Reklama

Reklama

Dorota Gawryluk: Małżeństwo to nie hamburger

Dorota Gawryluk: "Wiara jest siłą absolutną, bez niej byłoby mi ciężko" /Polsat

Nasz syn dostał imię po dziadku ze strony męża - Nikon - to ukłon w stronę wschodniej gałęzi rodzinnej. A córka ma na imię Maria - to z kolei ukłon w stronę mojego pochodzenia i religii katolickiej. Tak w imionach dzieci połączyły się nasze tradycje - tłumaczy dziennikarka Dorota Gawryluk i opowiada, jak w jej rodzinie obchodzi się Boże Narodzenie, na ile ważna jest w życiu wiara i co znaczy siła kobiecości.

Katarzyna Droga Styl.pl: W wieczór wigilijny zobaczymy panią w Wydarzeniach w Telewizji Polsat. Lubi pani ten świąteczny dyżur?

Dorota Gawryluk: - To duże wyróżnienie, że mogę być tego wieczoru w domach widzów. Z drugiej strony oczywiście komplikuje mi to trochę życie rodzinne. Staramy się z kolegami dzielić tymi świątecznymi dyżurami, wymieniamy się co roku i tym razem wypadło na mnie... W związku z tym własną, rodzinną wigilię muszę przygotować wcześniej.

I jak wygląda ciąg dalszy wieczoru? Rodzina czeka na panią?

Reklama

- Tak, trochę później usiądziemy do kolacji wigilijnej. Natomiast wszystkie potrawy mam już przygotowane. Lubię planować, więc dobrze wiem, skąd wezmę pierogi. Sama niestety ich nie ulepię. A może właśnie "stety"? To , że nie zrobię ich własnoręcznie, będzie gwarancją jakości.

Pani mąż (Jerzy Gawryluk - przyp. red.) jest wyznania prawosławnego, pochodzi z Hajnówki na Podlasiu, a pani jest katoliczką z Beskidu Wyspowego. Obchodzicie podwójne święta?

- W normalnej sytuacji tak, staramy się spędzić ten czas z rodzinami i mamy dwie Wigilie. W tym roku jest inaczej, w czasie pandemii trzeba ograniczać spotkania i dbać o osoby starsze, więc musi nam wystarczyć kontakt telefoniczny czy internetowy.

Czy te Wigilie - katolicka i prawosławna - bardzo się różnią?

- Nie odczułam nigdy żadnych różnic, poza tym, że prawosławna jest później. Jeśli chodzi o szczodrość, różnorodność tego, co pojawia się na świątecznych stołach, także gościnność, jest tak samo. To coś, co łączy tradycję wschodnią z moją - tą, w której wyrosłam. Na Podlasiu, w rodzinnych stronach męża czuję się jak w domu.

A jak wspomina pani Wigilie dzieciństwa? Te w górach zapewne były bardzo nastrojowe.

- Najbardziej pamiętam śpiewanie kolęd i pasterkę. Kocham muzykę i śpiew, chociaż sama nie śpiewam, zresztą znów - z korzyścią dla innych... Natomiast uwielbiam słuchać i ta siła wspólnego śpiewu gromady ludzi jest wspaniała. Tego mi zawsze brakowało w Warszawie, miejskie święta są dla mnie nieme. Na wschodzie też się śpiewa, są niezwykłe chóry, zawsze mnie zachwycały koncerty muzyki cerkiewnej. To jest duchowa siła, mam wrażenie, że śpiew typowy dla danych terenów odzwierciedla duszę ich mieszkańców.

Czerpiemy ze stron, z których pochodzimy?

- Tak, na pewno, chociaż moja teraźniejszość przebiega w Warszawie. Dość krótko mieszkałam w rodzinnym domu. Bardzo szybko przeprowadziłam się z gór do Warszawy, byłam jeszcze w szkole podstawowej. Czasem myślę, że zbyt szybko.

A kiedy dziewczyna z gór przyjechała do wielkiego miasta, poczuła się zagubiona? Kompleks prowincji utrudniał pani wejście w świat stolicy, a w dodatku mediów?

- Właśnie nie. Może to dziwne, ale jakoś nigdy nie miałam z tym kłopotu i dziwię się, kiedy ktoś mi mówi, że czuł się przytłoczony Warszawą. To chyba rys mojej osobowości, od dziecka czułam się obywatelką świata. Wydawało mi się zawsze, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeszcze jako uczennica korespondowałam z telewizjami, pisałam sztuki teatralne, nie miałam żadnego przeświadczenia, że jestem z prowincji i że to może być przeszkodą. Być może wynikało to z nieświadomości, ale kiedy jako nastolatka przyjechałam do Warszawy, miałam silne poczucie, że to ja pochodzę z fajniejszego miejsca. "Jaka brzydka jest ta Warszawa" - myślałam - "Ludzie tutaj nie wiedzą, gdzie jest naprawdę pięknie". Taki rodzaj egoizmu regionalnego, przekonania, że najładniej jest tam, skąd pochodzę.

Może też z faktu, że była pani "dumą tatusia", a wsparcie ojca to posag na całe życie?

- Tak, na pewno, chociaż chwilami to bywało wręcz męczące. Tata wszędzie opowiadał, jaka jestem świetna i wspaniała. Ciągle dostawałam za to po głowie od brata, naśmiewał się ze mnie. Raczej więc starałam się studzić zapały taty. Zresztą, to był człowiek obdarzony dużym poczuciem humoru, więc do końca nie wiem, ile w tym było wygłupów, a ile prawdy. Miał wiele dystansu do siebie. Może też bez problemu odnalazłam się w Warszawie dlatego, że byłam bardzo młoda. Podstawówka, potem liceum, studia, łatwiej mi było się zaaklimatyzować.

Warszawa lat dziewięćdziesiątych, dziennikarstwo, miłość i studenckie dziecko. Trudne to było? Jak pani wspomina ten etap?

- Wspaniale! To były takie dobre czasy! Przełom społeczno-polityczny, powiew nowego, otwierały się nowe media, a z nimi fantastyczne możliwości ciekawej pracy dla młodych dziennikarzy. Trafiliśmy na idealny czas, mieliśmy dwadzieścia kilka lat, byliśmy pełni energii i sił, nie było wtedy rzeczy niemożliwych. Wcale nie było trudno, wydaje mi się, że to dzisiaj młodzi mają trudniej.

Ale dziecko, studia, początki pracy? Niełatwo to chyba ogarnąć?

- Nigdy do tego tak nie podchodziłam, wręcz przeciwnie. Właściwie mogłabym mieć pięcioro dzieci i dałabym radę. Żałuję, że nie miałam. Dziecko, studia, praca, to było bardzo naturalne, płynęło się jak na skrzydłach. Mogłam liczyć na pomoc babć, bo one też wtedy były młodsze. Było we mnie dużo siły, chęci zrobienia czegoś ważnego. To były świetne czasy, pewnie je trochę teraz gloryfikujemy, ale naprawdę dobrze je wspominam.

Czy to znaczy, że kiedy po 18 latach urodziła się państwu córka, było trudniej?

- Inaczej, bo człowiek przyzwyczaja się do wygody, bardziej egoistycznie podchodzi do życia. Wszystko jest fajnie, nie chce się nic zmieniać, podejmować żadnego wysiłku. Jakiś trud jest już za nami, a tu trzeba się od nowa mobilizować. Natomiast po latach ma się do rodzicielstwa inne podejście, jest to inny rodzaj radości, takiej czystej, bez dodatkowych problemów.

Jaki Dorota Gawryluk ma przepis na szczęśliwą rodzinę i jak się ma małżeństwo do hamburgera - czytaj na następnej stronie >>>

Rodzina pani trwa i ma się dobrze od wielu lat, co w świecie osób publicznych nie jest częste. Jaki ma pani przepis na szczęście rodzinne?

- Boska opieka i ciągła praca nad związkiem. Jest to także kwestia podejścia do sprawy, bo jeśli pewne rzeczy traktuje się poważnie, no to traktuje się je poważnie! I jeszcze szczęścia, nie wszyscy je mają. Dla mnie rodzina to jest istota i najważniejsza rzecz w życiu, ale miałam też szczęście, że trafiłam na partnera, który to rozumie i myśli tak samo jak ja. Jeśli z obu stron jest ta sama postawa, że to dla nas najważniejsze, to o to dbamy. I nawet jeśli zdarzają się trudniejsze okresy, to jesteśmy ze sobą.

- Braliśmy ślub kościelny i przysięgaliśmy na dobre i na złe, więc jeśli jest "dobre" to super, a jeśli pojawia się "złe", podchodzę do tego naturalnie. Myślę: "Widocznie nadszedł ten gorszy czas", zaciskam zęby i staram się przetrwać. Tak samo pewnie jest z drugiej strony, mąż stara się przetrwać mnie i mój gorszy czas. Małżeństwo to nie hamburger, z którego można zrezygnować, jednego dnia zjeść, drugiego nie, to są sprawy priorytetowe. To nieustanna praca, bo pewnych rzeczy w życiu trzeba dopilnować. Na pewno też ważne są wzorce wyniesione z domu. I nie bez kozery mówię o opiece siły wyższej, człowiek bez niej nie jest w stanie podołać wyzwaniom życia.

Czy wiara pomaga także na frustracje, kryzysy i zwątpienia?

- Rozmawiamy w okresie świąt Bożego Narodzenia. I rzeczywiście dla mnie to święto wiąże się z narodzeniem Chrystusa. Wbrew wszystkiemu, co się dzieje wokół, Boże Narodzenie to Boże Narodzenie i to jest najważniejsze. Wiara jest siłą absolutną, bez niej byłoby mi ciężko. Być może ktoś tego nie potrzebuje, ja akurat bardzo. Nie jestem osobą, która chce komukolwiek coś narzucać, nie chcę się też swoją wiarą afiszować, natomiast zawsze podkreślam, że jest dla mnie ważna i to jest prawdziwe, niezwykle pomocne w życiu.

A siła kobiecości? Jest pani szefową pionu informacji i publicystyki w dużej stacji telewizyjnej. Kobieta w męskim świecie polityki. To ułatwia czy utrudnia sprawę?

- To nie ma znaczenia. Nigdy nie patrzyłam na pracę z perspektywy kobiet czy mężczyzn. W ogóle chyba mało świadomie podchodziłam do tej swojej kobiecości, nigdy nią nie grałam. Natomiast wokół mnie w pracy jest bardzo dużo kobiet. Często stawiałam na kobiety, bo są skrupulatne, inteligentne, błyskotliwe i pomocne. Są pracowite, wiele rzeczy muszą zrobić jednocześnie i nabywają takich umiejętności - na przykład wytrwałości - której często mężczyźni nie mają. Ale też nie zakładam, że ogólnie kobiety są świetne, a mężczyźni nie. Po prostu: istnieją różni ludzie. Kobietom na pewno jest trudniej, gdy mają rodziny i muszą to wszystko pogodzić. Ale radzimy sobie.

A jak pani odczuwa upływ czasu, kolejne urodziny? Gdzieś tam rysuje się już horyzont półwiecza...

- W ogóle o tym nie myślę, to pani mi o tym przypomniała. Nie, nie liczę lat, nie przeżywam. Może dlatego, że mam w sobie tyle energii, że stagnacji w ogóle sobie nie wyobrażam. Zresztą podejście do wieku kobiety jest teraz zupełnie inne przed laty, za czasów naszych matek. Dzisiaj inaczej o sobie myślimy, jesteśmy też bardziej świadome, mamy większą dostępność do mody, kosmetyków. Czuję się bardzo dobrze i nie zamieniłabym się na inny czas. Nie odmładzam się, bo czuję się młodo, a zarazem odczuwam też pewnego rodzaju dojrzałość , pewność siebie. Nigdy mi jej nie brakowało, ale teraz mam czas zgody ze sobą. Myślę, że z wiekiem jest trochę jak z ciuchami: ubrania trzeba umieć nosić. Każde, nawet najpiękniejsze, można zepsuć. Nie jest ważne skąd płaszcz pochodzi, ważne czy nosi się go z poczuciem, że wyglądam świetnie. I tak samo jest z wiekiem, samopoczucie jest najważniejsze.

Czas pandemii wiele zmienił w pani życiu?

- Nie, bo jestem aktywna, chodzę codziennie w pracy i właściwie wszystko biegnie tak samo. Zdalne nauczanie córki jest czymś nowym, ale dzięki temu widzę, jak nauka wygląda, uczę się sama, trochę podsłuchuję... Znam teraz koleżanki Marysi. Słucham z ciekawością i rozbawieniem jak one tam sobie gadają. Przypominają mi się moje szkolne czasy...

Marysia, ładne imię!

- Tak. Nasz syn dostał imię po dziadku ze strony męża - Nikon - to ukłon w stronę wschodniej gałęzi rodzinnej. A córka ma na imię Maria - to z kolei ukłon w stronę mojego pochodzenia i religii katolickiej. Tak w imionach dzieci połączyły się nasze tradycje. 

Rozmawiała: Katarzyna Droga

***

Zobacz również:

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy