Magdalena Samozwaniec: "Madam Chic" i "jedyna satyryczka w Polsce"
Była wnuczką Juliusza Kossaka i siostrą samej Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Nie czuła jednak presji i poszła swoją drogą, która szybko pozwoliła jej zasłużyć sobie na miano "jedynej satyryczki w Polsce". Magdalena Samozwaniec do końca tworzyła, kochała i niczego nie żałowała.

Magdalena Anna Samozwaniec, z domu Kossak, primo voto Starzewska, secundo voto Niewidowska urodziła się 26 lipca 1894 roku w Krakowie. Była wnuczką samego Juliusza Kossaka, córką Wojciecha Kossaka i Marii Kisielnickiej, siostrą Jerzego Kossaka oraz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, o której napisała zresztą książkę pt. "Zalotnica niebieska". Jej stryjeczną siostrą była Zofia Kossak-Szczucka.
Mała Magda była książkowym przykładem "córeczki tatusia".
"W domu mówiło się, że jej starsza siostra Lilka (tak nazywano w domu Marię Pawlikowską-Jasnorzewską - przyp. autorki) jest matki, a ona ojca, bo byli z tej samej gliny. Może dlatego, że żyli z ojcem tak, jakby każda minuta, naprawdę każda, była im podawana niczym eklerka w Ritzu. A oni natychmiast musieli ją zjeść. Caluteńką - pisze Violetta Ozminkowski w książce "Humorystki. Kobiety, które uczyły nas śmiechu".
"Dla niego zawsze była najważniejsza. On też był dla niej wszystkim, nigdy nie zapomni, jak w dzień śmierci rozcieńczała mu farby olejem lnianym. Rozpłakał się. Nie mógł już utrzymać palety - pisze o ostatnich, wspólnych chwilach córki i ojca Ozminkowski.
Magdalena uczyła się wyłącznie w domu, biegle władała językami obcymi - niemieckim, angielskim i francuskim. Jej rodzice wywodzili się ze szlachty, ich krakowski dworek, Kossakówka, był miejscem częstych spotkań osób ze środowiska artystycznego. Gośćmi w domu Kossaków bywali m.in. Henryk Sienkiewicz, Ignacy Jan Paderewski czy Wincenty Lutosławski. Magdalena była więc w jakimś sensie skazana na sukces.
W 1908 roku zadebiutowała literacko humoreską "Wyjazd mamy do miasta", opublikowaną w "Nowinach Krakowskich". W latach 1917-1919 uczęszczała do Szkoły Sztuk Pięknych Marii Niedzielskiej w Krakowie, a w okresie od 1919 do 1921 roku prowadziła pracownię batikarstwa. Była piękną kobietą.
"Sam jej widok przyprawiał o zawrót głowy facetów w Krakowie. Huk łamanych serc słychać było nie tylko w Kossakówce, ale też w Warszawie, a nawet we Lwowie - czytamy w "Humorystkach".
Zobacz również: Stefania Grodzieńska: "Te wszystkie idiotki w felietonach to ja"
Magdalena Samozwaniec: Narodziny humorystki
Pierwszym sukcesem literackim Magdaleny Samozwaniec była, wydana w 1922 roku w Krakowie, satyryczna parodia "Trędowatej" pod tytułem "Na ustach grzechu", napisana (podobno) wspólnie z siostrą i jej mężem, Janem Gwalbertem Henrykiem Pawlikowskim. To możliwe, bo siostra Magdaleny, Lilka, znana była ze swojego wyjątkowego poczucia humoru. Ojciec pożyczył Magdalenie pieniądze na wydanie "Trędowatej" i, ku zaskoczeniu całej rodziny, ta szybko oddała dług z nawiązką.
Od 1923 roku publikowała liczne utwory satyryczne w takich czasopismach jak m.in.: "Pani", "Cyrulik Warszawski", "Bluszcz", "Tygodnik Ilustrowany", "Naokoło Świata" i "Tęcza". Była prekursorką wyjazdowych spotkań z czytelnikami, znanych nam dziś jako wieczorki autorskie. Brała w nich udział aż do śmierci.
W 1933 roku wydała kolejny bestseller, "Wielki szlem" i zyskała miano "jedynej satyryczki w Polsce". W latach 1934 - 1936 występowała w kabaretach poznańskich. W 1944 roku opublikowała konspiracyjnie "Fraszki".
Po wojnie publikowała swoje utwory w takich czasopismach jak: "Przekrój", "Szpilki", "Dziennik Polski", "Trybuna Robotnicza" czy "Kocynder". W 1946 roku opuściła Kraków i zamieszkała na stałe w Warszawie. W 1956 roku ukazał się jej trzeci bestseller, wspomnienia o siostrze, pt. "Maria i Magdalena".
Siostrzana miłość
"Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy. Biłyśmy się, rzucałyśmy w siebie książkami, a potem przepraszałyśmy, i to nie jako smarkule. Ale dorosłe kobiety. Jak któraś drugą porządnie uderzyła, dokuczyła, to czym prędzej szła do miasta i kupowała jej prezent, żeby przebłagać, przeprosić. Pogodzone znowu płakałyśmy z rozczulenia, jak dwie wariatki…" - tak Magdalena Samozwaniec wspominała w "Polskim Radiu" swoją siostrę.
"Bywa, że siostry się nie lubią, nie utrzymują kontaktu, są z innej gliny. One są z tej samej. Istnieje między nimi niewidzialna więź, wyczuwają swoje nastroje, choroby i zagrożenia na odległość" - pisze Ozminkowski w "Humorystkach".
"Była istotą z krwi gorącej i cienkich kości, i kobiecego ciała, które tylko pragnęło kochać. A jednak… była przy tym i nimfą grecką, i najadą, i sylfidą, i piękną czarownicą, którą wciąż spotykały niezwykłe przygody" - pisała Magdalena Samozwaniec w "Zalotnicy niebieskiej", którą poświęciła ukochanej siostrze.
Magdalena nie tylko kochała Marię, ona ją podziwiała. O śmierci swojej Lilki usłyszała w radiu. Postanowiła pójść na dworzec i rzucić się pod pociąg. Gdy była tuż tuż, zobaczyła swojego ukochanego, Zygmunta, który podbiegł do niej i głośno zapłakał.
"Nie jesteś sama, masz mnie, ja się z tobą ożenię! - wykrzyczał w końcu, ratując Magdalenie życie.
Magdalena przeżyła Marię o 27 lat.
Magdalena i Zygmunt: Miłość jak z filmu
Magdalena poznała Zygmunta Niewidowskiego w 1942 roku, w dość oryginalnych okolicznościach. Pracował w lombardzie, do którego przyszła zastawić buty narciarskie. Od razu zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Niby przeciętna, drobna, ale jednocześnie zbyt elegancko ubrana, jak na okoliczności - rzadko spotykało się wtedy w Krakowie kobiety w tak dobrze skrojonych kostiumach. Miała jednak w sobie "to coś" i Zygmunt nie był w stanie oderwać od niej wzroku. "Madam Chic" - pomyślał i już wiedział, że wyceni buty absurdalnie wysoko, by "Madam" wróciła jeszcze do lombardu.
Nie wróciła, ale ich kolejne spotkanie miało miejsce szybko i w jeszcze bardziej absurdalnych okolicznościach. Magdalena była wtedy już matką dwudziestoletniej Teresy, której ojcem był pierwszy mąż humorystki, dyplomata Jan Starzewski. Pewnego dnia córka, z którą miała trudną, zdystansowaną relację, przyprowadziła do domu narzeczonego. W drzwiach stanął nie kto inny, ale Zygmunt, młodzieniec z lombardu.
"Myślał, że wejdzie do rodziny Kossaków, poślubiając Teresę, która, nawiasem mówiąc, nie była wybranką jego serca. Ale zamiast starszej pani, którą spodziewał się spotkać (Teresa niewiele mówiła o matce, więc tak ją sobie wyobrażał), zobaczył ponętną nieznajomą, która go odwiedziła kilka dni temu" - pisze Ozminkowski.
Nic nie było w stanie powstrzymać tej miłości. Para pobrała się w 1945 roku i choć nie byli w tym związku tylko we dwoje, przetrwali.
"W ich małżeństwie wszystkie okna od początku były pootwierane. Lubili ten przeciąg. Często łapała się na myśli, że nie dałaby rady, gdyby codziennie zawracał jej głowę swoimi problemami, gdyby zachowywali się jak misie-pysie, które spijają sobie z dzióbków. [...] Niech się wyszaleje, jest młodszy o dwadzieścia lat. Ona również sobie niczego nie żałowała w jego wieku. Teraz zresztą też. Potrafi zakochać się w plecach mężczyzny, zanim jeszcze dowie się, jak ma na imię" - pisze Violetta Ozminkowski w książce "Humorystki. Kobiety, które uczyły nas śmiechu".
Magdalena i Zygmunt byli razem przez trzy dekady. Mąż czule opiekował się żoną, gdy ta zachorowała, pomagała mu w tym zatrudniona pielęgniarka, Niusia. Pięć lat po śmierci Magdaleny, została jego żoną.
Magdalena Samozwaniec zmarła 20 października 1972 roku w Warszawie. Została pochowana na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera A33-1-3)[6].








