Obiecują redukcję zmarszczek i wysmuklenie twarzy. Sprawdziłam na sobie działanie gua sha
Influencerki przekonują, że ich gładkie twarze to efekty masażu niepozornym kamieniem gua sha. Dałam się przekonać i postanowiłam spróbować. Zrobiłam porządny research, obejrzałam mnóstwo poradników, kupiłam kamyczek i solennie przyłożyłam się do tego, by ujędrnić, wygładzić i odmłodzić swoją twarz we własnej łazience. Czy gra jest warta świeczki?

Spis treści:
- "I ty możesz być specjalistką - masażystką"?
- Masaż z tradycjami
- Uciskałam i masowałam przez ponad 2 miesiące
- Czy efekty masażu gua sha były warte poświęconego czasu?
"I ty możesz być specjalistką - masażystką"?
W mediach społecznościowych roi się od dłuższego czasu od filmików dotyczących samodzielnie wykonywanych zabiegów na twarz z wykorzystaniem różnych, łatwo dostępnych przyrządów. Były elektryczne szczoteczki do mycia twarzy, były rollery, ale największą chyba popularność zdobył niepozorny, płaski kamyczek gua sha, który według influencerek zapewnia najlepsze, najtrwalsze i najbardziej spektakularne działanie i daje niesamowite efekty. Kobiety z gładkim, napiętym licem kompletnie niewyglądające na swój wiek zachwalają w instagramowych rolkach masaż twarzy wykonywany jadeitowym kamieniem. Tworzą całe tutoriale celowane w konkretne bolączki: zmarszczki, obwisła skóra, kurze łapki, opuchlizna. Łatwo dać się skusić, bo przyrząd za kilka zł znaleźć można w każdym sklepie kosmetycznym, a masaż zajmuje zaledwie kilka minut i można go wykonać we własnej łazience samodzielnie. Stwierdziłam: co mi szkodzi spróbować? I przez kilka tygodni wkładałam całe serce w to, by udoskonalić technikę masażu twarzy, spodziewając się doskonałych rezultatów. Co z tego wyszło?
Masaż z tradycjami
Zacząć należy od tego, że masaż gua sha wywodzi się z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej i jego tradycja sięga tysiące lat wstecz. Dla nas może to być nowinka, ale leczniczy, pobudzający krążenie masaż dawniej miał za zadanie uleczać różne choroby, "czyścić" krew, pobudzać ciało do regeneracji. Wykonywany na całym ciele z dużą intensywnością dawał odprężenie, a czerwone ślady po mocnym pocieraniu świadczyły o jego prawidłowym wykonaniu. Mniej intensywny, ale równie dobrze odprowadzający limfę, masaż twarzy gua sha zaczął być stosowany nieco później, a gdy świat odkrył jego zalety, ta metoda dbania o głębsze warstwy skóry stała się bardzo popularna.
Podeszłam do tematu zdroworozsądkowo, nie spodziewając się efektu jak po wizycie w salonie medycyny estetycznej, a raczej chcąc dać sobie odrobinę relaksu, uelastycznić skórę, poprawić nieco owal twarzy i - co ważne - powalczyć z opuchlizną. Dodatkowo miało być to wspomaganie leczenia bruksizmu, czyli mimowolnego zaciskania szczęk, przez co solidnie cierpiały moje stawy żuchwowe. Same plusy, zero minusów.
Uciskałam i masowałam przez ponad 2 miesiące

Zakupiłam jadeitowy kamień gua sha, obejrzałam kilka tutoriali i zabrałam się do pracy. Kluczowe jest "otwarcie" przepływu limfy przed rozpoczęciem masażu. Pocieranie kamieniem ma odprowadzać nagromadzoną w tkankach limfę i jeśli wcześniej nie damy jej możliwości swobodnego przepływu, masaż da nam jedynie efekt porównywalny do mocniejszego peelingu, a nie o to przecież chodzi. Zatem zgodnie ze sztuką, należy (palcami) pouciskać i pomasować najpierw punkty nad obojczykami, następnie po obu stronach nosa oraz przy uszach. Potem, po nałożeniu olejku lub balsamu rozpoczyna się masaż. O technice nie będę się rozpisywać, bo bez problemu można znaleźć poradniki w Internecie dopasowane pod konkretne efekty, które chcemy uzyskać. Robiłam masaże najpierw raz w tygodniu wieczorem, następnie dwa-trzy razy w tygodniu. Moja "przygoda" trwała w sumie jakieś 2-3 miesiące. Co mogę powiedzieć o efektach?
Czy efekty masażu gua sha były warte poświęconego czasu?

Jeśli chodzi o wygładzenie zmarszczek - efektów spektakularnych brak. Może to kwestia czasu, może jednak nie należy oczekiwać "wyprasowania" upływu czasu, nie wiem. Co do rozluźnienia mięśni żwacza - świetna sprawa, rzeczywiście efekt relaksu i zmniejszenia napięcia w mięśniach był odczuwalny, co przełożyło się także na zmniejszenie bólu w stawie skroniowym. Niestety ten efekt "wyparowywał" szybciej, niż bym chciała. Po dwóch dniach czułam się tak, jakby żadnego masażu nigdy nie było. Natomiast zachwycona byłam efektem zmniejszenia opuchlizny. Dobrze odprowadzona limfa dawała efekt "glow" na skórze, owal twarzy był znacznie lepiej zarysowany i podkreślony, buzia po prostu zdawała się być szczuplejsza - lepiej zarysowane były kości policzkowe, linia żuchwy i podbródka. Po masażu miałam też wrażenie, że składniki aktywne z kosmetyków lepiej się wchłaniały, bo rano skóra naprawdę prezentowała się lepiej i "zdrowiej": pobudzone krążenie dawało lepszy koloryt, elastyczność skóry też "robiła robotę". Jeśli więc macie problem z opuchlizną twarzy, śmiało mogę polecić masaże kamieniem gua sha.
Choć efekty nie utrzymują się bardzo długo, nie jest to metoda inwazyjna, a taki wieczorny rytuał po męczącym dniu może stać się naprawdę ciekawym dodatkiem do standardowego wklepywania kosmetyków. Ja wykonuję sobie obecnie taki zabieg raz na jakiś czas, zwłaszcza wtedy, gdy widzę, że nagromadzona limfa wpływa mocno na wygląd mojej twarzy, która zdaje się być obrzęknięta i za mocno "pucołowata". Ale niczego więcej już po tym nie oczekuję.









