W skrócie
- Polka i jej mąż ze Sri Lanki prowadzą wspólnie biznes turystyczny i mierzą się z wyzwaniami życia w międzykulturowym związku na Sri Lance.
- Organizują kameralne wycieczki po wyspie, oferując wyprawy szyte na miarę, które różnią się od standardowych ofert dużych biur podróży.
- Para spotyka się z pozytywnymi reakcjami mieszkańców Sri Lanki, ale doświadcza uprzedzeń i rasizmu ze strony niektórych Polaków.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Karolina Wachowicz: Na początku opowiedz, jak się poznaliście. Wiem, że wiąże się z tym bardzo romantyczna historia.
- Poznaliśmy się kilka lat temu w Negombo na Sri Lance. Męża spotkałam w restauracji, w której pracował. Widzieliśmy się wtedy tylko dwa razy. Powiedziałam mu, że wrócę na Sri Lankę za pół roku. Co ciekawe, nie wymieniliśmy się żadnym kontaktem. Po pół roku naprawdę wróciłam.
Nie wiedziałam wtedy praktycznie nic o nim. Znałam tylko jego imię, więc szanse na to, że spotkamy się ponownie, wcale nie były duże.
No ale jednak się udało! Co sprawiło, że zdecydowaliście się budować życie właśnie na Sri Lance, a nie w Polsce?
- Dla nas właściwie od samego początku było jasne, że zostaniemy na Sri Lance. Mój mąż bardzo kocha swój kraj i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Co ciekawe, wcale nie jest to tam takie oczywiste, bo wielu Lankijczyków marzy o wyjeździe i szuka pracy za granicą.
Życie na wyspie od lat nie jest łatwe. Sri Lanka bardzo dużo przeszła: tsunami, zamachy terrorystyczne w 2019 roku, pandemię, kryzys gospodarczy i bankructwo kraju. To wszystko mocno odbiło się na mieszkańcach. My jednak nie mieliśmy większych dylematów. Mój mąż chciał zostać właśnie tam, a moim marzeniem od dawna było życie w Azji. Ostatecznie wybór padł właśnie na Sri Lankę.
Jak wyglądało wasze życie na początku?
- Na pewno nie było prosto i nadal nie jest łatwo. Bardzo często się kłóciliśmy na początku. Wynikało to z tego, że pochodzimy z różnych krajów i z różnych środowisk. Co ciekawe, problemem nie była religia. Mój mąż jest buddystą, a ja katoliczką. Problemem były różnice kulturowe.
Najtrudniejsze było "dotarcie się", zresztą cały czas się "docieramy". Tutaj na Sri Lance, wbrew pozorom, nadal panuje patriarchat i z tego powodu pojawiały się zgrzyty. Dużo czasu zajęło mojemu mężowi zrozumienie, że kobiety z mojego kraju mają dużą swobodę i musi to zaakceptować.

Opowiedz mi więc, jak wygląda codzienność na Sri Lance, o której turyści raczej nie mają pojęcia.
- Sri Lanka przedstawiana jest jako raj dla turystów: piękne plaże, pola herbaciane czy plantacje ryżu. Natomiast rajem dla "zwykłego zjadacza chleba" już nie jest. Ludzie często pracują za "miskę ryżu". Ceny podstawowych produktów są bardzo wysokie. Jest też bardzo dużo osób bezdomnych, a pomoc państwa praktycznie nie istnieje. Do tego kwitnie tak zwana "szara strefa" - ogromna liczba działalności po prostu nie jest zarejestrowana.
Z zewnątrz my, turyści, widzimy ludzi uśmiechniętych, ale często jest to "uśmiech przez łzy".
- Mam takiego znajomego, który w bardzo prosty sposób mi to wytłumaczył. Powiedział: "Nie ma turystów, nie ma pracy, nie ma jedzenia". To jest brutalna rzeczywistość. Czasami ludzie targują się o "przysłowiową złotówkę". Dla nas to niewiele, a dla takiego człowieka to bardzo dużo. Warto o tym pamiętać.
Brzmi niewyobrażalnie. Co jeszcze cię zaskoczyło, jeśli chodzi o lankijską codzienność?
- Tutaj bardzo silne są więzi rodzinne. Jak już "wejdzie się do rodziny", to ta rodzina naprawdę cię chroni. Tak jest w moim przypadku. Mam ogromne wsparcie w siostrze mojego męża, która traktuje mnie jak własną siostrę. Teściowa z kolei, kiedy kupuje coś swojej córce, mnie również daje prezent. Traktuje nas równo.
Najbardziej zaskakuje mnie jednak życzliwość i uśmiech ludzi. Ostatnio mieliśmy sytuację, która rozczuliła zarówno mnie, jak i moją klientkę. Jechaliśmy tuk tukami do Colombo i zatrzymaliśmy się na światłach. Obok nas, w innym tuk tuku, siedziało około trzyletnie dziecko. Moja klientka pomachała mu, a ono trzymało w ręce dwa ciasteczka i jedno z nich oddało jej. Takie drobne gesty każdego dnia mnie zaskakują.

Porozmawiajmy o turystyce. Działacie w tej branży na Sri Lance. Jak wygląda prowadzenie firmy tworzonej przez Polkę i lokalnego mieszkańca?
- Wyzwaniem jest przede wszystkim biurokracja. Tutaj załatwienie czegokolwiek trwa bardzo, bardzo długo. Jeśli ktoś chce zabierać się za biznes na wyspie, radzę uzbroić się w cierpliwość.
Z racji tego, że mój mąż jest "lokalsem", teoretycznie powinno być prościej, ale nie do końca tak jest. Natomiast prowadzenie biznesu w takim miejscu sprawiło, że nauczyłam się jednej rzeczy: jeśli "wyrzucą mnie drzwiami", to "wchodzę oknem".
Kolejną kwestią jest to, że mieszkańcy nie zawsze są skrupulatni, jeśli chodzi o rozliczenia finansowe. Czasami śmieję się sama do siebie, bo przez dziesięć lat byłam w Polsce główną księgową i pod tym względem jestem "pod linijkę". Mój mąż czasami mówi, że lepiej będzie, jeśli to ja coś "załatwię", bo jego potrafią odprawić z "kwitkiem", a ja się nie dam.
Organizujecie wycieczki dla Polaków, po polsku. Czym wasze wyjazdy różnią się od tych organizowanych przez duże biura podróży?
- Stawiamy na małe, kameralne grupy od dwóch do ośmiu osób. Od samego początku mówiłam, że nie będę prowadziła wyjazdów dla dużych grup. To nie ma być "pielgrzymka" dla dwudziestu czy czterdziestu osób. To ma być podróż, doświadczenie i przyjemność.
Przy dużej grupie nie da się tego osiągnąć. Poza tym to klient decyduje, co chce zobaczyć. Projektujemy wyprawy "szyte na miarę". Owszem, mamy stałe programy, ale bez problemu można je modyfikować.
Przy tak małej liczbie uczestników jestem w stanie poświęcić każdemu klientowi tyle czasu, ile potrzeba. Nie organizujemy wycieczek "z zegarkiem w ręku". Nasze wyjazdy nie polegają na "zaliczaniu miejsc", ale na ich doświadczaniu.
Staramy się pokazywać Sri Lankę poza utartym szlakiem. Jeździmy też do miejsc, o których przewodniki wspominają rzadko albo wcale. Nie organizujemy wyjazdów "all inclusive", bo chcemy pokazać wyspę prawdziwą, bez lukru.
Dlatego nie współpracujemy z żadnym biurem podróży z Polski i nawet o taką współpracę nie zabiegamy. Nie oferujemy „masówki”. Dla nas każdy klient jest wyjątkowy.
Z naszymi klientami po wycieczkach często zostajemy w kontakcie. Zdarzało się nawet, że pytali, czy pojechalibyśmy razem gdzieś dalej. I właśnie tak zrodził się pomysł organizacji jednego lub dwóch wyjazdów rocznie, między innymi do Wietnamu, ale tylko dla naszych byłych klientów. Co z tego wyjdzie, czas pokaże.

Jak reagują lokalni ludzie na was jako parę mieszanej narodowości? Spotykacie się z ciekawością, stereotypami, a może czymś trudniejszym?
- Jeśli ludzie już nas znają, to praktycznie nie ma żadnej reakcji z ich strony. Natomiast kiedy jesteśmy gdzieś pierwszy raz, pojawia się ciekawość. Wypytują mojego męża, kim jestem i skąd pochodzę.
Jeśli chodzi o relacje z mieszkańcami Sri Lanki, to nic przykrego nas nie spotkało. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o naszych rodakach.
Zdarzają się sytuacje, że ludzie, których nawet nie znam, wysyłają mi obrzydliwe wiadomości. Piszą, że mój mąż mnie zostawi, okradnie, a ja wrócę do Polski "w skarpetkach". To jest dla mnie bardzo przykre.
To, co teraz powiem, może być zaskoczeniem, ale kiedy gdzieś spotykam Polaków, to często nie przyznaję się, że jestem z Polski. Kilka razy zdarzyło się, że ludzie rozmawiali między sobą i bardzo brzydko komentowali nas jako „parę mieszaną”, nie wiedząc, że rozumiem każde słowo. To są naprawdę trudne momenty.
Okrutne i niesprawiedliwe. Doświadczyliście więc rasizmu i nie tylko…
- Tak, zdarzał się rasizm. Kilka razy "przyszli klienci", jeśli mogę ich tak nazwać, pisali mi wprost, że nie życzą sobie obecności mojego męża podczas wycieczek.
Ostatnio napisała do mnie pani, która poprosiła o program wyjazdu. Każdego klienta informuję, że podczas wycieczki jesteśmy ja, mój mąż i kierowca. Ta kobieta napisała mi, że nie życzy sobie "dwóch Lankijczyków jako mężczyzn" na wyjeździe, ponieważ miała podróżować z córką. Oczywiście ostatecznie razem nigdzie nie pojechałyśmy.
Bardzo utkwiła mi też w pamięci sytuacja z zeszłego roku. Odezwała się do mnie kobieta prowadząca biuro pielgrzymkowe w Polsce. Zależało jej na polskim przewodniku. Kiedy wspomniałam, że towarzyszy mi mój mąż, zapytała, jakiego jest wyznania. Odpowiedziałam, że jest buddystą. Wtedy usłyszałam, że grupa jest bardzo religijna i "niewskazane byłoby", żeby mój mąż im towarzyszył. Najbardziej absurdalne było to, że padło też pytanie, czy mamy ślub kościelny.
To nie są łatwe sytuacje, ale dzięki nim wiem przynajmniej, dla kogo nie chcemy organizować wycieczek.
Jakie miejsca na Sri Lance polecilibyście osobom, które chcą zobaczyć coś więcej niż tylko popularne atrakcje?
- Zdecydowanie polecam północ wyspy. Ta część Sri Lanki w dużej mierze zamieszkana jest przez ludność tamilską. Często słyszy się określenie, że to "małe Indie" i naprawdę jest w tym sporo prawdy.
Polecam też wschód wyspy, który jest zupełnie inny niż skomercjalizowane zachodnie i południowe części Sri Lanki. Jest inny właśnie dlatego, że nadal pozostaje autentyczny i mniej turystyczny.
Warto też poczytać o trudnej historii Sri Lanki, szczególnie o wojnie domowej zakończonej w 2009 roku, która pochłonęła ponad sto tysięcy cywilów. Do dziś ta tragedia nie została właściwie rozliczona. To właśnie na północy toczyły się najcięższe walki, podczas gdy na południu i zachodzie turyści odpoczywali na plażach.
Co powiedzielibyście osobom, które myślą o podobnym kroku: przeprowadzce albo związku międzykulturowym?
- Jeśli ktoś ma dochód pasywny, to uważam, że Sri Lanka może być bardzo ciekawym miejscem do życia. Natomiast jeśli ktoś chce prowadzić tam biznes, powinien dobrze zapoznać się z lokalnym prawem. Dla Europejczyków prowadzenie firmy bez lokalnego wspólnika jest praktycznie niemożliwe. Warto też pamiętać, że "lokals" musi posiadać większość udziałów.
Jeśli chodzi o związki międzykulturowe, to na początku jest „wielkie uczucie”, a później przychodzi codzienność. Najważniejsze jest jednak spotkanie właściwej osoby. Jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy. Osobiście uważam, że warto ryzykować, chociaż oczywiście trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Na pewno nie będzie łatwo.
Zainspiruj się i zaplanuj swoją kolejną podróż. Nawet krótka wycieczka może zmienić perspektywę i dodać energii. Sprawdź, które miejsca w tym sezonie warto odwiedzić na styl.interia.pl/podróże















