Reklama

Reklama

Gdy wrzucam na luz

Zapracowani. Docenieni. Spełnieni. Ze szczegółowym planem w głowie na kilka następnych tygodni. Czasem jednak w natłoku zajęć przypominają sobie, że czegoś im brak. Luzu, beztroski, śmiechu. Nawet najwięksi perfekcjoniści muszą kiedyś odpuścić...

Spotykamy się w sobotni poranek w budynku TVN-u na warszawskiej Augustówce. Dziennikarka przygotowuje weekendowe wydanie „Faktów”. Schodzi na spotkanie do przeszklonego holu. Wysoka, w szarobłękitnym sweterku i dżinsach. – Przepraszam, ale kicham, usiądę w bezpiecznej odległości – mówi. – Wieczorem będzie gorzej, ale biorę rutinoscorbin i coś na powstrzymanie kataru. Muszę dać radę.

W weekendy pracuje tak samo intensywnie jak w tygodniu. Anita Werner razem z Grzegorzem Kajdanowiczem są wydawcami i prowadzą wtedy wieczorne wydanie „Faktów”. Rozdzielają pracę dziennikarzom, piszą teksty zapowiedzi. Aby rozładować stres, zawsze w soboty dziennikarka znajduje czas na lunch poza redakcją. Jej życiem rządzi ramówka. Tygodniowy grafik ma z góry ustalony, ale często zdarza się coś, co zupełnie go zmienia. Zdążyła się do tego przyzwyczaić i takie sytuacje jej nie przerażają.

Reklama

Do pracy w TVN24 przyszła bez doświadczenia. Wcześniej skończyła filmoznawstwo, jeszcze w liceum zarabiała na kieszonkowe jako modelka, zagrała u Władysława Pasikowskiego w „Słodko-gorzkim”. Pod koniec czwartego roku studiów przeczytała ogłoszenie o naborze do stacji, która się wtedy tworzyła. – Moje życie jest uporządkowane, ale gdyby nie przypadek, nie byłabym tu, gdzie teraz jestem. Znalazłam się w odpowiednim miejscu i czasie. Wygląda na to, że naszą drogę wytycza ktoś „na górze” i ten, kto to wszystko układa, musi się nieźle nagłowić – śmieje się. I dodaje: – Ale tak naprawdę myślę, że większość z tego, co mamy, zawdzięczamy głównie sobie. Bo każdą szansę trzeba umieć wykorzystać. Liczy się pracowitość, radzenie sobie z porażkami, przyjmowanie krytyki. Uważa, że miała szczęście, bo w TVN-ie uczyła się dziennikarstwa od najlepszych.

Kiedyś telewizja pochłaniała ją kompletnie. Zmartwiona mama dzwoniła z rodzinnej Łodzi i sprawdzała, czy córka nie zamieniła się w pracoholiczkę. – Zarzekałam się, że nie – mówi Werner. – Przyznaję, że było jednak ze mną nie najlepiej. Cały czas siedziałam w studiu. To były fascynujące chwile, bo rozkręcaliśmy stację. Wszystko nas cieszyło: scenografia, nowe stoły montażowe, sprzęt, próby. Ogromne napięcie. Pamięta, jak pierwszy raz prowadziła „Fakty”. Żeby się zrelaksować, krążyła samochodem po mieście bez celu, słuchając głośno muzyki. Czasem pędziła na ukochaną przełęcz w Beskidach. Robiła 400 km tylko po to, aby popatrzeć na góry i po chwili wracać do świata. Ma dopiero 32 lata, a osiągnęła sporo. – Stacja TVN24 ma pozycję – mówi Werner. – Pociąg się toczy, każdy ma swoje zadanie, wie, co i jak ma zrobić, więc czasem można trochę zwolnić. Praca w redakcji jest zespołowa. Jeżeli ktoś widzi, że druga osoba ma gorszy dzień, bierze więcej na siebie. Ostatnio słuchałam wywiadu z Cezarym Pazurą w programie „Ona i on”. Opowiadał o tym, że kiedyś, jak w jego życiu nie działy się wesołe rzeczy, musiał jeździć z występami po kraju i odgrywać skecze. Czuł smutek, bezsilność, ale musiał się śmiać. Wiem, jak ciężko jest pracować, gdy dzieje się coś złego, i nie można zostać samemu ze swoimi emocjami. Niedługo po śmierci mojej mamy siedziałam w studiu TVN24 i prowadziłam program. Czułam się okropnie, ale wiedziałam, że nie mogę na widzów przenosić swojego dramatu.

Jako dziennikarce newsowej wiele razy zdarza się jej pierwszej zobaczyć wstrząsające obrazy, wielkie tragedie. Niedawno poruszył ją widok ludzi wyrywających sobie jedzenie na Haiti. Jednak na wizji nigdy nie pozwala sobie na wzruszenie. Odreagowuje na siłowni. Od dzieciństwa lubi sport – trenowała taniec, gra w tenisa. Ostatnio polubiła kulturystykę. – Brzmi to groźnie, ale moje ćwiczenia nie polegają wcale na pompowaniu się do monstrualnych rozmiarów – opowiada. – Mam koleżankę, która jest instruktorką. Dzięki niej wiem, jak ćwiczyć z głową. Na trening przychodzę spięta, a wychodzę zrelaksowana. Schodzi zła energia, wydzielają się endorfiny. Odpoczywa też przy składaniu prania. O jej pedanterii krążą legendy.

– Rzeczywiście w szafach mam poukładane w kostkę T-shirty – śmieje się. – Jednak i tak nie przebiję swojej najlepszej przyjaciółki Martyny Wojciechowskiej. Ona dodatkowo segreguje wszystko według kolorów. Lubię zmywać, ale nie znoszę prasowania i odkurzania. Gotowanie to także nie moja bajka. W domu zmieniam się w taką przytulankę. Jestem absolutnie niegroźna, nie napinam się, nie walczę z narzeczonym o pierwszeństwo i wcale nie muszę rządzić – dodaje Werner. Wieczorami rzuca się na kanapę. Razem z ukochanym gadają, oglądają filmy.

Ma ustawione priorytety. – Przez ostatnie lata przeżyłam choroby najbliższych, śmierć i to wciąż przypomina mi, co jest w życiu naprawdę ważne – mówi. – Dziennikarstwo mnie pasjonuje, dużo mu poświęcam, ale wiem, że nawet najciekawsze zajęcie nie zastąpi miejsca, do którego się wraca, i osoby, która na koniec dnia na nas czeka.

W poszukiwaniu nieznanych utworów

Łukasz Borowicz

Skończył 33 lata. Pracował już z większością polskich orkiestr symfonicznych. Dyrygował w Niemczech, Rosji, na Ukrainie, w Danii, we Włoszech i Francji. Od trzech lat jest dyrektorem artystycznym Polskiej Orkiestry Radiowej. Choć wie, że żadne nagranie nie odda koncertu na żywo, jego wibracji i atmosfery, to fascynuje go próba uchwycenia ulotnej chwili na płytach winylowych.

Dał się poznać jako ciekawy artysta, który nie boi się eksperymentów. Wybiera muzykę trudną, mało znaną nawet koneserom. Sięga po Statkowskiego, Cherubiniego, Spohra, Bacewicz, Panufnika. Pasjonuje go poszukiwanie dzieł muzycznych mało popularnych, ale wartościowych. – Ludzie wyobrażają sobie, że dyrygent to starszy pan z szopą siwych włosów niczym Herbert von Karajan lub szalony Arturo Toscanini, który na próbach łamał batuty – śmieje się Łukasz Borowicz. – To świetne obrazki, ale mało mają wspólnego z rzeczywistością. Czasy tyranów i nieomylnych geniuszy się skończyły. Współczesna orkiestra to zgrana drużyna samodzielnych i wykształconych muzyków. Ważne jest, aby dyrygent umiał zorganizować im pracę, a oni mu ufali. Gdy się spotykamy, zdajemy sobie sprawę, że ważny jest efekt i mamy zagrać dobrze. Ale trzeba też być wyrozumiałym, bo orkiestra to przede wszystkim zespół artystów.

Wie, że nie jest nieomylny. Sam grał w orkiestrze i rozumie, że dyrygenci czasem popełniają błędy i próbują to ukryć. Takie zachowanie go śmieszy; przyznaje, że i jemu zdarzają się pomyłki. – Wykonanie muzyki jest jak sport ekstremalny, czasem nawet „jazda po bandzie” – mówi. – Kiedy gramy utwór w tempie bezpiecznym, tak aby było ładnie i nikt się nie pogubił, muzyka stygnie. Daję z siebie wszystko, żeby czuć ekscytację, podwyższone ciśnienie. Nie uznaję „letniego wrzątku”. Emocje wyzwalane przez muzykę są niewytłumaczalne, można je przyrównać tylko do euforii.

Uważa, że jego i orkiestry nie stać na nagrania „prawie dobre”. Borowicz wymaga od siebie, ale i od współpracowników totalnego oddania. – Czy kogoś, kto będzie słuchał naszego nagrania za kilkanaście lat, będzie obchodziło, że zupa w bufecie tego dnia była niesmaczna i popsuła nam humor? – żartuje. On sam zawsze był bardzo pracowity. To mama, która grała na fortepianie, zachęciła syna do skrzypiec. Na pytanie, czy jako mały chłopiec nie wolał się bawić na podwórku, grać w piłkę, zamiast godzinami trenować gamy, odpowiada stanowczo: – Nie! Zacząłem z ciekawości, ale gra wkrótce stała się pasją. Kryzysu nie miałem nigdy. Czasem dzieciom nie chce się pracować, męczą się, ale u mnie, jeśli było jakieś zawahanie, szybko minęło. Już w siódmej klasie byłem kompletnie „utopiony” w muzyce, jednak ona nigdy nie zamknęła mnie w żadnym kokonie, tylko otworzyła na świat. Dużo czytałem, nie miałem problemów z matematyką ani polskim – mówi ze śmiechem Borowicz. Nie ulega modom, niezależny był już jako nastolatek. W średniej szkole muzycznej, gdy inni ćwiczyli najczęściej zadawane przez pedagogów romantyczne koncerty, on sięgał do baroku. Na studiach w akademii muzycznej bez wahania wybrał dyrygenturę.

– Młodzi ludzie często rozważają sens swoich wyborów, ja nigdy nie miałem takich problemów. Zawsze wiedziałem, czego chcę. Ale przyznaję, że w moim życiu dużą rolę odgrywa przypadek. O zapisach na kurs dyrygencki w Sienie dowiedział się ostatniego dnia. W jednej chwili zdecydował, że musi tam pojechać. Zadzwonił, został przyjęty i spędził kilka tygodni we Włoszech. Innym razem podniósł z podłogi na szkolnym korytarzu w Akademii Muzycznej kartkę z informacją o włoskim konkursie dyrygenckim. Wziął w nim udział i zdobył drugą nagrodę. Teraz większość czasu spędza na próbach, nagraniach. Odpoczywa, gdy zajmuje się swoim hobby. Pasjonuje się sprzętem muzycznym, zbiera płyty winylowe.

– Zdarza się, że kompakty po kilkunastu latach utleniają się i psują, kasety magnetofonowe rozmagnesowują. A winyle pozostają nienaruszone – dodaje dyrygent. – Kiedyś kupiłem kolekcję płyt, do których były dołączone kartki z datą i miejscem zakupu, a czasem wycinki z gazet. Lubię je czytać, bo dzięki temu wiem, co wydarzyło się np. w marcu 1972 roku, jakie nosiło się ubrania, reklamowało samochody. To okruchy historii, które pieczołowicie kolekcjonuję. Ostatnio dostałem też prezent od rodziny mojej narzeczonej – zestaw przedwojennych winyli, m.in. „Czarodziejski flet” Mozarta. Dziewczyna Łukasza, Ola, często śmieje się, że gdy razem podróżują, Łukasz ledwie postawi walizkę, to wybiega z hotelu. Szuka sklepu z płytami i od razu go znajduje. Spędza tam całe godziny.

Swoją dziewczynę poznał w operze. Niedawno Ola założyła fundację promującą kulturę. Razem tworzą projekty, dzięki którym muzyka staje się bliższa ludziom. Dyrygent do tej pory pamięta, jak kilka lat temu uczestniczył w projekcie „Pociąg do muzyki Kilara”, w ramach którego wraz z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia jeździł koleją do różnych miejscowości. – Graliśmy w przygranicznej Medyce – mówi. – Koncert odbywał się na żużlowej drodze. Niektórzy mieszkańcy pierwszy raz słuchali na żywo orkiestry symfonicznej i byli zachwyceni. Rozmawiałem potem z pewnym chłopakiem. Powiedział mi, że graliśmy tak, „jakby odrzutowiec startował, i było czadowo”. Borowicz ma wiele marzeń – chciałby popularyzować muzykę, dać każdemu możliwość wyboru, czego chce słuchać, stworzyć okazję do kontaktu z muzycznymi arcydziełami.

– Często do muzyki klasycznej podchodzi się na zasadzie wyrażonej w „Misiu” Stanisława Barei: „W życiu bym do teatru nie poszedł”. Jeśli udałoby się zminimalizować takie myślenie, byłoby wspaniale. Metoda jest jedna: pozostawać otwartym na publiczność, nie izolować jej, zabiegać o nią i zapraszać do „naszego” świata.

Królik w gabinecie

Anna Streżyńska

Ma 43 lata. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Polsce. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej tydzień ma dokładnie rozpisany. Mogłaby wydać całą pensję na książki. - Nie tylko na "wielką" literaturę. Lubię czytać o przygodach ludzi biznesu, którzy zostawiają pracę i zamieszkują na prowincji. Też bym tak chciała - mówi.

Czy w osiągnięciu sukcesu bardziej pomaga szczęście, czy ciężka praca? A może czasem warto odpuścić i zaimprowizować? Tego typu pytania stawia w swoich książkach Malcolm Gladwell, pisarz uznany przez tygodnik „Time” za jednego z 100 najbardziej wpływowych myślicieli świata. – Gladwell to świetny popularyzator epoki ponowoczesnej – mówi Anna Streżyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Znajduję w jego ideach wiele dla siebie. On często pokazuje historie ludzi, którzy znajdują się we właściwym czasie i miejscu, a dodatkowo pomagają szczęściu ciężką pracą.

Spotykamy się w samo południe. Pani prezes jest od czterech godzin w pracy. W jej gabinecie panuje idealny porządek, tylko na biurku piętrzą się teczki. Odrywa się od komputera, w którym zdążyła odpowiedzieć już na kilkadziesiąt e-maili: oficjalnych od ministrów, jak i od zwykłych ludzi, którzy skarżą się na firmy i proszą o pomoc. W czarnej koszuli i ciemnych spodniach wydaje się krucha. Widać po niej zmęczenie. – Jestem w szponach pracoholizmu – przyznaje szczerze. – Codziennie mówię sobie: „Dość. Trzeba coś z tym zrobić!”.

W każdy piątek wieczorem porządkuje biuro, rozpisuje dokładny harmonogram na następny tydzień. Najwięcej wymaga od siebie, wobec pracowników jest wyrozumiała, chociaż łatwo wybucha, jednak szybko jej przechodzi, stosuje „miękkie formy zarządzania”. – A przynajmniej tak mi się wydaje, ale lepiej byłoby spytać moich kolegów. Być może wielu się z tym nie zgodzi – śmieje się. – Ludzie lubią, jak stawia się przed nimi ambitne zadania, ale nie każdy pracownik ma podobne tempo. Trzeba pomóc, zmotywować. Liczę na zapaleńców, bo nie dziwię się, że ludzie stąd odchodzą ze względu na niskie zarobki. Sama zarabiałam czterokrotnie więcej we własnej firmie.

Po stresującym dniu najlepiej odpoczywa przy książce. Czyta nałogowo. Wpada na chwilę do empiku i wychodzi z naręczem lektur. – W księgarniach muszę się pilnować, bo gotowa jestem wydać fortunę i to wcale nie na „wielką” literaturę – mówi. – Lubię też czytać o przygodach ludzi biznesu, którzy zostawiają pracę i zamieszkują na prowincji, cieszą się życiem. Też bym tak chciała. Perfekcjonizm ma w genach. Była najlepszą uczennicą, nauka przychodziła jej łatwo. W stanie wojennym, chodziła wtedy do żoliborskiego liceum, wciągnęła ją młodzieżowa działalność opozycyjna. Po maturze za wszelką cenę chciała się usamodzielnić, pracowała dorywczo. Na studia zdała za trzecim razem.

– Na prawie poczułam, że jestem na właściwym miejscu, kiedy trafiłam na seminarium z prawa administracji do jednego z twórców reformy samorządowej Michała Kuleszy. Jeszcze na studiach urodziła dwie córki: Julię i Emilię. Przyznaje otwarcie, że nie koncentrowała się na praniu pieluch, tylko starała się dokształcać. Mąż pracował jako terapeuta uzależnień w szpitalu psychiatrycznym za marną pensję. W końcu namówiła go, aby został z dziewczynkami, a ona jako prawnik będzie zarabiała na dom. Na jej ofertę odpowiedział Urząd Antymonopolowy. Po kilku latach zaczął ją drażnić urzędniczy marazm. Profesor Kulesza ściągnął ją do prywatnej kancelarii. Szybko stała się jednym z nielicznych ekspertów od prawa komunikacyjnego. Pracowała w Ministerstwie Łączności jako doradca trzech kolejnych ministrów, a po upadku rządu AWS rozkręciła własną firmę doradczą, doskonale zarabiała. Wkrótce dostała propozycję objęcia stanowiska podsekretarza stanu, a potem prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Właśnie w styczniu minęły cztery lata szefowania.

Dwa lata temu dopadły ją poważne kłopoty zdrowotne. „Chyba nie jestem z żelaza, muszę bardziej dbać o siebie”, pomyślała. Do końca kadencji w UKE pozostało jej półtora roku. Obiecała sobie, że wtedy zastanowi się, co dalej i wreszcie odpocznie. Rano w sobotę robi zakupy, później sprząta. Potem pada i śpi kilkanaście godzin. – Mąż wziął na siebie większość obowiązków domowych. Nie skarży się, to bardziej ja mam z tym problem, bo przed laty zmusiłam go, żeby zostawił pracę. Ale on jakoś wytrzymuje. Na wsi pod Warszawą, gdzie mieszkamy, ciągle odwiedzają go sąsiedzi. Wszystkim doradza i pomaga. Przygląda się ludziom, przyrodzie. Kilka lat temu zapisała się z mężem na zajęcia z tańca towarzyskiego.

– Było świetnie, ale oczywiście zabrakło mi czasu na nie, musiałam zrezygnować – dodaje ze smutkiem. Inna pasja to ogród. Kwiaty i drzewa mogą na nią poczekać, ale córki nie. Dziewczyny mają jej za złe wieczną nieobecność. Gdy oglądają ją w telewizji, krytykują: „Mamo, wyglądasz babciowato”. Nie lubi eleganckich przyjęć, choć kilka razy w roku musi w nich uczestniczyć. Wtedy nosi żakiet. Przyznaje, że ciuchy to jej konik, ale nie sukienki czy kostiumiki. Dla siebie i córek wyszukuje ubrania na Allegro. – W ten sposób zdobyłam za grosze świetny płaszcz – opowiada. – Zwykle w zimie chodziłam w krótkiej puchówce, ale pani prezes w randze ministra chyba nie wypada. O, i te buty też – wyciąga nogi spod biurka i pokazuje mi eleganckie pantofle.

Relaksuje ją obserwowanie zwierząt. Ma w domu królika, psy, kiedyś były rybki i koty. – Poprzedni królik przez jakiś czas przebywał ze mną w gabinecie – wspomina. – Lubiłam na niego patrzeć, ale miał w zwyczaju obgryzać gościom obcasy, więc musiałam go zabrać. Teraz królik godzinami bawi się z psem Leonem. To kundel, którego Julka przyniosła, gdy był szczeniakiem. Jest kochany, ale głupiutki. O, proszę popatrzeć – i pani prezes na ekranie komórki pokazuje mi radosnego psa. – Mówię Leonowi: „leżeć”, a on podaje łapę. Rozkazuję: „siad”, a on się kładzie łapami do góry. Ale rozbraja mnie swoim wiecznie uśmiechniętym pyskiem, jemu odpuszczam wszystko – dodaje ze śmiechem.

Monika Głuska-Bagan

Pani 03/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje