Reklama

Reklama

Mam prawo do przyjemności

Danuta Stenka

Kiedyś, gdy ją chwalono, uważała, że na to nie zasłużyła. A kiedy ją krytykowano, rozpadała się na kawałki. Dziś Danuta Stenka czuje się silna i nie ogląda się na nikogo. Tylko żałuje, że okazji do flirtu jest w jej życiu coraz mniej...

Mówią, że Stenka jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

Danuta Stenka: - Butelka coraz bardziej zakurzona, omszała, ale zawartość z każdym rokiem cenniejsza. Z tym mogłabym się zgodzić (śmiech). Choć ostatnio moja młodsza córka, przeglądając stare zdjęcia, powiedziała: "Mamo, wiesz co? Ty teraz wyglądasz o wiele lepiej niż kiedyś". Na to ja: "Ale popatrz, jaką tutaj miałam gładką buźkę". A ona: "No tak, ale ja wolę ciebie teraz. Jesteś ciekawsza" (śmiech). Na co dzień nie mam bólu związanego z wiekiem. Choć zdarzają się sytuacje, kiedy wolałabym pożyczyć moje opakowanie z młodszych lat. Zazwyczaj są to refleksje związane z zawodem. Tutaj to, ile aktorka ma na liczniku, odgrywa nierzadko decydującą rolę. Tnie jak skalpel.

Reklama

Ale akurat pani chyba nie ma powodów do narzekania. Najciekawsze propozycje zaczęła pani dostawać właśnie po czterdziestce i wydaje mi się, że dobra passa trwa. W ostatnim sezonie zagrała pani dwie fantastyczne role: w "Drugiej kobiecie“ (reż. Grzegorz Jarzyna) w TR Warszawa i w "Lodzie“ (reż. Konstantin Bogomołow) w Teatrze Narodowym.

- Rzeczywiście, lata mijają, a teatr jest dla mnie niezwykle łaskawy. Lubię go, daj Boże, żeby nadal z wzajemnością. Może dla dojrzałych aktorek nie jest tu tych ról tak wiele jak dla płci przeciwnej, ale są. Ciekawe, piękne role, a nawet wielkie rólska na miarę dojrzałości człowieczej i aktorskiej w tym wieku. Natomiast w filmie jest dużo gorzej. Pamiętam wywiad z Meryl Streep - była przed pięćdziesiątką - w którym mówiła, że jej czas jako aktorki już się powoli kończy, że jest już na równi pochyłej. Pojawiły się młodsze i ona zdaje sobie sprawę z tego, że będzie dostawała coraz mniej propozycji, aż wreszcie inni zajmą jej miejsce.

No i myliła się. Wciąż gra, i to jeszcze jak.

- Pewnie doszła do takich wniosków, obserwując losy swoich wielkich poprzedniczek. Niestety, aktor płci żeńskiej to podgatunek aktora skazany na krótszy żywot. I tak się dzieje nawet w Stanach, gdzie wspaniale rozwinął się przemysł filmowy. Ostają się tylko diamenty takie jak Streep. A u nas? Filmów co kot napłakał. Nie wiem, czy w ogóle powstają ciekawe scenariusze z rolami dla dojrzałych kobiet. Może i są, tylko nikt po nie nie sięga, bo nie interesują producentów... Podejrzewam, że u nas nawet Meryl Streep nie miałaby za dużo roboty (śmiech).

Chyba aż tak źle nie jest. Niedawno powstały przecież dwa znakomite filmy: "Róża" Wojciecha Smarzowskiego i "Ida" Pawła Pawlikowskiego, i w obu tytułowe role zagrała Agata Kulesza, aktorka, podobnie jak pani, dojrzała.

- Ale Agata jest po czterdziestce, ja myślę o rolach dla pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatek. Czterdziestka to jest jeszcze dobry wiek dla aktorki. Dopiero później robi się pustka. Nie ma propozycji, nie ma tematów, zainteresowania. Ta sytuacja napawa mnie nie tyle lękiem, co smutkiem, bo w dojrzałym wieku stajemy się przecież jak drzewa bogatsi o kolejne słoje, wielowarstwowi, ciekawsi. Przy czym mężczyźni aktorzy mogą z tego bogactwa czerpać, zdarza się, że wtedy zaczynają się ich kariery. Dla aktorek ten wiek oznacza wyrok, zawodową śmierć. Kobieta w filmie służy głównie jako ozdoba. Oczywiście, dobrze kiedy jest zdolna, jednak uroda często ma większą siłę przebicia niż talent.

A ja z kolei słyszę od młodych, urodziwych aktorek, że nie dostają ambitnych propozycji, bo są za ładne.

- Niestety, jest też u nas druga tendencja - do szufladkowania. Raz odczytany, ometkowany aktor zostaje wrzucony do odpowiedniej szuflady i może w niej tkwić do końca swojego zawodowego żywota. Będzie zawsze bezpiecznie obsadzany w takiej samej roli. Chyba że jakiś przypadek albo jego własna desperacja czy mądry, ciekawy człowieka, aktora reżyser pozwoli mu ujawnić jego inne barwy, zupełnie różne od tych poznanych, dyżurnych. Na Zachodzie zdjęcia próbne są dla aktorów chlebem powszednim. Nawet gwiazdy walczą o role, których w pierwszym odruchu by im nie powierzono.

Miałam taką sytuację: Kasia Grochola wielokrotnie polecała mnie do roli Judyty w "Nigdy w życiu", bo już mnie znała. Mimo to nie byłam brana pod uwagę, bo uważano, że jestem wyłącznie aktorką dramatyczną i nie nadaję się do komedii. Nawet nie chciano mnie zaprosić na zdjęcia próbne, żeby sprawdzić, czy autorka, która przecież tę postać stworzyła, jednak czegoś we mnie nie dostrzegła. Ale zdarzyła się również inna sytuacja. Wojtek Smarzowski powiedział, że chciałby zaproponować mi rolę, jednak ponieważ jego wyobrażenie o mnie różni się od postaci, którą miałabym ewentualnie zagrać, to proponuje mi rodzaj zdjęć próbnych - takie spotkanie-próbę przed kamerą w jednej ze scen, z aktorami, których już obsadził. Spotkanie się odbyło, Wojtek się zdecydował, niestety z powodów finansowych zmieniły się terminy i zdjęcia zaczęły się w czasie, kiedy miałam już intensywne próby w teatrze. Z tym reżyserem chciałabym pracować.

Kiedyś aktorki przyznawały się do wieku, gdy kończyły co najmniej 75 lat. Zresztą większość z nich i tak miała sfałszowane metryki. Wiek był tematem wstydliwym.

- I nadal jest - kobiety nie chcą się do niego przyznawać. Tym bardziej że osiągnięcia kosmetologii i medycyny estetycznej pozwalają im przedłużyć młodość. Tak jakby nie wypadało być w wieku powyżej jakiejś dopuszczalnej granicy. Moim zdaniem to jest, jak mówią młodzi, słabe. Wiek jest nieodłączną częścią, można by powiedzieć, że składową każdego człowieka. Ja, ta konkretna Danuta Stenka, składam się z takiego wyglądu, takich przemyśleń, takiej rodziny, takiej przeszłości i z tego konkretnego wieku, w którym się cała moja przeszłość, cała ja do tej chwili mieszczę. Danuta Stenka, lat 48, to ktoś zupełnie inny. Poza tym co dziś można ukryć? Wszystko jest w internecie (śmiech).

To sprawdźmy. W październiku skończy Pani 53 lata. Przemijanie panią martwi?

- Zawsze mnie bolało, od najmłodszych lat. Koniec roku szkolnego, koniec kolonii, koniec lata - wszystko było okupione łzami. Moja starsza córka też na to cierpi. Teraz może już nie płaczę - choć czasem się zdarza - ale każdy koniec przepełnia mnie smutkiem. Nawet kiedy kończy się jakaś praca i czuję ulgę, to równocześnie pojawia się żal, że pewna przygoda przeminęła, kolejny etap został zamknięty. Na zawsze.

Urodziny też są smutne?

- Skąd! To przecież święto. Choć były jedne bardzo smutne - trzydziestka. Obudziłam się z poczuciem, że to już koniec, wszystko mam za sobą. To były moje początki w Warszawie. Mąż został w Poznaniu, a ja tu wynajmowałam pokój i czułam się jak na zesłaniu, taka samotna. Pamiętam, że to był paskudny dzień, początek października, było zimno, padało. Wlokę się po schodach do Teatru Dramatycznego w Pałacu Kultury, wszystko takie wielkie, przytłaczające. Nagle drzwi się otwierają i wychodzi Jurek Satanowski. Musiałam mieć nie najciekawszą minę, bo zapytał, czy coś się stało. Odpowiedziałam: "Kończę dziś 30 lat. Beznadzieja". A on patrzy na mnie z uśmiechem i krzyczy: "Dziewczyyyno, wszystko, co najpiękniejsze, jeszcze przed tobą!". I oczywiście miał rację.

Czterdziestka mnie rozśmieszyła - jakoś tak sobie przyszła, jakby życie puściło do mnie oko. Kiedyś, podczas prób z Gabrysią Kownacką do przedstawienia Izabelli Cywińskiej "Pozwól mi odejść", powiedziałam: "Wiecie co, ta czterdziestka to niezły wiek, bardzo dobrze się z nią czuję". Na to Gabrysia: "A moja pięćdziesiątka?! Nigdy nie czułam się lepiej". Wtedy Cywińska, która przerabiała kolejną dekadę, mówi: "Co wy tam wiecie, dziewczyny, w moim wieku jest dopiero świetnie". Okazuje się, że im dalej, tym wcale nie musi być gorzej. Mam więc całkiem interesujące perspektywy. Czas z upływającymi latami biegnie coraz szybciej, dlatego pięćdziesiątka pojawiła się nagle, jakby znienacka. Zapowiedziała się nieźle, przywitała mnie bladym świtem - przed wyjściem do pracy - ogromnym bukietem pięknych białych róż od moich sąsiadów.

Z czym kojarzy się pani kobiecość?

- Z czymś miękkim, ciepłym, a równocześnie z siłą. Ale nie agresywną, kanciastą, tylko zatopioną w spokoju, taką, która nie rani. Nie zapomnę pewnej sytuacji, jaka wydarzyła się, gdy byłam w studium aktorskim w Gdańsku. Miałam wtedy 22, może 23 lata. Mieszkałam w Domu Aktora w Gdyni i jeździłam do teatru kolejką podmiejską. Pewnego dnia usiadłam naprzeciwko pani, która była w moim obecnym wieku, po pięćdziesiątce, więc wtedy wydawała mi się starszą osobą. Nie mogłam od niej oderwać wzroku, chociaż nie była jakoś wymyślnie ubrana, nie miała wyjątkowej fryzury czy makijażu. Owszem, wyglądała elegancko, była ładna, zadbana, ale przecież zdarzało mi się spotykać kobiety w jej wieku lepiej "zakomponowane". Jednak z niej emanowało coś niezwykłego, jakiś spokój, jakaś moc. Pomyślałam sobie: Boże, chciałabym być kiedyś taką kobietą. Dziś nie jestem w stanie przywołać jej obrazu, ale pamiętam wrażenie. Myślę, że ona po prostu dobrze się ze sobą czuła.

Pani też tak się czuje?

- Tak, chociaż ostatnio jestem trochę zmęczona. Nie mam takiej kondycji jak dawniej. To już jednak pięćdziesiątka! (śmiech) Nie udało mi się odpocząć po poprzednim sezonie, dwa duże rólska zjadły mnie z kopytami (śmiech). Są oczywiście jakieś doliny, historie, które mnie męczą, jakieś kule u nogi i kamienie u szyi, ale nie narzekam - tak jak jest, jest dobrze. Czasem trzeba się potknąć, poobcierać kolana, ale potem z reguły okazuje się, że czemuś to służyło. Tak jak w bajkach - na tych, którzy wybierają trudniejszą ścieżkę, przedzierają się przez cierniowe lasy, na końcu czeka nagroda.

Często się pani śmieje.

- Lubię się śmiać.

"Ona ma erotyczny stosunek do wszystkich. Uwielbia być kochana, kokietuje i flirtuje. Jej obecność na planie filmowym to jeden wielki flirt. Bez końca. Flirtuje z panem, który puszcza muzykę, i tym, który nosi mikrofon, a także z garderobianą i fryzjerką". Wie pani, kto to powiedział?

- Cywińska. Z flirtowaniem jest podobnie jak z aktorstwem. Trzeba mieć w sobie nieustającą gotowość: i emocji, i umysłu. Aktor nigdy nie wie, kogo przyjdzie mu zagrać - kogoś starszego, mądrego czy zwariowanego - z jakiej palety będzie musiał skorzystać, wszystkie muszą być dostępne. Są oczywiście aktorzy, którzy się sami ze sobą umówili, że są tacy, a nie inni, i ciągle będą grali te same role. Ale większość z nas pielęgnuje w sobie dzieciaka, takiego szczeniaka: ciekawskiego, bystrego, łapiącego chwilę. Flirt jest jak mecz tenisa czy ping-ponga. Nie wiemy, gdzie i jak poleci piłka, trzeba być czujnym, żeby jej nie przegapić. Ale za to jakie endorfiny się wydzielają!

Nie wszyscy muszą rozumieć, że to tylko gra.

- Nieżyjąca już aktorka Sława Kwaśniewska kiedyś zapytała mnie: "Po co tobie ci faceci? Przecież jesteś zdolna, grasz". Cóż, z boku mogło to wyglądać na romanse. Być może niektórzy z tych, z którymi flirtowałam, roili sobie, że coś z tego będzie. Było pewne niebezpieczeństwo. Ale ono działa w obie strony. Mnie też ktoś mógł namieszać w głowie. Takie jest ryzyko tej gry (śmiech)

I namieszał?

- Czasami ulegałam fascynacjom, ale bezpiecznie. Pamiętam takie spotkanie na lotnisku: poczekalnia, morze ludzi, czytam książkę, podnoszę wzrok, on patrzy na mnie, ja na niego. Rozmowa została nawiązana. Nic innego się nie zdarzyło, nie padło ani jedno słowo, a rozmawialiśmy tak - że tak powiem - do odlotu. Samolotu (śmiech). Lubię to, te wysokie obroty, to daje niesamowitą radość. Oczywiście dopóki mieści się w granicach gry, zabawy, dopóki nie powoduje, jak to nazywam, strat w ludziach. W każdym razie nie chcę zmieniać adresu zameldowania, mam fajną rodzinę. Zresztą coraz mniej tych flirtów. Nawet mam o to do siebie trochę pretensji, ale nie wiem, czy już nikt mnie nie inspiruje, czy już mi się po prostu nie chce. Choć raz na jakiś czas, przeważnie zupełnie nieoczekiwanie, taki ping-pong się odbywa i okazuje się, że mechanizm nadal sprawny (śmiech).

Jest takie słowo, którego kobiety boją się głośno wypowiadać: "menopauza". Wstydzą się przyznać, że ich dotyczy.

- Jest w tym chyba jakiś atawistyczny lęk, że bezproduktywną jednostkę stado wypchnie na margines albo odrzuci. Coś się nieodwracalnie skończyło i rozpoczął się nowy, nieznany okres, który kojarzy się ze starością. A ona w dzisiejszych czasach nie przywodzi na myśl mądrości, raczej przegraną. Dlatego tak kurczowo, za wszelką cenę trzymamy się młodości. Kobieta w pewnym wieku staje się przezroczysta. Sama to obserwuję. Kiedyś kątem oka widziałam na ulicy, jak się za mną odwracały głowy, albo czułam, kiedy ktoś zawieszał na mnie wzrok. Teraz te spojrzenia coraz częściej trafiają obok, na przykład w moją córkę, z którą właśnie idę.

Ludzie czasem próbują zatrzymać czas i robią to w różny sposób. Zaczynają obsesyjnie dbać o wygląd albo wymieniają partnerów. Bo podobno nic tak nie odmładza "jak młodość u boku". Kiedyś ta metoda była zarezerwowana dla mężczyzn. Teraz coraz częściej robią to kobiety.

- Pewnie jest to jakiś sposób. Jako aktorka miałam możliwość przeżyć taką relację, ale w prawdziwym życiu to nie dla mnie. Mnie nawet coraz trudniej jest grać intymne sceny z dużo młodszymi partnerami, niepokoję się, czy jest to dla nich komfortowe. Ale faktem jest, że kobiety coraz śmielej wyciągają rękę po to, co przez wieki było dla nich zakazane. Starszy mężczyzna, nawet po siedemdziesiątce, choćby i z dwudziestolatką - proszę bardzo. Ale nie daj Boże starsza pani i młody mężczyzna. Od razu pojawiają się komentarze w stylu: "Stara baba zwariowała!".

W każdym wieku można się zakochać.

- I to jest fantastyczne. Emocje nie muszą iść w parze z metryką.

Pani jest z tym samym mężczyzną od ponad dwudziestu kilku lat.

- Spotkać swojego człowieka, drugą połówkę jabłka, to jest po prostu szczęście. Z upływającymi latami mam tego coraz większą świadomość. Któregoś dnia spotkałam chłopaka i znając go zaledwie kilka dni, po raz pierwszy i jedyny w życiu pomyślałam - nie, poczułam pewność - że on będzie moim mężem. Ma swoje za uszami, ale nie poznałam innego, na którego byłabym go w stanie wymienić. Bardzo bym chciała, żeby każda z moich córek też znalazła człowieka, z którym fajnie jej będzie iść razem przez życie.

Starsza Paulina ma 21 lat, młodsza Wiktoria - 16. Obserwuje pani, jak stają się kobietami. Przed jakimi błędami chciałaby pani je ostrzec?

- Nie da się tego zrobić. Można zapalić lampkę nad jakimś niebezpieczeństwem, ale dopóki one same go za nie nie uznają, na nic moje ostrzeżenia. Nie wystawiam im recept na życie, czasami dzielę się swoimi spostrzeżeniami, mówię, na co warto zwrócić uwagę: tu ktoś cię wykorzystuje, a tu ty wykorzystujesz kogoś. Wszystko odbywa się raczej w formie rozmowy niż wykładów na temat.

Jak pani była wychowywana?

- "Skromność - skarb dziewczęcia" - żeby zacytować panią Dulską. Takie było jedno z haseł mojej mamy, która była nauczycielką, ale przede wszystkim prawdziwym pedagogiem z darem od Boga. Do dziś jest wspominana przez pokolenia swoich uczniów. Bardzo pilnowała, żeby te wszystkie ornamenciki, które się pojawiały, te pędy, które wyrastały na boki poza właściwą formę, były przycinane. Nie odbieram tego jako surowego wychowania, była w nim konsekwencja, ale przede wszystkim ciepło. Z pewnych rzeczy, jakie mi wpojono, jestem zadowolona i bardzo je sobie cenię, nad innymi, które mnie ograniczają, pracuję, żeby się z nich wyzwolić.

Mama nie chciała, żeby pani się rozpychała łokciami?

- Miała takie powiedzenie: swoją szkodą, ale zgodą. Życie jej nie rozpieszczało i to jej hasło fantastycznie się sprawdzało, bo potrafiła docierać do ludzi, także tych, którzy byli jej nieprzychylni, różnymi furtkami, również takimi, o których istnieniu nawet oni sami nie mieli pojęcia. A ja byłam typem - jak mówiono w pierwszym moim teatrze - "siedź w kącie, znajdą cię".

Panią akurat znaleźli aż w teatrze w Szczecinie. Potem Izabella Cywińska zabrała panią do Poznania...

- Ze mną właściwie do tej pory tak jest - nie wychodzę przed szereg, nie walczę, nie upominam się, nie zabiegam. Robię swoje. Przez połowę życia trzymałam się czyjejś spódnicy, więc uważałam, że jestem słaba. Nawet mój zawód nie został przeze mnie świadomie wybrany, to inni coś we mnie dostrzegli, namówili mnie, popchnęli. Ale skoro już zostałam aktorką, to zyskałam możliwość mówienia o rzeczach istotnych, o których sama, w swoim imieniu, nie miałabym odwagi mówić. Mówiłam cudzym tekstem, ubrana w kostium. Jednak to uruchomiło we mnie jakiś wewnętrzny proces. Właśnie ten zawód uświadomił mi, że jest we mnie wielka siła.

W jakich okolicznościach pani to zrozumiała?

- Początkowo ta umiejętność ujawniła się w życiu zawodowym. Były sytuacje, kiedy musiałam podjąć życiowe decyzje, i okazało się, że ja, która zawsze miałam z tym problem, potrafię to zrobić w ułamku sekundy. Potem przełożyło się to na życie prywatne. Zrozumiałam, że muszę słuchać swojej intuicji. Nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że brnę w ślepą uliczkę, rozum i ludzie wokół mówią, że robię błąd, to z czasem wychodzi, że tak właśnie miało być. W końcu dorosłam do tego, żeby nie oglądać się na opinie innych.

To jest cecha dojrzałości. Choć to wygodne schować się za cudzymi plecami i w razie niepowodzeń tłumaczyć: "Przecież to nie moja wina, tak mi radziliście“.

- To są moje zyski, ale i straty. Przez długi czas w moim życiu rządził przypadek. Czułam wdzięczność wobec wielu osób, które coś we mnie dostrzegły i dały mi szansę. Ilekroć się nad tym zastanawiałam, pojawiał się niepokój, że zaciągnęłam od losu wielki kredyt, którego nie będę w stanie spłacić. W pewnym momencie dotarło do mnie, że żyję już na własny rachunek.

Co pani sprawia przyjemność?

- Najprostsze rzeczy - lubię położyć się na leżaku w ogrodzie i poczytać sobie książkę, posiedzieć z bliskimi przy herbacie oraz ciastku i nagadać się... Dopiero niedawno zrozumiałam, że mam prawo do przyjemności. Bo wcześniej gdzieś tam z tyłu głowy toczył mnie robak obowiązku - od pięciu lat próbujesz zrobić porządek na strychu, teraz masz wolny dzień, wypadałoby... Chciałabym mniej pracować. Mieć w sezonie jedną, dwie ciekawe role w teatrze, zagrać coś w filmie, popracować trochę w radiu i nie tonąć na co dzień w tysiącu różnych drobiazgów, pożeraczy energii i sił. Ale cóż, "rzeczywistość skrzeczy", trzeba utrzymać rodzinę. To jest moja fabryka!

Zagrała pani setki ról. Ma za sobą tysiące dni zdjęciowych, dziesiątki spektakli, prób, premier. Czuje pani, że czasami ma dość?

- Niekiedy pojawia się zmęczenie, po prostu brak sił, ale ciekawość nie znika, każdy dzień przynosi coś nowego. Mało tego, wydaje mi się, że to najważniejsze jeszcze nie nastąpiło. Nawet nie umiałabym tego nazwać, nawet nie wiem, co by to miało być. Jakaś rola, w której mogłabym się wyrazić o wiele głębiej, pełniej niż dotąd. Choć teraz nasunęła mi się refleksja, że być może taka nigdy się nie pojawi, że zawsze będę czekała na tę następną. Być może tą wyjątkową rolą jest całe moje życie. Jeżeli tak... to ciekawe, co jeszcze się w niej zawrze?

Iza Komendałowicz

PANI 10/2014

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy