Reklama

Reklama

Maria Peszek: Maria bez awarii

Jest artystką totalną, w to, co tworzy i śpiewa, wchodzi całą sobą, emocjonalnie, osobiście. Efekt? Po płycie "Maria Awaria" był skandal. "Jezus Maria Peszek" skończyła się depresją, załamaniem nerwowym, z którego wychodziła miesiącami. Teraz jest "Karabin", protest przeciwko wszechobecnej nienawiści. I znów jedni jej grożą, drudzy piszą, że te piosenki pomagają w życiu. Ale ona jest już odporna. Maria Peszek mówi nam, jak znalazła się po jasnej stronie.

"Karabin", "nienawiść", "Holocaust" - po raz kolejny na twojej płycie padają mocne słowa. Szczerze? Przytłacza mnie ta brutalna energia - ból, strach i jad.

Maria Peszek: - Trochę o to chodzi, chcę poruszyć ludzi, wywołać emocje, wzruszenie, sprowokować ich do refleksji.

Większość artystów tego pragnie. Wtedy są "jacyś". Ale przez twój krzyk przedziera się jakaś delikatność, liryczność, pragnienie spokoju i ładu. Opowiedz mi o takiej Marii. Bez "awarii".

- Bardzo proszę. Popatrz na moje piegi, uwielbiam, gdy pokrywają moją twarz po dniach na plaży. Przedwczoraj wróciłam po kilku tygodniach z Krety. Jestem wypoczęta, opalona, ładowałam akumulatory na greckiej wsi. Detoks od pracy to konieczność. Nie zabrałam komputera, nie pisałam tekstów. Z moim chłopakiem Edwardem wynajmujemy od 19 lat od znajomego hydraulika Michalisa półtora pokoju z łazienką i kuchnią. Kilka starych par gaci i koszulek mamy tam w walizce, więc z Warszawy zabieramy tylko aparat, a kilkanaście kilogramów bagażu to książki. Spokój to największy luksus, po który tam jedziemy. Odgłos cykad, zapach kóz i owiec, gaje oliwne...

Reklama

- Tam, na Krecie żyję wedle pór dnia. Wstaję po wschodzie słońca - tym razem budził mnie wrzask wróbli, które założyły gniazdo na naszym balkonie. Edward śpi jeszcze długo w drugim pokoju. Na golasa schodzę na plażę, pływam w porannym słońcu, potem czasem drzemię jeszcze w cieniu. Moje ciało nienawidzi bezruchu, więc kiedy nie pływam, stromą ścieżką idę do kapliczki w górach, żeby po raz tysięczny zobaczyć cudowny widok na okolicę. To mój "fitness". Edek w tym czasie ma swoje rytuały, poranną kawę, książki, albo robi zdjęcia. Potem spędzamy czas na plaży. To już jedno z ostatnich miejsc, gdzie można czuć się tak swobodnie, bez kostiumu, kąpielówek - nieskrępowana nagość jest tu normalna, a dla nas ważna. Cień zamiast parasoli dają skały. Gadamy albo dajemy sobie przestrzeń - Edek czyta swój zestaw książek, ja swój. Głodni idziemy coś zjeść. Uwielbiam gotować, robić zakupy z namysłem, "czarować" w kuchni. Choć na Krecie wystarczy kawałek chleba, oliwa i pomidory, szklanka chłodnego wina. Raz w tygodniu nasz gospodarz gotuje dla wszystkich gości. Jemy lokalne cuda, pijemy wino. Upijanie się tam ma niezwykłą jakość. Mogę stłuc kieliszek, może wbić mi się szkło w bosą stopę i to będzie OK.

Nikt nie wyśle zdjęcia na plotkarski portal z komentarzem: "Uwaga! Peszek urwał się film!"?

- Coś w tym jest. W Warszawie rzadko piję, najczęściej w domu z moim chłopakiem albo z kolegami z zespołu. Wtedy gadamy o pracy, życiu. Jest fajnie. Ale na innych imprezach nie czuję się swobodnie. A u Michalisa przy wielkim stole siadamy z ludźmi, którzy przyjeżdżają z całego świata. Czekam na te spotkania bez pretensji, bez udowadniania, kto jest kim.

Inni goście wiedzą, kim jesteś?

- Czasem się przyznaję, ale to się źle kończy. Bo proszą: "Zaśpiewaj", albo rano traktują mnie już jak VIP-a, kawę przynoszą. Dlatego wolę powiedzieć, że jestem na przykład dziennikarką. Ludzie gadają ze mną jak z kimś zwyczajnym. W tym roku dwie Niemki opowiadały o swojej pracy z uchodźcami, chłopak z Kraju Basków o dylematach niepodległościowych. Takie rozmowy są bezcenne. Mogę mówić, co myślę, nikt mi nie zrobi zdjęcia, bo nikogo nie obchodzę. Cudowna wolność.

Musisz uciekać z Polski, żeby ją znaleźć?

- Nie przesadzajmy, że tylko na plaży albo w dżungli znajduję spokój. Kochamy z Edkiem podróżować, ale ciągle jeszcze wybieramy Polskę na swoje miejsce do życia. Lubię mój warszawski świat. Nasze jasne, przytulne mieszkanie, gdzie jest niewiele mebli, za to mnóstwo książek, a na białych ścianach kilka zdjęć Edwarda. Lata intensywnego życia pokazały mi, że coraz bardziej doceniam w życiu minimalizm. Tak w sprawach materialnych, jak i w przeżyciach oraz emocjach. To jest spokój, do którego chyba dojrzałam.

"Trzeba sięgnąć dna, żeby pojąć świat", tłumaczyłaś w jednym z wywiadów. Na poprzedniej płycie, "Jezus Maria Peszek", otwarcie mówiłaś o swoich myślach samobójczych, o silnej depresji. Minęło sporo czasu. Jak cię zmieniło to graniczne doświadczenie?

- Medycznie sklasyfikowano to jako załamanie nerwowe. Długo nie docierało do mnie, że coś złego się ze mną dzieje. Bagatelizowałam stany lękowe, bezsenność, nie szanowałam swojego ciała - grałam koncerty z zapaleniem nerek, uszu. Dziś myślę, że było w tym za dużo wszystkiego: emocji, ambicji, ostrej harówki. Z dnia na dzień ciało i głowa odmówiły jakiegokolwiek wysiłku, wymusiły przerwę, a przez rok wszystko było cierpieniem i chaosem.

Odważnie wyznałaś też: "Sześć tygodni leżałam w hamaku na azjatyckiej wyspie. Morze przychodziło i odchodziło, a mnie z ust ciekła ślina jak Nicholsonowi po lobotomii w "Locie nad kukułczym gniazdem". Ukochany mnie karmił, a ja myślałam tylko, żeby przestało boleć". Jak się "stamtąd" wraca?

- Nie poradziłabym sobie bez bliskich, bez Edka i rodziny. Ale tak naprawdę decyzję o tym, czy chce się żyć dalej, a przede wszystkim jak, podejmuje się samemu.

Dwa lata walczyłaś, żeby wrócić do sił. Brałaś tabletki antydepresyjne?

- Nie, nienawidzę leków i narkotyków. Wierzę w akupunkturę, zioła, mam wspaniałego lekarza chińskiej medycyny naturalnej. Szczęśliwie trafiłam też na dobrego terapeutę.

Czego dowiedziałaś się o sobie?

- Moje załamanie pozwoliło mi odkryć, co tak naprawdę jest dla mnie dobre, a co mnie wykańcza. Największe emocje i wyzwania skupiały się wokół pracy. Odkryłam, że mój perfekcjonizm doprowadził mnie do wypalenia. Nie potrafiłam mówić "nie", zgadzałam się na zbyt wiele, nie umiałam stawiać granic ani dbać o własne zasoby energii. Ale głębsza analiza, dlaczego tak się stało, to moja intymna historia, o której nie chcę już więcej mówić. Jedno wiem: katastrofa zaprowadziła mnie do spokoju i szczęścia.

Dziś jesteś po jaśniejszej stronie życia. Histeryczka, kobieta szukająca ekstremalnych wrażeń stała się nudna?

- Na pewno łatwiej teraz ze mną żyć. Mam w sobie więcej pogody, jestem przewidywalna, nauczyłam się stanowczo odmawiać, mówić "nie". Nieumiejętność otwartego wyrażania złości to niestety problem większości kobiet w naszym kręgu kulturowym. Obraz tego, kim i jakie powinnyśmy być, ukształtował Kościół katolicki, który uważa, że podstawowy sens naszego życia to prokreacja, sprawianie przyjemności innym, uległość i motto: "Oto ja służebnica pańska, niech mi się stanie według słowa twego". To złe i dyskryminujące. Według mnie za mało i nie dość wyraźnie się o tym mówi. A ja widzę na koncertach nastolatki i dorosłe kobiety, które krzyczą ze mną teksty moich piosenek, mają coraz więcej odwagi, żeby powiedzieć: to nie fair. Ich reakcja daje mi siłę, by dalej pisać. I jestem za to wdzięczna. Właśnie ta wdzięczność to niebagatelna sprawa w kryzysie, trudnych momentach.

- Kiedyś nie umiałam być wdzięczna za to, co mnie spotykało. W końcu najpierw po szkole teatralnej zaistniałam jako aktorka. Dostałam angaż w prestiżowym teatrze w Warszawie, zagrałam sporo fajnych ról, kilka głównych. Potem było tylko lepiej. Odkryłam, że muzyka daje mi jeszcze więcej frajdy. Robię od dawna to, co kocham, ludzie przychodzą na moje koncerty, czasem jest to kilka tysięcy osób, czasem trzysta albo sto pięćdziesiąt. Jednak emocje zawsze są takie same. Mam swoją publiczność, inteligentną, choć moja sztuka nie jest łatwa. Nie ma co kokietować - dobra forma teraz to nie tylko kwestia dojrzałości. Mam świadomość sukcesu artystycznego, doceniam, że osiągam go na własnych warunkach i mogę się z niego utrzymać. To naprawdę rzadkie - robić to, co się kocha, i móc z tego żyć. Za to jestem cholernie wdzięczna.

Ciekawe, mówisz o spokoju, wdzięczności, szczęściu, a na scenie nadal prowokujesz. Nigdy w twoich piosenkach nie było tyle złości, co na płycie "Karabin". To chwyt marketingowy, pomysł na sukces, bo kontrowersja lepiej się sprzedaje?

- Moja muzyka i wizerunek na kolejnych płytach to nie cwaniacki pomysł na dobrą sprzedaż ani koniunktura. Wkurza mnie, gdy ktoś mówi o kawałku "Elektryk" (piosenka inspirowana postacią Lecha Wałęsy - red.), że napisałam go, bo to akurat gorący temat. Tłumaczę: powstał dwa lata temu z zachwytu człowiekiem, a nie dlatego, że teraz wokół Lecha Wałęsy jest tyle kontrowersji. Pracując nad płytą, nie zastanawiam się, co akurat świetnie się sprzeda. Zbieram niepokoje, "drżenia", tematy, o których może niełatwo mówić, ale które są ważne dla mnie i są też częścią życia każdego z nas.

Ktoś inny napisał jednak: "Nie ma skandalu, nie ma Peszek".

- Nie wychodzi mi pisanie o kwiatkach. Każda płyta jest osobistą opowieścią, bo akurat dany temat stał się dla mnie istotny i chcę się podzielić z ludźmi tym, co czuję.

Na ile każdy twój projekt był intymnym pamiętnikiem i przez to formą autoterapii, a na ile jednak kreacją?

- Żadna z moich płyt nie była intymnym dziennikiem ani formą autoterapii. To nie tak, że w każdym utworze opowiadam o własnych przeżyciach. Oczywiście, to jest kreacja, jednak najpierw jest temat, ważny dla mnie element życia. Potem dopasowuję do tego wizerunek. Przy płycie "Maria Awaria" schudłam szesnaście kilogramów, żeby dobrze czuć się w szpilkach, obcisłych kieckach. Chciałam być przekonująca, śpiewając o seksie, "pieprzotach" i "arktycznym wzwodzie". Ale to nie był i nie jest dla mnie, Marii prywatnie, synonim seksapilu. Najbardziej sexy czuję się w wersji sauté, bez make-upu, gdy wychodzę goła z morza z włosami posklejanymi solą, piegowata.

Miałaś wtedy, przy "Marii Awarii" taki wizerunek: karminowe usta, szkarłatna sukienka. Następna okładka - "Jezus Maria Peszek" - też była czerwona, tylko że zmysłowa dziewczyna już nie była uwodzicielką. Tym razem krzyczałaś z bólu.

- Czasem jest bardziej osobiście, jak wtedy gdy opowiadałam o własnej katastrofie. To graniczne przeżycie zmusiło mnie do ważniejszych pytań. Czy Bóg jest mi potrzebny, czy nie? Czy chcę mieć dziecko, czy nie? Co znaczy dla mnie dzisiaj patriotyzm i czy chciałabym i byłabym gotowa umrzeć dla Polski? Nie chodziło o prowokację, o drażnienie dla drażnienia. Ja po prostu chciałam zadać pytania, które są dla mnie ważne. Okazało się, że były także istotne dla wielu innych osób. Choć może zbyt trudne, by głośno je wypowiedzieć.

Znalazłam taki komentarz: "Ona ma jaja, żeby mówić publicznie rzeczy, które inni szepczą w kącie". I jeszcze: że jesteś głosem pokolenia.

- Bez przesady, zostawmy ten wizerunek Marii ze sztandarami i skandalistki na barykadach. Ja po prostu mam taki zawód. I długą listę tematów, które są niewygodne. Mówiłam, nie umiem śpiewać o kwiatkach. Mam wewnętrzny radar, który wyczuwa aktualne problemy. Dlatego "Karabin" cały jest o nienawiści. Bo ostatnio w Polsce, ale i na świecie, ten temat nabrzmiał i nie sposób go przeoczyć. Czy znam go z autopsji? Jasne. Ale to nie jest płyta o mnie. To, że ktoś wyzywa mnie od zboczonych psychopatek, skandalistek czy żydowskich kurewien, sprowokowało mnie tylko do bardziej zasadniczej refleksji: skąd tak naprawdę bierze się w nas nienawiść, ta powtarzalna w nieskończoność chęć unicestwienia innych. Dlatego czytałam o aktach ludobójstwa w Rwandzie, Kosowie, Jedwabnem, na Wołyniu. Pochłonęło mnie to. Zrobiłam w domu mapę, na której pinezkami zaznaczyłam miejsca takich zbrodni. I nagle zobaczyłam, że to nie dotyczy specyficznych regionów. Zło dzieje się wszędzie.

Potrafisz powiedzieć, od czego się zaczyna?

- Od braku tolerancji dla inności. Od strachu przed tym, co obce. I od niebezpiecznych słów, za które nie bierzemy wystarczającej odpowiedzialności. Jeśli spytasz mnie, o czym są moje piosenki, to właściwie każda jest o tym samym: o potrzebie wolności, prawie do bycia, kim się chce. To wpajali mi rodzice - dawali mnie i bratu wiele swobody: "Bądź sobą, nawet jeśli się to komuś nie podoba, eksperymentuj, ale bierz za swoje wybory odpowiedzialność". Biorę więc. Nie zmieniam zdania.

Rozrabiasz, wsadzasz kij w mrowisko. Jaką cenę płacisz za nonkonformizm?

- E tam, nonkonformizm, nie ma tu żadnej martyrologii o Marii uciśnionej. Mam komfort, bo zarabiam dzięki muzyce tyle, żeby starczyło na wydanie kolejnej płyty. Ta niezależność jest dla mnie priorytetem. Może gdybym śpiewała inne, bardziej przyjemne piosenki, dotarłabym do większej liczby ludzi? Ale nie interesują mnie takie kompromisy. Edward wspiera większość moich wyborów od dwudziestu paru lat. Myślę, że te płyty są takie dzięki jego ostrej ocenie, potrafi wykreślić niepotrzebne zdania, ozdobniki w tekście, dba o wizerunek na okładce, zajmuje się finansami. Ja nie pojmuję cyferek, papierologii. Bez niego nie byłoby sukcesu Marii Peszek.

A straty emocjonalne? Miażdżąca krytyka? Co czujesz, słysząc opinie, że jesteś "śmierdzącą lesbą", a w mediach publicznie nawołuje się do modlitwy w intencji Marii Peszek "głęboko przesiąkniętej nihilizmem, żeby nie powiedzieć, satanizmem", jak skomentował twoje słowa o braku potrzeby Boga i o szkodliwości religii Tomasz Terlikowski.

- Moi rodzice dostali niedawno list z pewnego zakonu, w którym zadeklarowano, że codziennie będą się odbywać za mnie modlitwy. To akurat wcale mnie nie śmieszy. Bo ja nie chcę widzieć w tym nienawiści, tylko cieszę się, że ktoś wysyła dobrą energię w moim kierunku. Serio.

A co się dzieje w twojej głowie, gdy ktoś grozi ci śmiercią za to, co śpiewasz? Mówiłaś o takich przypadkach.

- Zdarza się, że dostaję telefony z pogróżkami, i to nie jest fajne. Bardziej spektakularny jest dla mnie jednak mail od słuchacza, który pisze, że moja piosenka uratowała mu życie, albo od ludzi, którzy uwielbiają się kochać przy kawałkach z "Marii Awarii". Gdy ktoś funduje mi durne pogróżki, obudowuję się ogromem akceptacji, jaką dostaję za to, co robię na scenie. Jak polityczna kara cenzury czy pogarda albo złośliwość może wygrać z listem, że ratujesz komuś życie? Nie wpadam w panikę, robię swoje.

Powiedz, ile z ludzkich słabości: niechęci, braku tolerancji, złości na inność, jest w tobie?

- Jestem tylko człowiekiem. Lubię poplotkować, obrobić komuś tyłek. To ludzkie przecież. Co więcej, wiem, jakie zachowanie wzbudza we mnie taką furię, że potrafię rzucić talerzem. Nie chodzi o odmienne zdanie, tylko o bezmyślność, okrucieństwo, głupotę. Na nią nie jestem obojętna. Wkurzam się, gdy słyszę, jak politycy mają czelność decydować o prawie do aborcji. Jak mówią, że kobieta bez dzieci jest niepełnowartościowa. Wtedy czuję się bezradna.

Dlaczego nie zaangażujesz się w politykę, jak na przykład twój kolega, znany wokalista? Słyszałam, że dostajesz takie propozycje.

- Mam poglądy polityczne, ale nie będę ich upubliczniać. Jestem tylko artystką i chcę nią pozostać. Gdy dobija się do mnie polityk z prośbą: "Pani Marysiu, tyle możemy razem zrobić dla kraju...", odpowiadam: "To wy jesteście od polityki. Proszę pozwolić mi być artystą". Uważam, że moje piosenki są jasnym wyrazem bardzo określonego światopoglądu - wspólnego wielu ludziom, i to wystarczy.

Mówisz o transformacji, jaką przeszłaś. Przychodzi do ciebie czasem refleksja, że może popełniłaś błędy, że jednak masz ochotę zmienić swoje kontrowersyjne pryncypia?

- Lubię wstąpić czasem do pustego kościoła, lubię ten spokój, ciszę, poczucie, że to było kiedyś tak ważne miejsce dla wielu ludzi. A teraz umiera, świeci pustkami. Nadal uważam, że religia to jeden z niebezpieczniejszych wynalazków ludzkości. Jest zaprzeczeniem wolności i odpowiedzialności człowieka za własne życie. Bez religii jestem dużo bardziej szczęśliwa, bo mam poczucie, że kształt mojego życia zależy ode mnie.

I nadal twierdzisz, że nie ma w nim miejsca na rodzicielstwo? Na twoje DNA, jak wyraziłaś się o dziecku?

- Mam spokój w tej kwestii, wiem, że nasza wspólna z Edkiem decyzja nie jest wyrazem egoizmu, tylko odpowiedzialności. Bycie rodzicem to dla jednych dar, ja jednak uważam, że płodzenie dzieci w dzisiejszych czasach to arogancja. Jest nas za dużo na planecie, na której sami doprowadziliśmy do niezłego bajzlu. I zanim trochę nie posprzątamy, powoływanie do życia nowych istot to skazywanie ich głównie na ból i cierpienie. Oczywiście, że są ciemne strony takiej decyzji, wiem, że w ten sposób omija mnie ważne i na pewno piękne, niedające się z niczym porównać doświadczenie. To strata, na którą się godzę.

To co zostawisz po sobie, jeśli nie "DNA"?

- Średnio mnie to obchodzi. Robię sztukę i staram się ją robić najlepiej, jak potrafię. Ale jeśli przestanę trafiać do ludzi poprzez muzykę, to mam jeszcze inne pomysły na życie. Dla mnie sens jest w tu i teraz. Wiem, że zabrzmi to arogancko, ale naprawdę mam gdzieś, czy ktoś będzie o mnie w przyszłości pamiętał.

Rozmawiała Marta Bednarska

Twój Styl 8/2016

Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: Maria Peszek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama