to dla nich trudne. Widz nigdy nie wczuje się w pełni w rolę uczestnika - oni są zmęczeni, zestresowani, głodni, stale pod okiem kamer. Zdarza się, że na uczestników wylewa się hejt. Ale łatwo jest oceniać z kanapy, trudniej zmierzyć się z tym, czym mierzą się uczestnicy.
Ilona: To jest naprawdę trudny program, ludzie są zmęczeni, tęsknią za rodziną. I niestety, ale zdarzają się koszmarne komentarze pod kątem uczestników. Chętnie wpuściłabym tych hejterów na dwa dni do programu i zobaczyła, jak oni by się zachowali.
Milena: Ale fascynujące jest obserwować przemiany uczestników i ich reakcje w trudnych sytuacjach. W tej edycji w drugim tygodniu pojawi się załamanie, więc potrzebne jest wsparcie i rozmowy. Trzeba pokazać uczestnikom, że sojusz to wsparcie i więź, nie tylko wspólne głosowanie. Widzowie nie zrozumieją, co uczestnicy przeżyli. Tylko oni wiedzą, jak trudne to było.
Ilona: No i nagrywamy ciągiem od poniedziałku do piątku, a dla widza wygląda to inaczej - trzeba tłumaczyć, że uczestnicy nie odpoczywają w weekendy.
A prywatnie, co was najbardziej zaskoczyło, gdy zaczęłyście prowadzić Farmę?
Ilona: Na pewno nie zaskoczyło mnie to, że mam być "złym policjantem". Jestem pozytywnym, otwartym człowiekiem, ale też bardzo stanowczym. Jako prowadzącej, łatwo mi coś konkretnie powiedzieć.
Milena: Wiedziałyśmy, z czym się mierzymy - że to praca z ogromną produkcją.
Ilona: To tak naprawdę przeprowadzka, poświęcenie dwóch miesięcy na stworzenie formatu, rezygnacja z wszystkiego innego. Jednak najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie team, z którym tworzymy program. Produkcja liczy kilkadziesiąt osób - reżyserzy, producenci, ludzie od światła, operatorzy, dźwiękowcy. Spędzamy razem całe dwa miesiące, jemy, pracujemy, jesteśmy jak rodzina. Wspieramy się tak mocno, że po każdym ostatnim dniu nagrań chodzimy po planie i ryczymy ze wzruszenia. Kiedy jedziemy na ramówkę Polsatu, pierwsze, co robimy, to witamy się z całą ekipą. To naprawdę buduje więź i sprawia, że praca na planie jest wyjątkowa.
Milena: Mnie z kolei zaskoczyło to, że kiedyś - też jako widz - myślałam, że "Farma" to program o gospodarstwie. A to wcale nie jest program o tym, tylko o ludzkiej psychice. O tym, co dzieje się z człowiekiem w trudnych warunkach, pod presją i w zmęczeniu. I myślę, że to właśnie najbardziej ciekawi widzów.
Kiedy ktoś mówi, że jest za dużo emocji czy spisków, trzeba pamiętać, że to reality show i uczestnicy chcą przetrwać - pokazujemy proces. Uczestnicy naprawdę pracują przy zwierzętach, ale oprócz tego budują relacje, wchodzą w konflikty, podejmują decyzje. Jeśli ktoś kogoś nominuje, widz musi wiedzieć dlaczego. Musimy pokazać przyczynę i skutek.
Ilona: Jako produkcja odpowiadamy też na potrzeby widzów. Pamiętam, że po trzeciej edycji pojawiły się głosy, że było za mało zwierząt. A zwierząt było dużo. Tyle że uczestnicy podczas obrządku nie rozmawiali - skupiali się na pracy. Pokazaliśmy przebitki: dojenie, sprzątanie, karmienie. A gdybyśmy pokazali wyłącznie to, widz nie zrozumiałby później, dlaczego ktoś kogoś nominuje, skąd biorą się konflikty, czemu ktoś z kimś nie rozmawia.
Co nowego czeka nas w tej edycji?
Ilona: W tej edycji jest naprawdę dużo zwierząt, a do tego pojawiły się nowe - mamy świnki. Nigdy wcześniej ich nie było i to było spore zaskoczenie, bo okazuje się, że wokół świń jest najwięcej restrykcji. Jest wyznaczona jedna osoba do opieki, specjalne kombinezony, maty dezynfekcyjne - nawet my jako prowadzące musiałyśmy się do tego stosować. Na planie padało hasło "świnie na plan" i szłyśmy dumnie, że jesteśmy w gotowości.
Milena: Mamy do tego ogromny dystans. Często żartujemy, że wszędzie zrobimy "wiochę", ale mówimy to z czułością i sympatią. Pochodzimy z małej miejscowości, cenimy prostotę i normalność. W świecie show-biznesu to wcale nie jest takie oczywiste. Dla nas to komplement - że jesteśmy szczere, bez zadęcia, prawdziwe.

Chcecie pokazać w telewizji coś, czego być może widzowie o was nie wiedzą?
Milena: Trzeba przyznać, że na farmie nie jesteśmy do końca sobą - przynajmniej nie w tej wersji, którą widać w social mediach. Na co dzień jesteśmy energiczne, uśmiechnięte, bardzo otwarte na ludzi. A tam? Tam jesteśmy konkretne, poważne, momentami chłodne.
Ilona: Bo jak mamy wchodzić w podskokach i śmiać się, wiedząc, że ktoś zaraz nie dostanie jedzenia i jest wykończony? Naszą rolą jest przekazywać decyzje i informacje - nie zawsze przyjemne - i nie możemy ich "rozmiękczać" uśmiechem. Tym bardziej że program trwa coraz dłużej: pierwsza edycja miała 30 dni, kolejne 40, a ta prawie dwa miesiące. Spróbuj wytrzymać tyle czasu w takich warunkach. Wchodzimy tam umyte, uczesane, pachnące, a oni są po 30-50 dniach walki, zmęczeni, niewyspani, głodni.
Milena: Część zna nas z internetu i zdarzało się, że mówili: "W sieci są takie miłe, a tutaj takie surowe". Ale to jest kwestia szacunku do ich sytuacji. To nie jest format, w którym prowadzące mają być rozchichotane.
Czyli bywa nawet trudniej, niż na ekranie?
Ilona: Do tego dochodzą realne warunki. Ostatnie lato było zimne i deszczowe. Wyobraź sobie, że śpisz w trudnych warunkach, budzisz się w chłodzie, wszystko jest mokre, a ty masz się umyć wodą ze studni i iść dalej walczyć. Prysznic staje się luksusem, a możliwość chwili dla siebie - czymś ogromnym. I to jest coś, czego często widz nie widzi.
Milena: Bo "Farma" to nie jest program o gospodarstwie. To program o ludzkiej głowie. O tym, co się dzieje z człowiekiem w izolacji, zmęczeniu, pod presją kamer i relacji. To nie jest wyreżyserowane - to obserwacja. Kamera stoi i rejestruje. A my z bliska widzimy, jak bardzo to jest psychologiczny eksperyment.
Jak odczułyście ten przeskok do show-biznesu i bycia "na świeczniku"? Czy to przyszło naturalnie, czy jednak musiałyście nauczyć się z tym radzić - prywatnie i psychicznie?
Ilona: Szczerze, nie było takiego momentu, że nagle znalazłyśmy się w jakimś dziwnym kołowrotku show-biznesu, na wszystkich świecznikach. To przyszło stopniowo. Bardziej odczułyśmy intensywność - tempo pracy, większe zainteresowanie, więcej obowiązków - niż sam fakt "bycia znanymi".
Milena: Uwielbiamy tę intensywność. Im więcej się dzieje, tym lepiej funkcjonujemy - odnajdujemy się w pędzie, wyjazdach, napiętym grafiku. Paradoksalnie, kiedy pojawia się luka i moment luzu, wtedy dopiero dopada nas choroba - jakby organizm wiedział, że wreszcie może "odpuścić". Zawsze po zakończeniu dużego projektu przychodzi lekki zjazd.
Ilona: Jeśli chodzi o popularność, to przede wszystkim czujemy się znane z internetu, nie z telewizji. Mamy tam swoją społeczność, swoich ludzi. A kto nas zna z Instagrama, ten wie, jakie naprawdę jesteśmy - z dystansem, energią i dużą dawką luzu.
Milena: Największą moc zbudowałyśmy w internecie i to tam mamy swoją społeczność. Telewizja nie była dla nas momentem typu: "Ilona, jutro budzimy się w innej rzeczywistości". Jeśli już coś się zmieniało, to była to ewolucja, nie rewolucja - skoki, ale falowe, stopniowe.
Ilona: Szczerze mówiąc, ja nawet nie odczuwam jakiejś szczególnej "popularności telewizyjnej". Sporadycznie ktoś powie: "o, pani z Farmy", ale to nie jest tak, że ludzie kojarzą mnie wyłącznie z telewizji. Najczęściej to działa całościowo - ktoś zna nas z internetu i przy okazji ogląda "Farmę". To raczej przenikanie się światów niż nagły efekt wow.
W skrócie: "Farma" to efekt, nie początek waszej drogi.
Milena: To bez dwóch zdań - kochamy tworzyć ten program i naprawdę mamy nadzieję na kolejną edycję. To, co nas cieszy, to że produkcja traktuje nas poważnie, jako osoby współtworzące program, a nie tylko "ładne twarze". Mamy face call'e, rozmawiamy o pomysłach na sezon, zmieniamy scenariusze i czasem wywracamy pojedynek do góry nogami.
Ilona: Przed pojedynkami wszystko dokładnie mierzymy i sprawdzamy, dopóki nie jesteśmy pewne, że jest fair i bezpiecznie. Produkcyjnie musimy przewidzieć każdy możliwy scenariusz - uczestnicy nie są aktorami, więc mogą zaskoczyć. Czasem zaczynamy później, bo wszystko trzeba dokładnie przegadać, przygotować backupowe rozwiązania, sprawdzić sprzęt. Kochamy też zagadki i zawsze dzielimy się rolami w pojedynkach: jedna od siłowych zadań, druga od precyzyjnych.

Rozumiecie się bez słów?
Ilona: Milenę znam ą całe życie, myślimy i działamy podobnie, reagujemy tak samo. Dlatego nasza współpraca jest naturalna i wyjątkowa, reagujemy i rozumiemy się bez słów, co sprawia, że współpraca jest wyjątkowa.
Milena: Poza tym, biznesowo nie jesteśmy związane tylko z "Farmą", każda z nas ma swoje kampanie i projekty. Kiedy nagrywamy program, musimy umiejętnie łączyć to z innymi obowiązkami - Rada Farmy zajmuje godzinę, potem wracamy do swoich działań. To pozwala nam funkcjonować równocześnie w show-biznesie i przy "Farmie". W trakcie pracy mamy też momenty relaksu - pikniki, wspólne spacery, lumpeksy - co pozwala nam zachować balans między intensywnym planem a życiem prywatnym. Ale fakt faktem, że nieustannie gramy do jednej bramki.
Czy waszym zdaniem sukces smakuje lepiej, kiedy dochodzi się do niego nie tylko ciężką pracą, ale przede wszystkim w duecie?
Ilona: My pozwalamy sobie na radość i dziecięce emocje. Mam wrażenie, że wiele osób w show-biznesie szybko zakłada maskę: "to normalne, nic wielkiego". A to wcale nie jest normalne. Ja naprawdę cieszę się z takich rzeczy. Rok temu kupiłam Porsche - do dziś brzmi to dla mnie jak abstrakcja. Nagrałam rolkę z odbioru auta i okazało się, że ludzie… płakali ze wzruszenia razem ze mną. Zadzwoniła do mnie przyjaciółka psycholog i powiedziała: "Jesteś jedyną osobą, którą znam, przy której ludzie zamiast zazdrościć sukcesu, cieszą się nim razem z tobą". I to jest właśnie ta różnica.
Milena: Chodzi o te małe kroki i o docenianie. Dziadek nauczył nas szacunku do pieniędzy. Jako małe dziewczynki sprzedawałyśmy z nim warzywa na targu, miód z pasieki, zbierałyśmy jabłka, maliny, ogórki. Pamiętamy, jak to jest naprawdę pracować - i bardzo lubimy do tego wracać we wspomnieniach.
Może dlatego dziś wciąż potrafimy się cieszyć z rzeczy, które dla kogoś są "normalne". Kiedy zdarzyło nam się podróżować biznes klasą, spojrzałyśmy na siebie z niedowierzaniem i zbiłyśmy piątkę z myślą: "Niemożliwe, że to się dzieje". Dalej mamy w sobie to niedowierzanie i wdzięczność. I chyba łatwiej nam to przeżywać, bo jesteśmy we dwie - jesteśmy dla siebie lustrem i dokładnie wiemy, co ta druga czuje.
Zwierzęta czują więcej, niż nam się wydaje. Obserwują, zapamiętują i potrafią odwzajemniać emocje. Zajrzyj do ich świata i przekonaj się, jak niezwykłe potrafią być codzienne relacje człowieka i zwierzęcia. Więcej na styl.interia.pl/zwierzęta













