Reklama

Reklama

Oj, Ty!

Na koncercie krzyczy do muzyków: „ognia!”. I czasem słyszy: „szefowo, nie mamy siły”. Bo oni mogą być w gorszej formie – Maryla Rodowicz, najstarsza w zespole – nigdy. Ale i tak przed występem wygląda zza kulis, czy w ogóle przyszli ludzie. Potem z powodu tremy boi się wyjść na scenę.

Wzruszają panią piosenki, które śpiewała pani setki razy? Choćby "Niech żyje bal"?

Maryla Rodowicz: - Zwykle kiedy śpiewam "Niech żyje bal", myślę o Agnieszce. Bardzo się koncentruję i wydaje mi się, że ona to słyszy, że krąży nade mną, że jest w jakiś sposób obecna... Albo inna jej piosenka - "Polska Madonna". W ’87 śpiewałam ją na festiwalu w Opolu. W ciąży z najmłodszym synem. Spory brzuch maskowałam spódnicą z tiulu. Jakaś dziennikarka napisała, że się spasłam.

- Tekst "Madonny" tak na mnie działał, że miałam problem ze śpiewaniem nawet na próbach. Był fragment: "Damy ci kwiatek na święto kobiet (...) a dla małego miejsce w przedszkolu". Mojej córki Kasi nie przyjęli do przedszkola państwowego na Ursynowie. Czułam, że śpiewam o każdej z nas, że dotyczą mnie te same problemy, co wszystkich polskich kobiet.

Reklama

Polskie kobiety nie jeździły porsche.

- Porsche jeździłam w latach 70.! Pierwsze 914 rozbiłam na drzewie w ’76, złamało się na pół, kolejne stało u mechaników. A to już były lata 80. Mama powiedziała: "Jesteś w ciąży. Twoje zachodnie, używane samochody głównie stoją". Poradziła kupno poloneza. Dopiero w latach 90. mąż mi kupił nowe porsche, z salonu. 

- Wcześniej, w pierwszym własnym mieszkanku na Ursynowie różnie bywało z kasą. Zdarzało się, że ledwo starczało na czynsz, telefon wyłączali, bo nie płaciłam. Miałam małe dzieci, był stan wojenny, zerwane kontrakty zagraniczne. To czas tetrowych pieluch, a ja byłam samotną matką. Gdy urodziłam pierwszego syna Jaśka, pomagała mi mama, potem pojawiła się opiekunka Krysia.

A słynne trasy po krajach bloku wschodniego to nie były kokosy?

- Pieniądze, które przywoziłam z Rosji w latach 80., wystarczały na pół roku - grałam dwumiesięczne trasy i koncerty w największych halach. Podobnie było z pieniędzmi zarobionymi w klubach polonijnych w Chicago, Nowym Jorku. Potem mogłam siedzieć z dziećmi w domu. Pamiętam pierwszy wyjazd do Stanów w ’78 roku. Obiad w McDonaldzie z czerwonym dachem, znanym z filmów - to było przeżycie.

A w Rosji jakie atrakcje?

- Byłam w ZSRR bardzo popularna, przychodziło dziesięć tysięcy ludzi! Fule! Tam cudzoziemiec to ktoś wyjątkowy. Po koncercie w hotelu stoły były pełne zakąsek.

Kawior?

- Czego tam nie było! Wędzone jesiotry. Mięsa w liściach winogron. Po występie biesiada, w hotelu słuchanie muzyki do świtu. Spanie do południa, próba, koncert. I tak półtora miesiąca! By zadzwonić do Polski, trzeba było zamówić rozmowę w centrali na konkretną godzinę. Czasem telefonistka mówiła, że "Polsza siewodnia zakryta", czyli dzisiaj nie ma kontaktu z Polską.

A w NRD jak was gościli?

- Próbowali udowodnić, że mają to samo, co w Niemczech Zachodnich. Marki, które dostawaliśmy po koncercie, przemycało się w butach, żeby w Berlinie Zachodnim wymienić w pierwszym napotkanym kantorze. W Niemczech kupowałam sobie hipisowskie ciuchy w sklepach indyjskich. Ze Stanów przywoziłam ciuchy z demobilu. Amerykańska wojskowa kurtka to był szpan!

Wcześniej sama szyła pani swoje kostiumy?

- Szyć nie umiem, babcia przerabiała ciuchy, które przysyłał w paczkach wujek z Chicago. Fasony marne, ale rewelacyjne materiały i guziki. Kostium, w którym wystąpiłam na festiwalu studenckim w Krakowie w ‘67, też uszyła babcia. Do sukienki dokupiłam w komisie kozaki z lateksu. Sięgały za kolana. Chyba nieźle zaśpiewałam, bo wygrałam festiwal. Od razu zrobiłam się sławna.

I za chwilę było już Opole.

- Zaśpiewałam "Mówiły mu", przerobiłam z muzykami aranż na country. Miałam patchworkową spódnicę w kwiaty, mama je podmalowywała. Pani, u której mieszkałam na kwaterze (byłam amatorką, hotel mi nie przysługiwał), przejęta, że wystąpię na festiwalu, wygrzebała z walizki starą ludową bluzkę. Rewelacyjnie pasowała do stylizacji. Buty nie, więc wyszłam boso. Było rasowo. Przed występem w Sopocie w ’73 roku pojechałam już do fabryki jedwabiu w Milanówku. Tamtejsze projektantki przygotowały materiał w szafirowe banany. Rafał Olbiński namalował okładkę singla z napisem "Małgośka! Oj, głupia" i załzawione oko. Od początku przywiązywałam wagę do kostiumów.

Ile metrów ma pani garderoba?

- Siedemdziesiąt - koncertowa, trzydzieści - ta przy sypialni, na prywatne ciuchy. Trzymam wszystkie kostiumy sprzed lat. Wiosną w Mediolanie zobaczyłam dzieło projektanta, coś w rodzaju naramienników do zbroi. Kupiłam. Krawcowa uszyła skórzany gorset. Jubiler zrobił spódniczkę z metalowych łusek. Ze stylistką Malwiną Wędzikowską w fabryce zamówiłyśmy buty. Menedżer, widząc sterty kostiumów, pyta: "Przepraszam, czy ruszamy w trasę?". A to jeden koncert. Lubię być zabezpieczona, by czuć się komfortowo. Nie wiem, jaka będzie publiczność, pogoda. Zdenerwowana wyglądam zza kulis, czy w ogóle przyszli ludzie!

Żartuje pani?

- Wciąż się tak denerwuję, nawet po latach bardziej. Czuję większą odpowiedzialność.

Budzi się pani w dniu koncertu i...?

- Od rana niewiele jem, przeglądam kostiumy, koncentruję się. Trzy, cztery godziny przed występem zamykam się w garderobie. Układam kolejność utworów, śpiewam, parę razy się przebieram.

A co musi się znaleźć w kontrakcie, oprócz honorarium, żeby czuła się pani komfortowo?

- Fanaberie? Nie mam. Pamiętam, jak prasa pisała o tegorocznych TOPtrendach, że koniec fanaberii i nie będzie już alkoholu w garderobach artystów. To bzdura. Kto w ogóle pije alkohol w garderobie?!

Może Tom Waits?

- U mnie się w garderobie nie pije. Musi się w niej znaleźć kawa w termosie. A mleko nie skondensowane, tylko od krowy. I woda niegazowana.

Mleko prosto od krowy?! Jednak fanaberie...

- Mam na myśli "z kartonika", niezagęszczone. Przyzwyczaiłam się do różnych warunków. Kiedyś Tomek, mój pierwszy gitarzysta, który pochodził z Oświęcimia, zorganizował tam dwa koncerty. Nocowaliśmy w muzeum na terenie obozu - tam pracowała siostra Tomka, nocleg był za darmo. Spaliśmy na podłodze, wdychając zapach płynu do dezynfekcji. Tak wyglądały pierwsze koncerty. 

A trasy?

- Pierwsza z Jerzym Połomskim. Byłam studentką. Mogłam zaśpiewać dwie piosenki w przerwach. To była trasa po Wybrzeżu: Krynica Morska, Władysławo, Jastarnia. Odkryłam smażalnie ryb z prawdziwego zdarzenia. To był luksus. Z tej trasy pamiętam też pewien epizod: weszłam do garderoby w domu kultury we Władysławowie, a tu na stole leżała wielka kupa. Wrażenie pamiętam do dziś! Ale i tak byłam szczęśliwa, że w ogóle ktoś pozwolił mi śpiewać.

A swoich muzyków dziś pani rozpieszcza? Jakim jest pani szefem?

- Dosyć wymagającym, ale ich uwielbiam. U mnie nie ma zastępstw. Nie może być tak, że ktoś zagra, a za tydzień nie może. To dotyczy całej ekipy - także fryzjerki, makijażystki. Ktoś nawali raz czy dwa i musimy się pożegnać. Świetny perkusista nie chciał zagrać ze mną za darmo koncertu promocyjnego. Uparł się, by mu zapłacić. Też się rozstałam.

Zwalnianie ludzi łatwo pani przychodzi?

- Proszę menedżera, ale on ma miękkie serce i mówi: "Szefowa, ty powiedz". To przykry moment, jestem ostatnią osobą, która decyduje się na zmiany. Czasem ludzie sami odchodzą. Miałam fantastycznego chórzystę, Kamila, śpiewał ze mną dziesięć lat. Rok temu przyszedł z flaszką i powiedział, że chce robić solową karierę. Rozumiem go.

Zrobił karierę.

- Próbuje.

Zdarzało się, że ktoś odchodził i wracał?

- W latach 70. wracałam trzy razy do tego samego muzyka. To był ten Tomek z Oświęcimia. Żona go buntowała, że za mało zarabia. A to były lata 70. i nie było, jak dziś, puli pieniędzy do podziału, tylko stawki ministerialne. Solista dostawał tyle, a muzyk tyle. Miałam do tego gitarzysty słabość. Poza tym był fajnym człowiekiem.

A do pianistów ma pani słabość?

- Zdarzył mi się świetny pianista, do tego przystojny, uśmiechnięty, ale w czasie koncertów, w momencie, w którym akurat nie grał, strasznie się nudził. Wysyłał wtedy SMS-y zza pianina albo rozmawiał przez telefon. Publiczność widziała. Obciach. Zwracałam mu uwagę, obiecywał, że więcej tego nie zrobi, ale zawsze robił. Niestety, rozstaliśmy się.

Ale część muzyków towarzyszy pani latami?

- O, tak, Zbyszek Krebs, gitarzysta elektryczny, zaczynał u mnie jako 18-latek i jest 19 lat! Marcin Majerczyk, akustyczny -16. Lubię pracę z młodymi, moja energia i tak jest młodsza niż ich. Pamiętam upał 40 stopni, piąty koncert z kolei. W muzykach nie ma energii, chórek się rusza jak muchy w smole. "Ognia!" - wołam. A oni: "Szefowa, nie mamy siły!".

- W Stanach w połowie koncertu zemdlał perkusista. Wynieśli Artura, krzyknęłam: "Dawajcie Amadeusza!". To był syn gitarzysty Zbyszka. Miał wtedy 10 lat, ojciec zabrał go, żeby zobaczył Amerykę. Wiedziałam, że uczy się grać na perkusji. Udźwignął cały koncert! Zażartowałam do publiczności, że 30-letni muzyk jest dla mnie za stary, więc stawiam na młodzież.

Chórek to chyba naprawdę panią odmładza.

- Jestem przeciwniczką zmian. Chórek się długo zgrywa - rok, półtora. Dziewczyny mogą śpiewać, gdzie chcą i z kim chcą, ale nie w telewizji. Kiedyś poleciałam na wakacje za granicę, chórek wystąpił w innym artystą. Koncert transmitowała telewizja. Myśleli, że się nie dowiem. Wróciłam i była powtórka programu! Chwyciłam za telefon. To był koniec współpracy. Problem miałam ja - za tydzień był koncert, robiłam szybki casting, próby.

Zdarzyło się pani zawalić coś przez pracę?

- Wiele razy! Nie zadzwoniłam na czas do męża z życzeniami na urodziny. Byłam w Australii, lata 90., o komórkach jeszcze nie marzyliśmy. Pojechaliśmy z zespołem oglądać fragmenty klifu, które do złudzenia przypominały sylwetki dwunastu apostołów. Dotarłam do hotelu, zadzwoniłam, ale była różnica czasu - dla męża zaczął się już kolejny dzień. Długi czas o tym pamiętał, w końcu Skorpion! 

- Zwykle zdarzało się odwrotnie - zawalałam pracę przez miłość. Zakochanie rozwalało mi wszystko bez wyjątku. Rozstawałam się z kimś, całą noc przepłakałam. Następnego dnia przyjechał menedżer zabrać mnie na koncert do Poznania. Czerwona od płaczu, oczy spuchnięte jak szparki, przez zamknięte drzwi negocjowałam odwołanie koncertu. W końcu pojechałam, miałam opryszczkę,wyglądałam koszmarnie.

- Raz odwołałam ważny koncert w Londynie w Royal Albert Hall, bo poprosił o to narzeczony! Nakłamałam, że mamusia chora. Była afera, organizator żądał odszkodowania, zabrali mi paszport na rok. W Hollywood było podobnie. Po koncercie na międzynarodowym festiwalu podszedł amerykański menedżer. Powiedział, że bardzo mu się podoba mój wokal, chciał, żebym została na bankiecie, na którym miało być wielu producentów. Odmówiłam, miałam samolot do Polski, a tam czekały wakacje z dziećmi w wynajętym domku w Wałpuszu pod Szczytnem. Domek był zresztą spleśniały, stał na cegłach, nie miał ciepłej wody. Na Mazurach lało, pieluchy nie schły, dwuletni syn wszedł boso do ogniska, szpital, koszmar.

Hollywood uciekło, za to furorę zrobiła pani podobno u Fidela Castro?

- Poznałam go w ’77, kiedy poleciałam na Kubę na Festiwal Młodzieży i Studentów. Z Niemenem, 2+1, chórem Politechniki Szczecińskiej, zespołem tańca Słowianki z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po koncercie polski ambasador zaprosił nas na bankiet w ogrodzie rezydencji. Słowianki przebierały się w garderobie i nagle pisk... Fidel Castro wszedł znienacka. Przyjechał bez zapowiedzi, ochrona sprawdzała krzaki. Była panika. "Niech ktoś coś zaśpiewa, może Marylka?!", zachęcał ambasador.

Zaśpiewała pani?

- Tak, "Balladę wagonową" po angielsku. Zmieniłam słowa. We fragmencie "Trzech pasażerów pociąg wiózł od Cheetaway do Syracuse" zamiast tych miast wstawiłam kubańskie Camaguey i Santa Cruz. Castro myślał, że to piosenka specjalnie napisana na festiwal... ale dalszego ciągu nie było.

Może go pani onieśmielała?

- Nie sądzę. To był wtedy przystojny mężczyzna, dwa metry wzrostu, świetnie wyglądał w mundurze. Trzy lata temu koleżanka wróciła z Kuby. W hotelu spotkała recepcjonistkę o imieniu Marilla. Powiedziała, że mama dała jej imię na cześć piosenkarki z Polski. Wróciłam na Kubę z przyjaciółmi zobaczyć, czy mnie pamiętają.

- Trafiliśmy na babcię klozetową, siedziała na stołeczku w wieczorowej sukni, w ręku miała papier toaletowy. "Siedemdziesiąt, siedemdziesiąt!" - wykrzykiwała po hiszpańsku. Koleżanka ucieszyła się: "Lata 70., słyszysz?! Poznała cię! Wtedy tu śpiewałaś!". A ta pani mówiła nam, że ma dzisiaj urodziny, że skończyła 70 lat.

Nie miała pani problemu, żeby występować dla Fidela, koncertować w Polsce w stanie wojennym? Artyści wtedy bojkotowali też telewizję.

- Koncertów w stanie wojennym nie było, a ja w ciąży, wtedy rodziłam córkę Kasię. Rzeczywiście pod koniec stanu wojennego nagrałam piosenkę "Różowe czuby" i wystąpiłam w Telewizyjnej Liście Przebojów, nie pokazując twarzy. W masce. Moja sąsiadka, Ania Minkiewicz, była reżyserem i zaproponowała, żebyśmy nakręciły program dla telewizji. Powiedziałam: "Aniu, no ale wiesz, jaka jest sytuacja. Nie występuje się na Woronicza". Ona na to: "Mówię ci, że za tydzień stan wojenny będzie odwołany". Zrobiłam ten program. Nazywał się "Tępa blondyna". Zresztą te "Różowe czuby" po tygodniu zdjęła cenzura.

Dlaczego?

- Dyrektorem w telewizji był wtedy generał o nazwisku Czuba. Stwierdził, że to kpina z niego. A ciemne okulary w teledysku - z Jaruzelskiego. Zdjęli piosenkę, choć była na pierwszym miejscu Telewizyjnej Listy Przebojów. Obok Maanamu i Kombi. 

Jak śpiewa się dla papieża, a jak dla żołnierzy?

-Dla papieża śpiewałam w dniu jego 80. urodzin. W Wadowicach. Jan Paweł II oglądał transmisję w Watykanie. Do "Kolorowych jarmarków" Janek Wołek, poeta, dopisał zwrotkę o wadowickich kremówkach. Kiedy miałam ją zacząć, wysiadł mikrofon. Papież nie usłyszał tej zwrotki.

- Potem pojechałam z ekipą, która robiła ten koncert, do Watykanu. Na audiencję zabrałam płytę z nagranymi "Jarmarkami". Miałam przygotowane przemówienie, ale kiedy podeszłam do papieża, zaniemówiłam. Klucha w gardle. Papież popatrzył, wziął płytę, poklepał mnie tylko po brodzie i powiedział z wyrozumiałością: "Pio-sen-kar-ka!". A ksiądz Dziwisz dodał: "No Marylka, a gdzie gitara?!". Nie wydukałam ani słowa, takie wzruszenie.

- Występ dla żołnierzy stacjonujących w Iraku to też było wielkie przeżycie! Lecieliśmy rządowym TU 154, potem transportowym herculesem, aż w końcu bojowymi helikopterami. W drodze powrotnej ogromny hercules robił esy-floresy, żeby radary nas nie wykryły. Samolot się przechylał, jakby miał runąć. Tydzień wcześniej został strącony taki właśnie, więc teraz pilot próbował kluczyć na wypadek, gdyby ktoś go namierzał. W eskorcie żołnierzy gotowych do strzału prosto z pokładu w szpilkach biegłam na scenę.

Bywa pani tymi występami zmęczona?

- Tylko fizycznie. Bywa, że boli mnie tu i tam, ale na scenie słabość mija. Dostaję skrzydeł.

Kalendarz ma pani wypełniony na lata?

- Bez przesady! Menedżer twierdzi, że ma terminy na czerwiec, ale zapowiedziałam, że jest Euro i muszę być na wszystkich meczach reprezentacji! Przygotowuję też piosenkę. Słowa napisał Wojciech Młynarski, muzykę Seweryn Krajewski.

Seweryn Krajewski był chyba pani świadkiem na ślubie, razem z Agnieszką Osiecką? Jak się pracuje z przyjaciółmi?

- Tak, byli świadkami. Miałam cichy ślub. A noc poślubną spędziliśmy w hotelu Victoria - wtedy najlepszym w Warszawie. Obudziłam się o 9 rano i nie zastałam pana młodego. Poleciał do pracy. Świetnie się pracuje z Sewerynem. Od 40 lat kocham jego muzykalność, to geniusz. Agnieszka była niesamowicie łagodna i superszybka w pisaniu.

Zmuszała ją pani, żeby poprawiała teksty?

- Zdarzało się, że pisała po kilka wersji. Nie miała fochów. Nie zmieniła ani słowa tylko w jednej piosence - właśnie w "Niech żyje bal". Na przyjęciu u Zuzi Olbrychskiej powiedziałam: A co to jest "chłoporobotnik jak boa grzechotnik"? To był jedyny raz, gdy tupnęła nogą. Wszyscy widzieli. "Nie zmienię ani słowa!", krzyczała. I nie zmieniła.

- Zdarzało się za to, że byłyśmy w Zakopanem czy w Sopocie i Agnieszka pisała tekst o naszym pobycie z mnóstwem osobistych żartów. I za dwa tygodnie słyszę, że ktoś to w radiu śpiewa! Dzwonię z pretensjami, a ona: "No tak, dałam to jej...". Agnieszka lubiła szybki efekt, zabiegała, żeby zaistniało dzieło.

Helena Vondráčková była pani koleżanką czy konkurencją?

- Konkurencją. Poznałyśmy się na festiwalu w Sopocie w ’77. Przyjechała Helena, spotkałyśmy się w recepcji. Do dziś pamiętam, jak wyglądała - piękna blondynka w białych obcisłych spodniach, bardzo wysoka, że 180 cm plus jeszcze obcas. Faceci wywijali przed nią taniec godowy. Byłam zazdrosna. Helena wyszła na scenę, zaśpiewała Malowany dzbanku. Dostała główną nagrodę jury. A ja nagrodę publiczności Interwizji za Kolorowe jarmarki.

Czyli remis. I...?

- Oczywiście się z Heleną zaprzyjaźniłyśmy! Dyrektor telewizji zaprosił artystów na bankiet. Powiedział o tym na próbie. My z Helenką przebrałyśmy się błyskawicznie w czarne koronkowe sukienki. Ałła Pugaczowa dostała szału, bo nie wiedziała o imprezie, prosto z próby jechała w byle jakich ciuchach. Po koncercie konkursowym balowałyśmy na plaży przed Grand Hotelem, zgubiłam wtedy w piasku kluczyki do malucha - był moją nagrodą. Cudem się znalazły.

Macie jeszcze dziś kontakt z Vondráčkovą?

- Rok temu zaprosiła mnie do Pragi. Grałyśmy wspólny koncert bożonarodzeniowy. Potem wymyśliłyśmy, że zaśpiewamy "Szła dzieweczka do laseczka" - ja po czesku, ona po polsku. Powiedziała, że będzie szał, że to superhit. Niestety, zero reakcji.

- Raz w Zabrzu w Domu Muzyki i Tańca czekała na mnie przy mikrofonie, a ja wyszłam na scenę w uszkach wilka. Lubiłam robić jej kawały, ale nie była sztywniarą. Zawsze gadałyśmy w hotelu do rana. Helenka żałuje, że nie ma dzieci. Tak wyszło. Za to Karel Gott się niedawno ożenił i ma dwójkę dzieci.

Jak już jesteśmy przy Karelu Gotcie, to muszę zapytać! Nosił perukę? Tak twierdziła cała Polska.

- No skąd, to jego włosy! Ma je do dziś!

Zdziwiło panią, jak zmienił się show-biznes od tamtego czasu?

- Po roku ‘90 jest profesjonalnie, ale poziom piosenek spadł na łeb, na szyję. Rozgłośnie nie grają polskiej muzyki, nie napędzają sprzedaży płyt.

Może i radia pani nie grają, ale i tak płyty rozchodzą się natychmiast.

- To mój największy sukces! Publiczność. Mam fanów, którzy mi ufają i kupują nowe płyty, przychodzą tłumnie na koncerty.

Ile lat ma pani najstarszy, a ile najmłodszy fan?

- Niemal w każdym polskim mieście mam grupę fanów. Tym po trzydziestce się już nie chce, ale nastoletni jeżdżą za mną w trasy. Piszą wzruszające maile. Trzymam je w komputerze z próżności. Kiedy młodzi chłopcy piszą, że są we mnie zakochani i po koncercie padają na kolana z bukietami, wołając: "Królowo!", to jest to coś.

I co pani robi z tymi dzieciakami - podnosi ich pani z kolan?

- To ciągle robi wrażenie.

Jakiś stalking się zdarza?

- Zdarza się. W Niemczech pan z plecakiem usiłował dostać się do mnie, podpisywałam płyty. Miał przy sobie jakiś ostry przedmiot. Pobił się z ochroniarzami. A w Białymstoku, w latach 90. w amfiteatrze krzyknęłam: "kto ze mną zaśpiewa?", kilkaset osób wdarło się na scenę. Pozrywali kable, zgasło światło. Muzycy uciekli, mnie ratowała ochrona. Organizatorzy obciążyli mnie potem kosztami za stłuczone żarówki.

Poza sceną też tak lgną? Kiedy ostatnio ktoś biegł za panią na ulicy, prosząc o autograf?

- Oj, musiałabym sobie przypomnieć, kiedy ostatnio szłam ulicą!

Rozumiem, że jest pani wożona z miejsca na miejsce limuzyną z ciemnymi szybami.

- No skąd, sama się wożę samochodem, tacham siatki. Chciałabym pobiegać po centrum handlowym z przyjaciółkami. Niestety, po takich zakupach oglądam siebie na zdjęciach paparazzich. Przyłapują mnie na nieciekawej minie, z opuszczoną głową. Kiedy robiłam z synem zakupy przed Bożym Narodzeniem, weszliśmy do jubilera, by kupić kolczyki dla córki. Ktoś zrobił zdjęcie i podpisał, że Rodowicz wychodzi ze sklepu z torbą pełną biżuterii. A w torbie mieliśmy kupioną wcześniej pościel!

Domagała się pani sprostowania?

- Raz się zdarzyło. Internauta napisał, że mam nieślubne dziecko z Olbrychskim. Niepełnosprawne, więc oddałam do zakładu opieki. Adwokat zażądał usunięcia wpisu i podania IP komputera należącego do autora plotki. Nie zamierzałam ścigać tej osoby, zrobiłam to tylko ku przestrodze.

Pani bliscy przeżywają takie plotki?

- Mama zbierała wycinki prasowe, mogła się sporo bzdur naczytać. O operacjach plastycznych. I że mdleję na koncercie z wycieńczenia.

No właśnie... Jak pani to robi, że nie mdleje? Rolling Stonesi radzą sobie za pomocą alkoholu, kokainy i podobno nawet transfuzji krwi, a pani?

- Mick Jagger pije już tylko zieloną herbatkę. Mam silny organizm, uprawiałam sport, przez 20 lat grałam w tenisa, aż nabawiłam się kontuzji kolana. Latami byłam w siłowni pięć razy w tygodniu. Ostatnio, z braku czasu, dałam sobie spokój z ćwiczeniami. Wciąż uwielbiam pływać, ale w ciepłej wodzie. Na ostatnim urlopie na Malediwach pierwszego dnia tak poparzyły nas meduzy, że do końca pływałam z duszą na ramieniu...

To co z tym rockandrollowym życiem?

- Żyję jak mniszka. Muszę! Zero bankietów. Sen to podstawa dobrego wokalu, urody i kondycji. Wracam z koncertów o trzeciej, czwartej nad ranem, pół dnia odsypiam. Kładę się o drugiej, trzeciej - jestem przestawiona, największą energię emituję wieczorem. Mąż mówi "Sorry, Maria" i idzie spać, rano wstaje do pracy. Żyję higienicznie, inaczej spadłabym ze sceny.

A co z gardłem? Płucze pani wodą z solą jak Madonna?

- Krtań i tchawicę mam wrażliwe od dziecka. Moja pani laryngolog diagnozuje mnie i leczy przez telefon! Jeśli nie mam za trzy dni koncertu, też preferuje takie "babcine" sposoby. Wysyłam jej sms : "Help!". A ona odpisuje: "Syrop z cebuli, płukanie nosa wodą morską". Kiedy za chwilę mam koncert, biorę antybiotyk. Niestety.

Śpiewa pani prawie co dzień. Także na firmowych, zamkniętych imprezach. Gdyby ktoś chciał, by Rodowicz zaśpiewała mu na urodzinach, to...?

- Na urodzinach, weselu... Zdarzały się prośby. Daję zaporową cenę, by nikt nie mógł sobie na to pozwolić.

Jaka to cena?

- Nie mogę powiedzieć. To oczywiście nie są takie pieniądze, jakie bierze Beyoncé za występ na urodzinach u szejka arabskiego, ale i tak zawsze słyszę, że upadłam na głowę.

Broni się pani przed tym, by nie zaczęto mówić, że każdy może "mieć" Rodowicz?

- Zaporowa cena ma też inne uzasadnienie - chciałabym, żeby warunki techniczne były identyczne jak na każdym moim koncercie. A ludzie myślą, że ot, tak - wyjdę z gitarą i zaśpiewam.

Boso, przy grillu?

- Właśnie. Oświetlenie, nagłośnienie to kilka tirów samego sprzętu. A scena nie zmieściłaby się w większości polskich ogrodów czy domów.

Słucha pani czasem Rodowicz w domu?

- Nie! Uwielbiam ciszę. Nie mam też w zwyczaju śpiewać pod prysznicem. A kiedy mąż ma w samochodzie włączone radio albo jakąś płytę, od razu mówię: "Błagam cię, wyłącz!". Kilka dni temu goniec przyniósł mi moją najnowszą płytę Buty 2, z nieznanymi piosenkami Agnieszki Osieckiej. Przez tydzień nie miałam chwili, żeby posłuchać!

Rozmawiała Agnieszka Sztyler

Twój STYL 1/2012

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy