Reklama

Reklama

Kinga

Osiągnęłam taki moment w życiu, że jest mi dobrze. Dostałam bardzo dużo od losu, ale też nie zmarnowałam okazji, żeby szczęściu pomóc. Na swój sukces ciężko pracowałam, nic nie spadło mi z nieba - mówi Kinga Rusin.

Mój dom to kobiety.

Rodzice rozstali się, gdy miałam pięć lat, wychowywały mnie mama i babcia. Babcia była generałem, rządziła twardą ręką, do niej należało ostatnie słowo. Rzadko się uśmiechała, dziś rozumiem dlaczego – dziadek zginął w Powstaniu Warszawskim, ona została z trójką dzieci. Przed wojną nie pracowała, nagle musiała nauczyć się zdobywać pieniądze, utrzymać rodzinę. Była dzielna, ze wszystkim radziła sobie sama. Wychowywałam się w Warszawie wśród opowieści wojennych, wspomnień o dziadku. Żyłyśmy skromnie i zawsze towarzyszyła mi myśl, że nie mogę zawieść moich bliskich, muszę być nawet lepsza, niż tego oczekują.

Reklama

Mama nie wydawała poleceń wprost, ale swoją postawą dawała mi do zrozumienia, czego ode mnie oczekuje.

Odczytywałam te komunikaty, starałam się im wyjść naprzeciw, sprostać. Chciałam, żeby babcia i mama były ze mnie dumne, chciałam być taka dzielna jak one. Mama nie starała się być moją koleżanką, hierarchia w rodzinie była dla mnie oczywista. Chociaż nie miałyśmy wspólnych zainteresowań, we wszystkim mi sekundowała.

Do dziś zastanawiam się, skąd wzięła się moja wielka pasja do sportu, bo na pewno nie od rodziców. Byłam pierwszą osobą w rodzinie, która zaczęła jeździć na nartach, na rolkach, konno, grać w tenisa i pływać. Za to wyłamałam się z innej rodzinnej tradycji – ku rozpaczy babci i rodziców nigdy nie pociągał mnie brydż. Szybko okazało się też, że w odróżnieniu od nich jestem humanistką. Obydwoje związani byli z handlem zagranicznym.

Mama o mojej pracy w telewizji dowiedziała się późno.

Byłam na trzecim roku studiów, a ona pracowała wtedy za granicą. Wiedziała, że wygrałam konkurs na prezenterkę telewizyjną, ale chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co to w praktyce oznacza. Był rok 1993. Internet i przekazy satelitarne znajdowały się, choć dziś trudno w to uwierzyć, w sferze marzeń. Mama nie miała możliwości zobaczenia mnie na ekranie. Gdy wróciła do Polski, odebrałam ją z lotniska i powiedziałam: „Włącz telewizor, będę zapowiadała wieczorny film”. Była w totalnym szoku, spytała: „Słuchaj, ty robisz to co Krystyna Loska?”. W telewizji pracowali jeszcze wtedy Jan Suzin, Bogumiła Wander i Edyta Wojtczak, można powiedzieć, że byli moimi kolegami z pracy. To robiło wrażenie. Mimo wszystko mama nie traktowała wtedy mojej pracy zbyt serio.

Tata był specyficzny. Strasznie siebie lubił, nie do końca dorósł do roli męża i ojca. Gdy rodzice się rozwiedli i wyrwał się z domu, na kilka lat zapomniał, że ma wobec mnie jakieś zobowiązania. Pojawiał się znienacka z workami prezentów, potem na długo znikał. To się zmieniło, gdy miałam jakieś dziewięć lat. Tak jakby sobie nagle uświadomił, że jednak jestem najważniejszą dla niego osobą. Do końca dawał mi poczucie, że nawet w najgorszych sytuacjach mogę na niego liczyć. To było bezcenne, pomagało mi w życiu.

Mama jest osobą ostrożną, skrupulatną, odpowiedzialną, w odróżnieniu ode mnie umie się podporządkować, potrafiła pracować na etacie, od – do… Nie rozumiała i obawiała się moich szalonych pomysłów. Gdy założyłam firmę producencką, była lekko przerażona. Ojciec odwrotnie, aż umierał z radości. Im bardziej irracjonalny miałam pomysł, tym większą euforię u niego wywoływał. Gdy moja mama usłyszała, że postanowiłam produkować kosmetyki, nie zareagowała zbyt entuzjastycznie. Gdyby tata tego dożył, myślę, że powiedziałby: „Widać, że jesteś moją córką”. Robił same niestandardowe rzeczy, w wielu dziedzinach był prekursorem. Myślę, że część jego twórczego szaleństwa spłynęła na mnie.

Niestety, nie wszystko potrafił doprowadzić do końca. Niektóre projekty wymyślone przez niego 20 lat temu teraz dopiero wchodzą w życie. Na przykład w 1994 roku przeniósł się do Ełku, bo w Suwalskiem zrobili wolną strefę ekonomiczną. Rozpisał biznesplan i miał zamiar zakładać hodowle dzikich zwierząt i bażantów na mięso. Był tym zafascynowany. Wszyscy się stukali w głowę, podcinali mu skrzydła, w końcu wrócił do Warszawy. Dziś na Mazurach nie ma już strefy ekonomicznej, ale hodowli dzikich zwierząt jest pełno. Ludzie skorzystali z biznesplanów taty. Potem założył firmę przetwarzającą śmieci. Zaangażował się też w fundację, która miała doprowadzić do „wskrzeszenia” króla polskiej puszczy, czyli tura. Był w jej władzach, zbierał pieniądze na badania nad pozyskaniem DNA. Fundacja działa do dziś. Był kopalnią pomysłów, pełen energii, zaangażowania, pasji. Nigdy nie dorobił się wielkich pieniędzy.

Tata uważał, że należy mi się od życia wszystko co najlepsze, więc na osiemnaste urodziny kupił mi malucha.

Żaden z nauczycieli w moim liceum nie miał wtedy samochodu, więc wstydziłam się nim jeździć do szkoły. Parkowałam trzy ulice dalej, żeby nikt mnie nie zobaczył. W wakacje wpadłam na pomysł, żeby jechać w podróż po Europie. Sama. Ojciec powiedział: „Super!”. Mama: „Na głowę upadłaś, mowy nie ma. Dopiero dostałaś prawo jazdy, a jak samochód ci się po drodze zepsuje?”. Odpowiedziałam: „To pójdę do warsztatu, zapytam, co się najczęściej w maluchu psuje, i nauczę się to naprawiać”. I mechanicy pokazali mi, jak zmieniać pasek klinowy, w jaki sposób zapobiegać przegrzaniu chłodnicy. Wzięłam części zapasowe i pojechałam. Mama umierała z nerwów, co kilkadziesiąt kilometrów musiałam dzwonić i się meldować. Spałam w samochodzie na parkingach. Teraz, gdy wspominam ten wyjazd, wiem jedno: w życiu bym na to nie pozwoliła moim córkom.

W siódmej klasie podstawówki wymyśliłam,

że będę zdawała do liceum z wykładowym angielskim, choć w szkole miałam tylko rosyjski. Mama znalazła mi nauczycielkę angielskiego, co nie było proste w tamtych czasach. Mieszkała na Ursynowie, ja na Woli. Musiałam dojeżdżać dwoma autobusami, zajmowało mi to godzinę dwadzieścia w jedną stronę. Dwa lata tak funkcjonowałam, ale zdałam.

Do dziś mam takie pomysły. Coś mi się rodzi w głowie, zaczynam w to wierzyć i muszę spróbować. Jestem uparta. Tak było z Pat & Rub by Kinga Rusin. Idea narodziła się w piaskownicy, gdzie spędzałyśmy czas z moją przyjaciółką Magdą Naklicką i naszymi dziećmi. Obie byłyśmy zafascynowane kosmetykami naturalnymi.

Naszym entuzjazmem zaraziłyśmy formulantkę, panią Zuzannę Kalman, która teraz tworzy dla nas receptury kosmetyków. Jednak nic nie opuści laboratorium, dopóki sama tego nie wypróbuję. Kreuję wizerunek marki, daję jej moje nazwisko, czas, pieniądze, choć kilka lat temu z łatwością mogłam sporo zarobić, występując w reklamie kosmetyków. Ale nie chciałam tak po prostu odcinać kuponów od popularności, wolałam zaryzykować i zbudować coś swojego. Coś, pod czym naprawdę, z czystym sumieniem mogłabym się podpisać. Jestem z siebie dumna, mimo że cały czas finansowo nie wyszłam jeszcze na prostą.

Własny biznes to dla mnie nowe doświadczenie,

zupełnie inne od telewizyjnego świata. Taka odskocznia jest, moim zdaniem, zdrowa. Pozwala z pewnym dystansem spojrzeć na pracę przed kamerą. Wielu osobom wydaje się, że praca w telewizji to żadna filozofia: wystarczy usiąść i coś tam powiedzieć, że to nic nie kosztuje, że nie wkładam w to wysiłku. Uwielbiam swoją pracę, daje mi olbrzymią satysfakcję, ale potrafi też strasznie zdołować. Wyjdzie coś nie tak, jak chcę, zostanę źle oceniona i cierpię. Żyję czasami w stresie i pod presją.

Dodatkowo telewizja wytwarza taką "nierzeczywistą rzeczywistość", nierealny świat, a rozpoznawalność, popularność czasem wymuszają inną postawę, tzw. publiczny wizerunek. Pracuję teraz nad książką, do współpracy zaprosiłam panią psycholog. Po naszym pierwszym spotkaniu w restauracji powiedziała mi: "Weszła tu Kinga Rusin, w czasie rozmowy to już była Kinga, a wyszła znów Kinga Rusin". To mnie zastanowiło. Chyba rzeczywiście tak jest, że kiedy człowiek czuje na sobie spojrzenia innych ludzi, przybiera "publiczną twarz". Staram się nie zwracać uwagi na to, że na mnie patrzą, ale ciężko nie wkładać maski, nie spinać się, nie denerwować.

Są chwile, kiedy kompletnie się wyluzowuję, np. gdy jadę uczyć się kitesurfingu. Cały dzień chodzę w piance do pływania, bez makijażu, w kasku. A później wracam do Polski i widzę w gazecie zdjęcia, które ktoś zrobił mi z ukrycia. Widział, że jestem tam prywatnie, wypoczywam z przyjaciółmi, a mimo to nie miał żadnych oporów, żeby potraktować mnie przedmiotowo i na mnie zarobić.

Sytuacje kryzysowe mobilizują mnie do działania.

Wtedy ujawniają się pewne cechy, które umożliwiają mi osiąganie zamierzonych celów, takie jak: determinacja, wytrwałość, upór, zaradność, przebojowość. To są przymioty właściwe ludziom w zależności od ich charakteru, a nie płci. Znam silne i zaradne kobiety i słabych, bezwolnych mężczyzn. Czy kobieta, żeby była kobieca, musi być od razu bezbronna i cicha? A gdy jest silna, czy znaczy to, że jest męska? Nie zgadzam się na takie uogólnienia.

Mężczyźni mogą płakać, jeżeli mają powód, a kobiety mogą głośno wyrażać swoje poglądy, jeżeli chcą i mają coś do powiedzenia. W telewizji płeć, na szczęście, nie odgrywa roli. Dlatego mamy Durczoka i Pochanke, Kolendę-Zaleską i Sekielskiego, Olejnik i Rymanowskiego. Dlaczego akurat oni osiągnęli sukces? Bo są zdolni, pracowici, pasjonuje ich ta praca i mają do niej wyjątkowe predyspozycje.

Na ekranie, szczęśliwie, nie musimy na siłę wprowadzać parytetów. Jest chyba tylko jedna sytuacja, kiedy słyszę, że jest we mnie dużo z mężczyzny. Kiedy ścigam się na nartach. Jeżeli to oznacza, że ktoś docenia moje zaangażowanie, poświęcenie i wolę walki, to odczytuję to jako komplement. Zresztą wystarczy spojrzeć na Justynę Kowalczyk. Akurat o niej trudno powiedzieć, że nie jest kobieca.

Trzy lata temu po wygranej w "Tańcu z gwiazdami"

uruchomiłam swoją stronę internetową. Opisywałam tam moje spostrzeżenia, przemyślenia. Z jakiejś przyczyny kilkanaście tysięcy ludzi postanowiło do mnie napisać. Po pierwsze, szukając interlokutora, po drugie, rady, a po trzecie, i mam wrażenie, że to jest najważniejsze, żeby po prostu się zwierzyć, bo przez swoje życiowe doświadczenia jestem im bliska, nie widzą we mnie papierowej postaci, tylko człowieka, który sam musiał się w życiu borykać z przeróżnymi problemami.

Na podstawie tych maili zaczęłam pisać książkę. Nie z pozycji kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy. Dzielę się swoimi doświadczeniami, opowiadam o rzeczach, które mnie ukształtowały, a psycholog to podsumowuje i ocenia z naukowego punktu widzenia. Ale nie ma tam ekshibicjonizmu. Nie wylewam żalów, nie opisuję historii, które kogoś mogą dotknąć. Pierwszy szkic książki powstał bardzo szybko, ale z różnych przyczyn nie doszło do publikacji. I całe szczęście. Dziś mam inną perspektywę, w rezultacie książka jest dojrzalsza. Na pewne refleksje trzeba poczekać, problemy przemyśleć, poświęcić im więcej czasu. Dla mnie ta książka jest też rodzajem psychoterapii.

Życie nauczyło mnie,

że nigdy nie można zaufać drugiej osobie w stu procentach, pewne rzeczy muszą zostać tylko dla nas. Nie oznacza to, że odcinam się od ludzi. Wręcz przeciwnie. Pielęgnuję znajomości, na których się nie zawiodłam, dbam o relacje z osobami, z którymi mogę szczerze porozmawiać. Mam takich przyjaciół, którym nie bałam się zwierzyć, i wiem, że to, co im mówiłam, potraktowali poważnie, z pełną świadomością, że to było przeznaczone tylko dla ich uszu.

Jak ważne są te przyjaźnie, przekonałam się w trudnych momentach mojego życia. Musiałam stanąć mocno na nogi i wtedy okazało się, że gdy jedni ludzie mnie zawiedli, inni mi pomogli. Choć sporo osób w tamtym czasie nie zdało egzaminu, nie podkopało to mojego zaufania do ludzi w ogóle. Może to wynika z mojej naiwności, otwartości, ale ja cały czas wierzę, że z założenia wszyscy są dobrzy. Nie lubię szukać wrogów wokół siebie. Często dostaję po głowie za taką postawę, bo za szybko się zakolegowuję. Kilka razy musiałam połknąć gorzką pigułkę, bo okazywało się, że te znajomości były obliczone na jakiś zysk. Mimo to uwielbiam przebywać z ludźmi, jestem towarzyska. Złapałam się na tym, że jak przez chwilę nikogo nie ma w domu, to najpierw myślę: "Super, poczytam w spokoju książkę, podelektuję się samotnością". A po godzinie już się zastanawiam, do kogo zadzwonić, z kim się spotkać. Po to się w końcu żyje.

Często słyszę od ludzi,

że lubią mój optymizm, widzą we mnie kobietę, która potrafiła się podnieść, pozbierała się, ogarnęła i poradziła ze wszystkimi problemami. Jednak nie jestem wieczną optymistką, cały czas muszę się zmagać z negatywnymi emocjami, dopadają mnie też smutne refleksje, czasami uśmiecham się na siłę.

Poczucie własnej wartości wynosi się z domu albo trzeba je samemu zbudować. W moim wychowaniu było dużo wymagań, cały czas musiałam zadowalać moich bliskich i siebie samą. Musi przyjść taki moment, gdy rodzice jednak odpuszczą i powiedzą dziecku: "Już jest super, jesteś najlepszy". Tego nie usłyszałam, dlatego w dorosłym życiu musiałam nauczyć się doceniać samą siebie.

Kiedyś szukałam poczucia własnej wartości w relacjach z innymi ludźmi.

Długo myślałam, że coś znaczę tylko wtedy, gdy jestem z kimś, a jak jestem sama, to we własnych oczach jestem warta niewiele. Nie potrafiłam przyjmować komplementów. Pewnie pogłębił to fakt, że jestem osobą znaną. Nieraz zastanawiałam się, czy ktoś mówi mi coś miłego szczerze, czy też czemuś to służy. A teraz biorę głęboki oddech i gdy słyszę, że ładnie wyglądam, tłumię odruch, by zaprzeczyć. Przestałam traktować komplementy jako element jakiejś gry. Nabieram luzu.

Relacja z drugim człowiekiem,

jeśli jest szczęśliwa, budująca, dowartościowująca, jest najpiękniejszą rzeczą w życiu. Jeżeli zabiera tożsamość, pozbawia radości życia, może być największym koszmarem. Żeby związać się z kimś, trzeba zrobić dla niego miejsce w swoim świecie. Ja od razu zadaję sobie pytania: "A co, jeśli on tego świata nie zaakceptuje? Czy mogę mu w stu procentach zaufać? Czy mogę otworzyć się na tyle, żeby się nie bać, że kiedyś to wykorzysta i mnie zrani?". To jest okropne, wiem, bo w uczuciu najważniejsze jest oddać się, otworzyć szeroko ramiona.

Moja ostrożność wynika z nie najlepszych doświadczeń. To, że w tym momencie nie mam partnera, nie przeraża mnie ani nie dołuje. Może w życiu nie można mieć wszystkiego? Nie chcę przez to powiedzieć, że to jest cena za mój sukces. Tak po prostu się ułożyło. Brak związku nie determinuje mojego poczucia szczęścia.

Gdy mam słabsze momenty,

szukam kontaktu z ludźmi pozytywnymi, zaczynam organizować życie swoje i swoich bliskich. Szukam wydarzeń budujących, alternatywnych źródeł radości. Najwięcej szczęścia daje mi sport. Lubię się wyżyć, zmęczyć, upuścić energię.

Szukam też kontaktu ze sztuką, która pozwala mi się oderwać od rzeczywistości. Pasjonuję się rzeczami offowymi, niszowymi filmami, sztukami wizualnymi. Kiedyś zabrałam znajomych na dekonstrukcję jazzu. Trzech panów grało na perkusji, saksofonie i kontrabasie. Bardzo głośno, każdy co innego. Przy czymś takim nie można w ogóle myśleć. To bardzo oczyszczające uczucie. Cenię muzykę skandynawską, np. Sigur Rós, Koop, Komeda, Little Dragon, Likke Ly. Podoba mi się kinematografi a i literatura południowoamerykańska. Lubię i doceniam niestandardowe pomysły.

Kiedy coś mi się nie układa w życiu osobistym, staję się twórcza i rzucam się w wir pracy. Najlepsze rzeczy udało mi się zrobić w chwilach kryzysu. Gdy kończy się związek, natychmiast całą energię, a mam jej dużo, kumuluję twórczo. Wszystko mi się chce robić, nie chce mi się spać. Nie jestem w stanie równo swojej energii porozdzielać. Równo jest tylko w domu, bo dzieci były i są najważniejsze. One zresztą o tym wiedzą, dlatego trudno było mi przekonać moje córki, że muszą się też liczyć z moimi potrzebami, że mam prawo do swojego życia, zainteresowań. Mówię dzieciom, że moja praca to nie tylko źródło naszych dochodów, ale i największa pasja, dzięki której się spełniam i jestem szczęśliwa. One muszą zaakceptować, że raz mam dla nich dużo czasu, innym razem mniej.

Wielokrotnie słyszałam, że jestem trudna.

Łatwo mi przyczepić łatkę, bo w pracy jestem wymagająca. Lubię, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, nie potrafię nic robić na pół gwizdka. Mam wrażenie, że ci, którzy ze mną pracują, rozumieją to i akceptują.

Kiedy Bartek Węglarczyk dołączył do programu, jego koledzy o niczym innym nie chcieli z nim rozmawiać, tylko o tym, czy to prawda, że jestem nie do życia. W końcu zrobił sobie koszulkę z napisem: "Z Kingą pracuje się świetnie", żeby, jak mówi, uciąć te dyskusje. Muszę przyznać, że to było bardzo miłe. Myślę, że jak ktoś już wejdzie na mój poziom zaangażowania, będzie mu się dobrze ze mną pracowało. Jestem bardzo zżyta z zespołem "Dzień dobry TVN", po kilku latach wspólnej pracy zdążyliśmy się poznać, zaakceptować i polubić.

Podobnie jest w "You Can Dance". Pracujemy pod dużą presją, gdybyśmy się nie lubili i nie mieli do siebie nawzajem szacunku, to naszej wspólnej pracy nie dałoby się na ekranie oglądać. Pierwszą osobą, z którą przed programem mam kontakt, jest makijażysta. Dla mnie, oprócz jego profesjonalizmu, tak samo ważne jest to, czy ma dobrą energię, jest fajnym, pogodnym człowiekiem. Przecież to on jako pierwszy mnie dotyka! Jeśli byłby wściekły, że musi rano wstać, że pracuje ze mną, choć mnie nie lubi, to, chcąc nie chcąc, byłabym zdenerwowana i spięta. Potrzebuję wokół siebie empatii, zrozumienia, a może nawet trochę pobłażliwości.

Jeżeli z różnych przyczyn do wejścia na wizję została minuta, a ja nie mam podpiętego mikrofonu, lubię mieć przy sobie kogoś, kto powie: "Nie denerwuj się, zrobię tak, żeby kabelki nie sterczały, zdążymy". Może to są drobiazgi, ale szalenie ważne. Moje stanowisko pracy musi być przygotowane perfekcyjnie. Inaczej nie potrafię. Wystarczy, że jedna osoba nawali i coś nie zadziała, a odpowiedzialność spada na mnie, bo to mnie widzowie oglądają. Dlatego chciałabym pracować w zespole, gdzie wszyscy mają tego świadomość. A jak się taki zespół tworzy, to, niestety, są ofiary. A te ofiary nie chcą przyznać, że nie dały rady, wolą opowiadać, że Rusin jest straszna.

Osiągnęłam taki moment w życiu, że jest mi dobrze.

Nauczyłam się być ze sobą i cały czas uczę się lubić siebie bezwarunkowo. Wieczorem kładę się do łóżka i myślę: "Ale mi fajnie, to był udany dzień". Mam w ręku książkę, którą z przyjemnością czytam, słucham muzyki, którą lubię, wyszłam z pracy, gdzie było miło, i zrobiłam coś, co spodobało się nie tylko mnie, ale i widzom, porozmawiałam wieczorem z córkami o ważnych sprawach. Dla mnie szczęście to małe rzeczy. Dostałam bardzo dużo od losu, ale też nie zmarnowałam okazji, żeby szczęściu pomóc. Na swój sukces ciężko pracowałam, nic nie spadło mi z nieba.

Strasznie mnie korci, żeby zrobić coś,

czego nikt się po mnie nie spodziewa. Sama nie wiem, co miałoby to być, pomysł jeszcze się nie wyklarował, ale wiem, że przyjdzie moment, gdy wybuchnie, porazi mnie. Bardzo lubię to, co robię, ale czasem chciałabym być w takim punkcie życia, żeby zrezygnowanie ze wszystkiego co mam, nic mnie nie kosztowało. Żebym mogła powiedzieć: "Jadę w podróż dookoła świata, wracam za dwa lata". Mam mnóstwo zobowiązań, kontraktów, umów, kredytów. Dzieci i dom.

Jestem niewolnikiem i sama doprowadziłam się do takiego stanu. Czasem czuję się, jakbym miała swego rodzaju obrożę zaciskową na gardle, jakbym była balonem przytwierdzonym do ziemi dziesięcioma kotwicami. A pragnęłabym ulecieć, zrobić coś szalonego, podejmować decyzje, które zależą tylko i wyłącznie od mojego widzimisię. Być może nigdy nie zrealizuję tego marzenia i nie rzucę wszystkiego, ale chciałabym móc powiedzieć: "Mogę to zrobić, jeśli tylko zechcę".

Katarzyna Olkowicz

Pani 04/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje