Reklama

Reklama

Nie stracę apetytu, bo jestem głodny życia!

Polsko-francuski kucharz uwielbiany przez miliony. Jak nikt inny potrafi udowodnić, że gotowanie jest sztuką.

Pasji gotowania poświęcił się bez reszty. Jest ono dla niego dobrą zabawą, przyjemnością, a także sposobem na poznawanie świata. A każde jego danie to majstersztyk. Pascal Brodnicki (36) opowiada nam o swojej namiętności do gotowania i podróży, uwodzeniu smakiem, a także o swej najważniejszej życiowej roli - o byciu ojcem. Mężczyzna, który ma w sobie wiele chłopięcej radości życia. Na niego chyba nie sposób się obrazić. On po prostu od razu daje się polubić...

Skąd wzięła się u pana ta bezgraniczna miłość do gotowania?

Reklama

Pascal Brodnicki: - Od najmłodszych lat lubiłem spędzać czas w kuchni. Pamiętam jak babcia wprowadzała mnie w tajniki gotowania.

I stało się to pana sposobem na życie. Czy po tylu latach pracy w zawodzie coś jest jeszcze w stanie pana zadziwić?

- Kuchnia cały czas mnie zaskakuje. Codziennie uczę się czegoś nowego. Mieszam różne składniki, łączę je ze sobą i nie boję się eksperymentować. Właśnie na tym polega cała zabawa. I proszę mi uwierzyć, że jest to prawdziwa sztuka. Gotowanie jest moją największą pasją - po prostu je uwielbiam.

Podróżując po świecie, poznał pan zwyczaje restauracyjne w całej Europie. Jak w tym kontekście ocenia pan Polskę i Polaków?

- Pracuję w tym fachu już od ponad 20 lat i powiem szczerze, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co Polakom udało się osiągnąć. Staliśmy się bowiem otwarci na nowe smaki. Dostrzegam wielki postęp w tej dziedzinie. I cieszy mnie to szalenie, bo nie da się ukryć, że gotowanie zbliża ludzi.

A czy może być pomocne również w relacjach damsko-męskich? Zdradzi mi pan czy jest jakieś danie, którym można usidlić kobietę lub oczarować mężczyznę?

- Pewnie, że tak. W kuchni wszystko jest możliwe - i to jest piękne. Tu nie ma rzeczy niemożliwych. Możemy być w Kraśniku, ale jednocześnie poczuć się jakbyśmy byli w Azji. Mając odpowiednie produkty pod ręką można wyczarować naprawdę wiele. Liczy się tylko dobra zabawa smakiem. Ale, niestety, wykwintna uczta nie da nam stuprocentowej gwarancji zdobycia ukochanego serca...

Panu jednak się to udało! Pańska partnerka Agnieszka została przez pana po prostu zniewolona...

- ...i jestem z tego powodu szalenie szczęśliwy.

Dopuszcza pan swoją partnerkę do kuchni?

- Oczywiście. Uwielbiam jak dla mnie gotuje. Nie sprawia jej to żadnego problemu. Mało tego, robi to po prostu wyśmienicie. Bardzo często gotujemy też wspólnie z naszymi znajomymi. Karol Okrasa i jego żona są u nas częstymi gośćmi. Nasze kobiety wspaniale się ze sobą dogadują.

To tak jak pan ze swoją partnerką. Wydaje się, że rozumiecie się bez słów!

- Staram się, aby tak było. Sensem naszego życia jest przecież rodzina, a nie - tak jak niektórzy uważają - praca czy kariera.

I właśnie dlatego zdecydowaliście się na powiększenie rodziny? Ma pan czteroletniego syna. Jak się pan czuje jako ojciec?

- Świetnie! Leo to superchłopak. Dołożyliśmy z Agnieszką wszelkich starań, aby mówił po polsku i francusku. A teraz dodatkowo uczy się jeszcze angielskiego. On tak fajnie miksuje te wszystkie języki. Jestem z niego szalenie dumny.

Dlaczego wybrał pan właśnie Polskę jako miejsce waszego stałego zamieszkania? Nie myślał pan, aby przeprowadzić się do Francji lub Włoch skąd pochodzi pana mama?

- Faktycznie moja mama jest pół-Francuzką i pół-Włoszką. Ale za to ojciec urodził się w Warszawie. Mam więc jakiś sentyment do tego kraju. Poza tym posiadam obywatelstwo polskie już od 11 lat. Po prostu czuję się tu jak u siebie. Oczywiście nie da się ukryć, że jestem globtroterem. Ciągle mnie nosi i gna po świecie. Nie umiem wysiedzieć w jednym miejscu.

To może jednak łatwiej byłoby zostać podróżnikiem?

- To był mój plan awaryjny. Uwielbiam poznawać ludzi, uczyć się od nich nowych rzeczy i rozmawiać. Zmieniałbym miejsce zamieszkania co pół roku. Tak wyglądałoby wtedy moje życie.

Jednak od 2002 roku postanowił pan się ustatkować. Mam nadzieję, że nie jest to spowodowane utratą apetytu na życie?

- To akurat mi nie grozi. Nigdy nie stracę apetytu! Cały czas jestem głodny życia.

Jakie najdziwniejsze potrawy utkwiły w pana pamięci z tych poszukiwań nowych smaków?

- Był to drób obtoczony gliną. Został włożony do pieca razem z piórkami. Inna potrawa, która z całą pewnością utkwiła mi w pamięci to danie szefa, które ostatnio zjadłem w restauracji w Azji. Po skosztowaniu dowiedziałem się, że zjadłem... wiewiórkę!

Osobiście chyba nie odważyłabym się jednak tego spróbować...

- Proszę żałować, bo to mięso było naprawdę soczyste. Ale rozumiem pani reakcję. My nie jesteśmy w stanie sobie tego po prostu wyobrazić. Oni natomiast nie wierzą, że my potrafimy zjeść "flaczki".

A czy jest jakaś potrawa, której za żadne skarby jednak pan by nie zjadł?

- Oczywiście! Są takie rzeczy, których nie spróbuję nigdy w życiu. Nie zjadłbym np. psa. Będąc w Wietnamie otrzymałem taką propozycję, ale oczywiście odmówiłem. Są pewne granice. Mam tyle szczęścia, że mogę decydować o tym co za chwilę zjem. Nie muszę walczyć o przetrwanie i mogę w spokoju celebrować każdy posiłek.

Alicja Dopierała


Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: Pascal Brodnicki | gotowanie | podróże

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy