Reklama

Reklama

Nic nie zapowiada, że nadejdzie

Byli świadkami katastrof, czasem sami brali w nich udział. Na ich oczach rozgrywały się tragedie. Potem wracali do domu, a życie toczyło się dalej. Tylko że nic nie było już takie samo.

Piotr Kraśko, dziennikarz i prezenter TVP, po powrocie do domu doświadcza cudów. Odkręca kran, a z niego leci woda. Trudno wyjaśnić, co się wtedy czuje. Szczęście, że się mieszka w bezpiecznym, zamożnym kraju? Zamożnym w porównaniu do tych, w których szklanka wody jest nieosiągalna. I to nie musi ograniczać się do Trzeciego Świata. Gdy huragan Katrina zniszczył Nowy Orlean, miasto w najbogatszym państwie na ziemi, ludzie napadali na karetki pogotowia gotowi zabić za butelkę wody.

Andrzej Kondras ("Młody"), major z Biura Ochrony Rządu, dowódca ekipy ochraniającej polskich strażaków podczas akcji ratowniczej na Haiti, też zna to uczucie ulgi, gdy się wraca do domu. Ale potem pojawiają się wstyd i żal. Bo ludzie, którzy tam zostali, nie mają nic. - Mieszkańcy Haiti nie są z natury agresywni - mówi major Kondras i podkreśla, że nie używa pogardliwego słowa "tubylec". - Tylko gdy walczyli o przetrwanie, byli zdeterminowani. A przetrwanie to woda. Żeby nie drażnić miejscowych, Polacy nosili ją w specjalnych camelbakach, płaskich zbiornikach niewidocznych pod mundurem. Cienka rurka doprowadzała wodę prosto do ust. - Raz się złamałem, gdy trzeba było rozpuścić leki w szpitalu. Oddałem część swoich zapasów. To był błąd. Ale ciężko jest przestrzegać procedur w skrajnych sytuacjach.

Reklama

A karetki ani drgnęły…

Piotr Kraśko mówi, że radość z powrotu do cywilizacji trwa trzy dni. Potem przyzwyczajasz się do wody w kranie, do sklepów, w których jest mnóstwo jedzenia, i do czystych ulic, po których spacerują uśmiechnięci ludzie. Pamięta, jak piętnaście lat temu w ogarniętej wojną Rwandzie marzył tylko o tym, by przejść się Nowym Światem i kupić sobie colę. Szczyt luksusu. Mówią, że tragedii nic nie zapowiada. Przychodzi nagle, w ciągu minuty, w środku słonecznego dnia. Czasem w ciszy.

Pracownica Biura Bezpieczeństwa Narodowego Małgorzata Kozłowska, która w grudniu 2003 roku przeżyła katastrofę rządowego śmigłowca, na którego pokładzie podróżował premier Leszek Miller, pamięta moment takiej ciszy, gdy maszyna leciała w dół. Na pokładzie byli przeszkoleni ludzie, załoga, funkcjonariusze BOR-u. Oni nie panikowali. Spadali bez krzyku. W głowie Małgorzaty Kozłowskiej kłębiły się przerażenie, niedowierzanie, zdumienie. To koniec? Ma przecież tyle rzeczy do zrobienia!

10 kwietnia 2010 roku Piotr Kraśko czekał na prezydencki samolot w Smoleńsku. Panował chaos, nie można się było niczego dowiedzieć. Paradoksalnie ludzie w kraju włączając telewizję, mieli więcej informacji. Do Polaków znajdujących się na miejscu zdarzenia dotarło, że dzieje się coś złego, gdy zobaczyli sznur karetek pogotowia stojący nieruchomo pod lasem. Wokoło wszyscy biegali, krzyczeli, a karetki ani drgnęły…

Ten kontrast jest przerażający. Tajlandia, wyspa Phuket po tsunami w 2004 roku. Piotr Kraśko zapamiętał dwie tablice ustawione w centrum turystycznego miasteczka. Na jednej wisiały fotografie zaginionych. Roześmiane twarze ludzi w barach, na plaży. Na drugiej tablicy prefektura wywiesiła zdjęcia ciał wyrzuconych przez ocean. Zniekształconych, z grymasem cierpienia na twarzach. Początkowo przed drugą tablicą było pusto. Wszyscy tłoczyli się przed pierwszą, w nadziei, że znajdą na niej dobre informacje. Z upływem czasu coraz więcej zrozpaczonych rodzin przenosiło się pod drugą tablicę.

Pozorny ład może runąć w sekundę. Bogate dzielnice Nowego Orleanu po huraganie zamieniły się w dzielnice bezprawia. Odbywały się tam regularne bitwy Gwardii Narodowej z szabrownikami. Ale Piotr Kraśko pamięta też inne kompletnie opustoszałe miasto - Bejrut w Libanie podczas wojny z Hezbollahem w 2006 roku. Pilnowało go tylko dwóch ludzi na skuterach i nie odnotowano żadnych przypadków rozbojów ani włamań. Jak to tłumaczyć? - Amerykanie są przyzwyczajeni, że ich państwo i instytucje działają sprawnie - tłumaczy Kraśko. - Huragan sprawił, że ta maszyna się zacięła. Na chwilę, ale to wystarczyło, by kompletnie stracili głowę. Nie było już żadnego porządku.

Spokojnie, to tylko śmierć

Nie ma jednego schematu, według którego ludzie reagują na nieszczęście. Choć tam, gdzie od lat trwa wojna, zżywają się, oswajają z nim. Reporter "Gazety Wyborczej" Jacek Hugo-Bader, który starym łazikiem przejechał Rosję z Moskwy do Władywostoku, odwiedził miejsca, w których śmierć towarzyszy ludziom na każdym kroku.

Na Syberii mówi się, że gdyby z Sybiraków robić gwoździe, byłyby najtwardsze na świecie. Gdy w Jakucji słupki termometrów wskazują minus 30 st. C, matki wychodzą z niemowlakami na spacer, ciesząc się, że taka przyjazna pogoda. - Mieszkałem w osadzie Ewenków. Tam co chwila ktoś ginął. Popełniał samobójstwo, topił się, zapijał, spadał z mostu - opowiada Hugo-Bader. - Informacje o tych wydarzeniach traktowano jak codzienność. Ktoś kwitował: "Biedny Aloszka", i wracano do przerwanej rozmowy. To sprawiało, że śmierć nie jawiła się jako dramat. Była czymś całkowicie zwyczajnym.

Jacek Hugo-Bader robił kiedyś reportaż o polskiej matce, której syn zginął pod lawiną w trakcie szkolnej wycieczki w Tatrach. Kobieta nie potrafiła sobie poradzić z tą stratą, wciąż sypiała na prześcieradle, na którym chłopiec spędził ostatnią noc w domu. Inaczej o stracie dzieci mówią Czeczenki. - Też cierpią, ale uznają za coś oczywistego, że na wojnie się ginie. A synowie to już obowiązkowo - mówi Hugo-Bader.

W Stanach, według obserwacji Piotra Kraśki, ludzie w chwilach traumy się izolują. Dlatego też wartość informacji od bezpośrednich świadków jest bezcenna. Kraśko wspomina, jak przybył na uniwersytet w Wirginii zaledwie dwie godziny po tym, jak koreański student zastrzelił ponad 30 osób i popełnił samobójstwo. - Po dwóch godzinach nie znaleźliśmy już żadnego naocznego świadka - opowiada. - Wszyscy zostali zakontraktowani przez wielkie amerykańskie stacje na wyłączność i byli już w drodze do studia. Następnego dnia w telewizji wystąpili rodzice jednej z ofiar. Opowiadali z uśmiechem o synu Jamesie. Bez płaczu i rozpaczy w głosie. - W Polsce byliby pewnie posądzeni o brak serca? - zastanawia się Piotr Kraśko.

- Ale trzeba zrozumieć, jak to jest odbierane w Ameryce. Tam ludzie myślą, jak zostaną zapamiętani bliscy, których stracili. Rodzice chcieli, by James pozostał w pamięci jako fajny chłopak, który pięknie grał na gitarze, a nie jako przypadkowa ofiara szaleńca.

Na ulicy szczęścia nie znajdziesz

Bogactwo separuje się. Zamyka za drzwiami. Biedni, których los nikogo nie obchodzi, czują potrzebę rozmowy. Jacek Hugo-Bader opowiada, że nie szukał specjalnie tematów pełnych krwi, potu i łez. - Kiedy zebrałem swoje reportaże w książkę, kiedy "Białą gorączkę" miałem już w rękach, zobaczyłem, że nie pokazałem w niej ludzi szczęśliwych. Nie starałem się o to, po prostu, jak ktoś mi już wchodził do samochodu, to zawsze skrajnie nieszczęśliwy. Reporter "Gazety Wyborczej" sam nazywa się dziennikarzem trotuarowym, a na ulicy szczęścia nie znajdziesz.

Piotr Kraśko podczas pobytu w Bejrucie odwiedzał szpitale pełne rannych po bombardowaniach. Każdy chciał przed kamerą poskarżyć się na los. Nawet kiedy polska ekipa uprzedzała, że nie ma już kaset, że nic się już nie nagrywa. Gdy wypowiada się na głos żal, ma się poczucie, że tragedia nie jest bezimienna.

Dla Andrzeja Kondrasa trzęsienie ziemi na Haiti ma twarz 7-letniej Eveline, sieroty ze Szpitala św. Salezego w Port-au-Prince. Zaopiekował się nią, bo w tym morzu ludzkiego nieszczęścia była zupełnie samotna, zdana wyłącznie na siebie. - Często myślę, co się z nią stało? - zastanawia się Kondras. - Baliśmy się o te dzieci, bo w takich sytuacjach kwitnie handel żywym towarem. One były bezbronne. I bardzo dzielne. Z dziennych przydziałów żywności odkładaliśmy dla nich słodycze. Cukierek czynił cuda. Wiedząc, że czeka je nagroda, wytrzymywały wszystko - ściąganie opatrunków razem ze skórą, bolesne zabiegi. Eveline najbardziej lubiła oglądać zdjęcia mojego synka. Kuba ma jasne włosy i niebieskie oczy, co ją ogromnie fascynowało. Podobnie reagowała na fotografie ośnieżonej drogi. Dla niej to była bajka, coś niewyobrażalnego.

Piotr Kraśko z Tajlandii zapamiętał twarz ślicznej Szwedki, która patrzyła z niezliczonych plakatów rozlepianych przez narzeczonego. Ją zapamiętał lepiej niż stosy martwych ciał obłożonych workami z lodem, by nie rozkładały się tak szybko w potwornym upale. W telefonie ma też zdjęcie dziewczynki bez rączki, którą spotkał w libańskim szpitalu. Nie umie go wykasować.

Dziennikarze i reporterzy rozumieją, że ich uczestnictwo w katastrofie to pozór. Tak naprawdę każdy z nich pojawia się tam tylko na chwilę. Przyglądają się nieszczęściu z dystansu i wracają. Andrzej Kondras nie wiedział, jak wiadomość o jego odjeździe przyjmie Eveline. Spędzał z nią wiele wolnego czasu. Gdy zauważył, że jedzenie, które jej przynosi, znika, postanowił sam ją karmić. Smarował jej buzię pachnącym kremem, który dostał od żony, by dziewczynka nie czuła zapachu trupów. Ale ona wiedziała, że przybył z innego świata i wkrótce do niego wróci. Ona i pozostałe dzieci przyjęły to z rezygnacją, nie spodziewały się niczego innego.

Kto uleczy nasze dusze?

Katastrofa odciska piętno na wiele lat. Małgorzata Kozłowska potrafi odtworzyć sekunda po sekundzie tamten grudniowy wieczór, choć minęło tyle czasu. Lot z Wrocławia do Warszawy trwa krótko, wszyscy zmęczeni drzemali na swoich siedzeniach, marząc tylko o tym, by znaleźć się w domu. Nagle rozległ się wybuch silnika. Kozłowska próbowała zapiąć pas trzęsącymi się rękoma.

- Funkcjonariusze BOR-u zaczęli mnie uspokajać, że jest jeszcze drugi silnik. Wtedy rozległ się kolejny huk. Z kabiny pilotów wybiegł technik, by przypomnieć o zapięciu pasów. Potem okazało się, że w jego siedzenie wbił się pień sosny. Gdyby ten mężczyzna został na swoim miejscu, na pewno by nie przeżył. Wieża nakazała lądować gdziekolwiek, na zastanawianie się nie było już czasu. Helikopter spadał zaledwie kilkadziesiąt sekund, lecz ta chwila liczy się inaczej. Wydłuża się, trwa podwójnie, potrójnie. Jest czas, by zacząć rozpamiętywać.

- Pocieszeniem jest to, że człowiek do końca nie poddaje się rozpaczy - przekonuje dziś Małgorzata Kozłowska. - Pomimo beznadziejności sytuacji tliła się we mnie iskierka nadziei, że przeżyjemy. Do końca. Samego momentu upadku nie pamięta. Straciła przytomność. Gdy się ocknęła, trzeba było jak najszybciej wydostać się z wraku, bo wszędzie lało się paliwo. - Ma się wtedy jakąś nadludzką siłę. Mimo złamanych żeber i kręgosłupa udało mi się z pomocą pilotów wydostać z pogiętego żelastwa. Maszyna na szczęście nie wybuchła. Śnieg zamoczył benzynę.

Jacek Hugo-Bader, który obcował ze skrajną biedą, chorobą, życiem w odrzuceniu, przyznaje, że ma dziś inną skalę oceny tego, co jest dramatem, a co nie. - Często przychodzą do mnie ludzie i podsuwają temat, mówiąc: "Spójrz, co za niesamowita historia!". A ja sobie myślę: "Ech, jaka ona niesamowita? Chyba dlatego, że dotyczy ciebie?". Dawno przekonał się, że ten sam człowiek jest słaby i mocny zarazem. Mieszkańcy Jakucji żyją w warunkach, które zabiłyby każdego. Ale wyjeżdżając na studia, często ich nie kończą, bo rozpijają się, uciekają z, wydawałoby się, luksusowych warunków.

Andrzej Kondras widział, jak matki rodzące martwe dzieci na gruzach pocieszały się, że w niebie będzie im lepiej. - Na polowych mszach pojawiali się nawet niewierzący koledzy. Ogrom tragedii był często nie do zniesienia. Wiedzieliśmy, że lekarze mogą "naprawić" ludzkie ciała, ale co będzie działo się z duszą? - zawiesza głos. Major chce dziś ukończyć kurs ratownictwa i jeździć po służbie w załodze erki. - Czuję potrzebę czynienia dobra. Wyrównania krzywd, które dotykają ludzi. Na świecie jest tyle samo dobra, co zła. Zależy, czego szukamy.

Maria Barszcz

PANI 6/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy