Reklama

Reklama

Bo to zły mężczyzna był...

I znowu rozstanie, kolejny raz leczysz złamane serce. Przypadek? Niekoniecznie, uważa dr Wendy Walsh, psycholog specjalizująca się w problemach partnerskich. Być może z jakichś przyczyn i nieświadomie wybierasz nieodpowiednich mężczyzn. Jak to zmienić?

Program telewizyjny, który pani prowadzi - "Póki śmierć nas nie rozłączy" - to historie ludzi, którzy zakochali się w sobie nawzajem, ale ich związek nie dotrwał do końca wesela lub miodowego miesiąca, bo...

Wendy Walsh: - ...bo pan młody zamordował pannę młodą. Albo - rzadziej - ona jego. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, tych historii jest na tyle dużo, że mogliśmy na ich podstawie nakręcić serial dokumentalny. Oczywiście, to są ekstremalne przypadki. W normalnym życiu rzadko się zdarza, że kobiety wiążą się, jak nasze bohaterki, z aż tak nieodpowiednimi partnerami. Ale sam mechanizm złego doboru jest podobny, choć konsekwencje inne: rozwód, złamane serce, poczucie zmarnowanych lat.

Reklama

Najbardziej szokujący scenariusz? Historia, która naprawdę panią zaskoczyła?

- Tina i Luis. Ona była samotną matką z trójką dzieci. Nie wierzyła, że jeszcze kogoś sobie znajdzie. Luis był dla niej miłym panem z sąsiedztwa. Czasami pomagał zajmować się dziećmi, robić zakupy. Po prostu kolega. Znajomość rozwijała się powoli, bo Tina była nieufna. Wreszcie zaczęli umawiać się na randki. Zostali parą. Urodziło im się dziecko i Luis się oświadczył. A Tina z radością go przyjęła i zabrała się do planowania swojego pierwszego wesela.

- Miało być jak w snach. Przyjęcie odbywało się w domu, który wspólnie zbudowali dla swojej nowej, dużej rodziny. Na parterze był bankiet, a na górze, w sypialni, spało ich trzymiesięczne dziecko. I właśnie tam, w dniu ślubu Luis pchnął Tinę nożem jedenaście razy.

Nie rozumiem. Co się stało?

- Koleżance Tiny bardzo spodobał się przyjaciel Luisa, świadek. Tina więc poprosiła go na chwilę na górę. Chciała ich wyswatać. Ale wtedy przyszedł Luis i obecność tych dwojga w jego własnej małżeńskiej sypialni zinterpretował zupełnie inaczej. To była zbrodnia z namiętności, z zazdrości, z nieporozumienia i była efektem fatalnego doboru partnerów.

No właśnie, jak pani to wytłumaczy?

- Opowiedziałam to trochę jak bajkę, bardzo schematycznie. Tak to wyglądało zapewne z perspektywy sąsiadów, znajomych Tiny i Luisa. Ona miła i po wielu przejściach, on taki zakochany. Ale prawda jest bardziej skomplikowana. Bo naprawdę nie jest tak, że sympatyczny, dobry, spokojny i odpowiedzialny człowiek chwyta za nóż i wbija go w serce wybranki. Wcześniej musiały być jakieś sygnały ostrzegawcze, które Tina zbagatelizowała. Jakie? Już się tego nie dowiemy.

- Może Luis był patologicznie zazdrosny, może już wcześniej zdarzyło mu się tracić panowanie nad sobą? Ta opowieść jest tragiczna, takie rzeczy nie zdarzają się co dzień. Ale codziennie, na każdej ulicy, na każdym osiedlu, w wielu domach wobec kobiet stosowana jest przemoc. Może być fizyczna - jak bicie. Słowna - jak poniżanie, wyśmiewanie, krzyk. Ekonomiczna - ograniczanie partnerce dostępu do konta, zmuszanie jej, żeby prosiła o pieniądze. Myślę, że te wszystkie kobiety, ofiary przemocy, mają wiele cech wspólnych z Tiną. Dlatego weszły w tak niedobre, raniące relacje.

Gdy słucham tej historii, myślę: "To opowieść z marginesu społecznego. Mąż zabija żonę. To nie może zdarzyć się nikomu, kogo znam".

- Na pewno jednak zna pani pary, w których on ją obraża, nawet publicznie. Źle traktuje. A mimo to ona przy nim trwa. A przecież to też jest przemoc! Kobiety, które tak nieodpowiednio wybierają partnerów, najczęściej pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin. Ich ojcowie także bywali agresywni. W takiej sytuacji dziewczynka zaczyna stawiać znak równości między przemocą a miłością. Tata to wzorzec męskości.

- Córki dobrych ojców, akceptujących i czule traktujących swoje małe dziewczynki, w przyszłości szukają tego samego u innych mężczyzn. Mimo to kobieta, która z domu rodzinnego wyniosła obraz mężczyzny zimnego, niedostępnego, gwałtownego, nie tylko toleruje przemoc, ale wręcz podświadomie ciągnie ją do partnerów, którzy są agresywni, do macho. Oni mogą być macho w garniturze, mogą mieć świetną pracę, zarobki, nieposzlakowaną opinię. Jednak związek z nim będzie zły i w tym sensie nie będzie się różnił od związku Tiny i Luisa.

Jednym słowem wszystkiemu winna jest niedobra relacja z ojcem?

- Nie wszystkiemu, ale to rzeczywiście jeden z głównych czynników ryzyka. Jednak w fatalne związki wikłają się też te z nas, które wychowywały się bez ojca lub z tatą emocjonalnie niedostępnym, jak nazywają to psychologowie. Czyli takim, który niby był, siedział w gabinecie albo na kanapie przed telewizorem, ale w praktyce w życiu dzieci w ogóle nie uczestniczył. Nie rozmawiał, nie spędzał wspólnie z nimi czasu, nie przytulał. Wtedy pragnie się czyjejś miłości i troski tak bardzo, że łatwo jest pomylić ją z nadmierną kontrolą. I chorobliwą zazdrością.

Ale jak można pomylić miłość z kontrolą?

- Znów posłużę się przykładem. Mieliśmy w programie taką historię: on obsesyjnie w niej zakochany. Codziennie czekał na nią pod biurowcem i odprowadzał do domu. Gdy spędzała wieczór oddzielnie, potrafił wysłać jej kilkanaście SMS-ów, dzwonić co pół godziny. Pani, ja powiedziałybyśmy od razu: ten facet to stalker! Ktoś, kto śledzi, nęka, w sposób patologiczny okazuje uczucie "wybrance". Ale ona widziała to inaczej.

- Była zachwycona, że ktoś jest nią do tego stopnia zauroczony, że świata poza nią nie widzi. Tak ją uwielbia, ciągle chce trzymać za rękę. Pochodziła z rozbitej rodziny, ojciec nie interesował się jej losem. Była szczęśliwa, że oto znalazł się mężczyzna, który ją adoruje, otacza troską. Czuła się dowartościowana. Uznała, że to musi być wielka miłość.

Mam dziwne przeczucie, że ta historia bardzo źle się kończy.

- Na polu kukurydzy na obrzeżach miasta, na którym on zakopał jej ciało w siedmiu plastikowych workach. Bo w końcu z tej obsesyjnej, zazdrosnej miłości dokonał mordu. W ich pierwsze wspólne święta. I znów to historia ekstremalna, z krańca skali "nadmierna kontrola i obsesja". Można powiedzieć: to się nie zdarzy nikomu takiemu jak ja. Ale już partner, który wydzwania, śledzi, pilnuje i traktuje kobietę jak przedmiot - to zdarza się całkiem często. Trudno tu jednak mówić o dobrym związku, raczej o chęci posiadania drugiego człowieka na własność. 

Wiemy, dlaczego niektóre kobiety wchodzą w złe, raniące relacje z mężczyznami. Może pani powiedzieć, co zrobić, by wyjść z tego zaklętego kręgu? Znaleźć kogoś odpowiedniego, z kim da się zbudować dobry i trwały związek?

- Najpierw trzeba przełamać rutynę, wyjść poza schemat "złych mężczyzn". Nieodpowiednich, z którymi nie ułożymy sobie życia. Bywa, że trudno jest to zrobić samodzielnie. To, co powiem, nie będzie odkrywcze, ale pomóc może dobry terapeuta. Byłoby korzystnie, gdyby był to mężczyzna. Bo prawdopodobnie będzie pierwszym, który okaże cierpliwość, wyrozumiałość, akceptację. I będzie przewidywalny: co tydzień o tej samej godzinie będzie czekał, będzie miał czas dla swojej pacjentki.

- Uważa się, że taki kojący, leczący wpływ terapeuty ma kluczowe znaczenie w procesie zmiany zachowań. Może zapełnić lukę po ojcu, który nie sprawdził się w swojej roli. Nie jest to idealna "łatka", ale najlepsza, jaką wymyślono. Poza tym w trakcie terapii można popracować nad podniesieniem swojej samooceny, a to bardzo sprzyja dokonywaniu dobrych wyborów w miłości.

Jeśli będę bardziej pewna siebie i swojej wartości, zacznę zakochiwać się w innych mężczyznach?

- Tak. Bo partner nie będzie pani potrzebny do podniesienia samooceny. Ta kobieta zamordowana na polu kukurydzy czuła się mało wartościowa, nie była przekonana, że można ją kochać. Facet, który dosłownie "kochał na zabój", sprawiał, że zaczynała lepiej o sobie myśleć, wierzyć w siebie. Ale takie historie nigdy nie kończą się dobrze. Wiążemy się z drugim człowiekiem i to z nim musimy chcieć być, a nie z "poprawiaczem nastroju". Ludzie, którzy nie traktują siebie nawzajem podmiotowo, wcześniej czy później się rozstaną. Poza tym wysoka i stabilna samoocena jest niezbędna, by związek trwał i był udany. Dlaczego? Bo tylko wtedy w sytuacji konfliktu jest pani w stanie odpuścić dla dobra relacji. I partner potrafi zrobić to samo.

- Natomiast jeśli nie kocha pani siebie, w czasie różnicy zdań albo rezygnuje z tego, co uważa za ważne, i czuje się przez to coraz bardziej nieszczęśliwa, co oczywiście źle wróży na przyszłość, albo upiera się przy swoim, choćby się waliło, paliło. Musi pani być górą, bo tylko wygrana sprawia, że czuje się dobrze sama ze sobą. Jeśli "przegra" pani na rzecz partnera, zaczyna się takie myślenie: "Jak zwykle ja się w tym wszystkim nie liczę. On mnie w ogóle nie kocha. Może rzeczywiście jestem beznadziejna". Kobieta i mężczyzna ze stabilną samooceną umieją włączyć inny typ myślenia: "To nie jest dla mnie takie ważne. Wypracujmy rozwiązanie, które nas oboje zadowoli".

To wszystko?

- To początek! Żyjemy w cywilizacji, która stawia na piedestale miłość romantyczną. Od pierwszego wejrzenia. Ale jeśli kobieta ma za sobą kilka nieudanych związków, prawdopodobnie zakochuje się w niewłaściwych mężczyznach. Zachęcam do tego, żeby wybierać partnerów bardziej na trzeźwo, kierując się rozumem, a nie sercem. Nie od razu. Dobrze jest zastanowić się: czego ja chcę od niego, od związku? Jaki ten związek ma być?

- Hendrickowie, psychologowie i małżonkowie, para w domu i w pracy, opracowali kwestionariusz - Skalę postaw wobec miłości. Wyróżnili sześć ich typów: Eros (miłość namiętna i romantyczna), Ludus (miłość jako gry i zabawy), Storge (miłość przyjacielska), Pragma (praktyczna), Mania (obsesja) i Agape (miłość altruistyczna).

Miłość ma wiele odcieni. Ale co z tego wynika dla kobiety, która szuka drugiej połówki?

- Warto zadać sobie pytanie: jaka ma być moja miłość? Czy chcę mieć wolny związek, chodzić z wybrankiem do klubów i na imprezy, uprawiać dwa razy dziennie seks (Ludus i Eros)? A może wolę mieć w partnerze przyjaciela, stworzyć z nim dom (Storge i Pragma)? Wiedząc, czego chcę, mogę sprawdzić, czy mężczyzna, z którym się spotykam, chce tego samego lub czegoś podobnego. Nie na pierwszej randce, ale po trzech miesiącach spokojnie można zapytać: "Słuchaj, czy ty planujesz założenie rodziny, dzieci? Bo ja tak". Chodzi o to, żeby nie tracić niepotrzebnie czasu.

A może on teraz nie planuje, ale zacznie po pół roku znajomości? Mam go od razu skreślić?

- Nie chodzi o skreślanie, ale błędem jest myślenie, że mężczyzna się zmieni albo "ja go zmienię". Bo on też ma jakieś swoje potrzeby, pragnienia związane z bliskim związkiem. Nie muszą być zbieżne z tymi, które ma kobieta. I to wcale nie znaczy, że są gorsze, po prostu inne. Wyobraźmy sobie dwóch mężczyzn: jeden ma wielu kolegów, którzy mają już dzieci, lubi się z nimi spotykać, bawić z ich pociechami. A drugi robi błyskotliwą karierę w korporacji, pracuje do wieczora, a potem idzie na drinka ze swoimi bezdzietnymi kumplami i podrywają dziewczyny w klubie.

- Ci mężczyźni reprezentują zupełnie odmienne podejście do życia i zapewne też - do rodzicielstwa i trwałych związków. Być może ten drugi też będzie chciał założyć rodzinę, tego nie wiemy. To jest wybór kobiety: czy chce podjąć ryzyko i poczekać, aż on "dojrzeje". Sam. Bo ona tego procesu nie przyspieszy. Ale to może być strata czasu. Lepiej więc wybierać partnera, z którym jest nam po drodze. I się nie spieszyć. Także z seksem.

Dlaczego warto to zrobić?

- Proszę mnie dobrze zrozumieć: to nie ma nic wspólnego z takim staroświeckim radzeniem, żeby grać niedostępną, to mężczyzna będzie się słuchał i będzie grzeczny. To bzdura, seks nie służy do tego, żeby za jego pomocą - lub za pomocą jego braku - manipulować drugim człowiekiem. Warto jednak zwolnić. O tym napisałam najnowszą książkę, która ukaże się w USA dokładnie przed walentynkami.

- Nosi tytuł "The 30-Day Love Detox" - trzydziestodniowy detoks dla miłości. Inspiracją były wyniki badania przeprowadzonego na próbie ponad dwóch tysięcy osób. Okazuje się, że jeśli kobieta zdecyduje się na zbliżenie w ciągu 30 dni od pierwszej randki, jej szanse na to, by stworzyć stały związek, spadają praktycznie do zera. A wystarczy zaczekać od 31 do 90 dni: jedna czwarta par, które powstrzymały swoje żądze, po upływie roku była nadal razem!

Jak pani to tłumaczy?

- Jak już mówiłam, jeśli chcemy stworzyć dobry i trwały związek, potrzebujemy czasu do namysłu. Żeby sprawdzić: czy on chce tego samego co ja? Czy jego postawa wobec miłości jest zbieżna z moją? Bo jeśli zaczęliście uprawiać seks, pani nie będzie miała szans na taką refleksję. Już mówię dlaczego. Są dwie sytuacje, w trakcie których w organizmie kobiety wydzielana jest oksytocyna - hormon przywiązania. W trakcie karmienia piersią, żeby emocjonalnie związać matkę z dzieckiem. I wtedy, gdy mamy orgazm. Zanim więc zada sobie pani te wszystkie ważne pytania, już odebrała sobie pani możliwość udzielenia na nie szczerych i zgodnych z prawdą odpowiedzi.

- Kochanek będzie idealizowany, bo wasze ciała zostały połączone, a oksytocyna sprawia, że ma pani dla niego dużo tkliwości, wyrozumiałości. Będzie więc pani ślepa na różne sygnały ostrzegawcze. Proszę przypomnieć sobie Tinę z pierwszego przykładu. Stworzy pani związek z kimś, kto być może wcale nie jest odpowiedni, nie pasuje. Dlatego radzę, by zaczekać z seksem. Z wchodzeniem w bliską relację. Zrobić ten krok wtedy, gdy rozum podpowiada, że będzie też przestrzeń na następne. I wspólny kierunek podróży.

Podsumowując: warto pójść na terapię, przepracować relację z ojcem, podnieść swoją samoocenę, wiedzieć, czego chcemy od związku, sprawdzić, czego chce partner, nie próbować go zmienić, nie spieszyć się z seksem i wchodzeniem w bliską relację. Zadziała, jeśli zastosuję się do wszystkich rad?

- Nie mogę tego gwarantować. Ale jednego jestem pewna: jeśli się pani do nich zastosuje, na pewno nie będę musiała komentować historii pani miłości w "Póki śmierć nas nie rozłączy".

Rozmawiała: Jagna Kaczanowska

Twój Styl 2/2012


Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: związek | Miłość | seks | para | serce

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy