Maria Pakulnis: "Jak się urodziłam, to już byłam stara"
Naznaczyło ją ciężkie dzieciństwo, burzliwa miłość, strata i żałoba. Niezapomniana Barbarka z "Doliny Issy" i Hanna z kinowego hitu "Johnny" to właśnie w aktorstwie znalazła schronienie. Dziś Maria Pakulnis oswaja demony, pomagając innym.

Maria Jolanta Pakulnis-Zaleska urodziła się 2 lipca 1956 roku w Giżycku jako córka Polaków, którzy emigrowali z Litwy. Nie mogła liczyć na szczęśliwe dzieciństwo - ojciec, zesłany kilka lat wcześniej na Sybir, żył w ciągłym strachu, a traumy leczył alkoholem. Matka, przerażona, chorowita i cierpiąca na depresję, nie umiała zająć się dziećmi. W domu panoszyła się bieda, a nawet głód. Maria wiedziała, że może liczyć tylko na siebie i od wczesnych lat wyróżniała się silnym charakterem i determinacją.
- "Moje dzieciństwo tkwi we mnie jak zadra. Nie rozliczyłam się z nim. Od dziecka wiodłam samotne i dorosłe życie" - powiedziała w wywiadzie dla magazynu "Gala".
Maria stroniła od towarzystwa rówieśników, była zamknięta w sobie, a nawet lekko zahukana. To się zmieniło, gdy dołączyła do drużyny łyżwiarek, z którą zdobyła nawet w sztafecie wicemistrzostwo Polski. Uwierzyła w siebie, nawiązała przyjaźnie i zaczęła powoli wychodzić ze swojej skorupy.

Maria Pakulnis: "Jak się urodziłam, to już byłam stara"
Maria Pakulnis nigdy nie marzyła o występach na scenie - była nieśmiała, paraliżowała ją trema, a problemy w domu zmusiły ją do wybrania ścieżki, która pozwalała na szybkie usamodzielnienie. Zdecydowała się na liceum pielęgniarskie, ale nauczycielka polskiego namówiła ją, by spróbowała sił w aktorstwie. Pakulnis rozpoczęła więc studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie - zachwyciła komisję, otrzymała stypendium oraz miejsce w akademiku i, jak przyznała po latach, dosłownie "urodziła się na nowo". Studia ukończyła w 1980 roku.
Swoją przygodę z filmem Maria Pakulnis rozpoczęła rolą w obrazie "Dolina Issy" (1982) w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Za występ w "Jeziorze Bodeńskim" trzy lata później otrzymała Złote Lwy na Festiwalu Filmów Fabularnych. Nagroda otworzyła jej wiele drzwi, ale pierwsze role dość szybko ją "zaszufladkowały".
- "Już w szkole grałam podstoliny, a nigdy nie amantki. Mnie się wydaje, że jak się urodziłam, to już byłam stara, miałam starego ducha. Nie miałam takiej frywolności. Nie wiem, taka się po prostu urodziłam" - mówiła w wywiadzie dla Dzień Dobry TVN.
W 1985 roku Pakulnis zagrała w "Bez końca" Krzysztofa Kieślowskiego i w "Zygfrydzie" Andrzeja Domalika. Dla wielu fanów jest też wciąż Nadieżdą Tumską z "Ekstradycji" - kobietą silną i wręcz niebezpieczną. Taki obraz jej osoby będzie się ciągnął za aktorką latami. W środowisku filmowym zaczęły krążyć plotki, że Pakulnis ma trudny charakter, jest konfliktowa, a współpraca z nią jest wymagająca. To spowodowało brak interesujących propozycji zawodowych.
- "To absolutna bzdura, ale ta opinia powodowała kłopoty zawodowe" - wspominała w "Gali".

Zobacz również: Anna Chodakowska: "Zwierzęta lepiej działają na mnie niż ludzie"
Maria Pakulnis: Najbardziej ceni sobie spokój
Maria Pakulnis była jeszcze w szkole teatralnej, gdy poznała Marka Grzesińskiego, starszego od niej o siedem lat reżysera. Była zdziwiona, że mężczyzna zwrócił uwag właśnie na nią - zakompleksioną i schowaną za bardziej atrakcyjnymi aktorkami. Ich uczucie wybuchło z ogromną siłą, ale związek był błędem - Grzesiński nie myślał o stabilizacji, a na pierwszym miejscu stawiał pracę.
Złamane serce aktorka uleczyła u boku Krzysztofa Zaleskiego, kolegi z branży. Był on wprawdzie wtedy żonaty z aktorką Krystyną Wachelko-Zaleską, ale niewiele łączyło go już z żoną. Maria i Krzysztof byli za to bratnimi duszami - potrafili godzinami rozmawiać o sztuce i mieli mnóstwo wspólnych zainteresowań. Zaleski poprosił więc żonę o rozwód i w 1984 roku ożenił się z Pakulnis. Sześć lat później na świat przyszedł ich ukochany syn, Jan.
Ta miłość miała swoje wzloty i upadki - małżonkowie często się kłócili, a Zaleski wyprowadził się nawet z domu i związał z inną kobietą. Miłość była jednak silniejsza - Maria i Krzysztof postanowili o siebie zawalczyć i uratowali małżeństwo. Na drodze do szczęścia stanęła im jednak choroba - u Krzysztofa wykryto raka mózgu i, mimo szybkiej interwencji lekarskiej, zmarł.
Po jego śmierci Pakulnis wyznała, że był najważniejszym człowiekiem w jej życiu zarówno prywatnym, jak i zawodowym.
- "Mogę go nazwać swoim mistrzem" - powiedziała w wywiadzie dla Polskiego Radia.

W latach 80. i 90. Maria Pakulnis pojawiła się w takich produkcjach jak: "Dekalog III", "Pajęczarki", "Fitness Club", "Na wspólnej", "Niania", "Miłość nad rozlewiskiem", "Prawo Agaty", "Planeta singli" czy "Ojciec Mateusz". Aktorka nigdy nie zabiegała jednak szczególnie o te role - zawsze najważniejszy był dla niej teatr. Występowała na scenach Teatru Współczesnego, Teatru Dramatycznego czy Teatru Ateneum w Warszawie. Wystąpiła w około pięćdziesięciu sztukach, wielokrotnie próbowała też swoich sił w dubbingu. Pakulnis jest laureatką takich nagród jak m.in.: Brązowe Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku i Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego. Odbiła także swoją dłoń na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach. W 2020 roku bardzo ciepło przyjęto jej rolę w serialu "Osiecka", w którym zagrała matkę poetki.
Maria Pakulnis nie goni za karierą i sukcesami, bo ponad wszystko ceni sobie spokój. Po śmierci męża zaczęła ćwiczyć, medytować i skupiła się na opiece nad dwoma ukochanymi kotami, Fiodorem i Wierą i pracą w ogrodzie. Z wielką radością przyjęła jednak propozycję roli Hanny w hitowym "Johnnym" Daniela Jaroszka. Film przyniósł jej pierwszego w karierze "polskiego Oscara" - prestiżowego Orła, którego otrzymała w 2023 roku. W tym samym roku ukazała się książka "Moja nitka", którą aktorka napisała wspólnie z Dorotą Wodecką. To efekt trudnej podróży w miejsca, do których nie chce się wracać pamięcią, w których rządzą mroczne obrazy trudnego dzieciństwa, straty i żałoby.

Dziś aktorka z pasją łączy pracę artystyczną z zaangażowaniem w promowanie kultury obywatelskiej i społecznej odpowiedzialności sztuki. Angażuje się w projekty teatralne i społeczne, takie jak "Zespół kruchości", poruszający problematykę relacji między pokoleniami.
- "W filmie "Dolina Issy", pierwszym, w jakim zagrałam, jeden z bohaterów zastanawia się, dlaczego innym jest dobrze, a jemu nie. I odpowiada sobie, że "być może każdemu dano taką nitkę, jego los i albo schwyci jej koniec i wtedy cieszy się, że postępuje jak należy, albo nie schwyci". Wydaje mi się, że można zgubić nitkę, ale szczęściem jest spotkać ludzi, którzy pomogą ci ją złapać, albo na powrót włożą ci ją do ręki. I ja takich ludzi bezinteresownie mi życzliwych spotkałam" - powiedziała w jednym z wywiadów.
Zobacz również: Marzena Trybała: "Jest rodzaj popularności, której nie lubię"








