Reklama

Reklama

Pani doktor taka młoda?

Onkologia jest piękna. Jak to brzmi? W ich ustach - niefałszywie. Grzeszą, kiedy się śmieją w środowisku, w którym umieranie jest codziennością? Gdy pachną perfumami, żartują, tańczą? Jaką wartość ma dla nich czas - dzień, miesiąc, rok? I właściwie dlaczego wybrały ten zawód? O tym, jak uczą się życia od śmiertelnie chorych, opowiadają dwie Anny i Barbara - młode lekarki onkologii.

I pięknie, i strasznie

Anna Kliwicka ma 31 lat, pracuje na oddziale chemioterapii w Klinice Onkologii przy ulicy Łąkowej w Poznaniu. Mama siedmioletniej Zuzy i pięć lat młodszej Oliwii. Jej mąż Sebastian jest psychiatrą.

Trzeba wybrać miejsce. Ścianki dzielące sale są cienkie, wszystko słychać. W grę wchodzi balkon. Albo ławka w parku przy szpitalu. Ania zazdrości lekarzom z amerykańskich seriali - jest pokój do rozmów, czas. - Chciałabym mieć moment na wyciszenie, zanim usiądę naprzeciw pacjenta i powiem mu, na co naprawdę choruje - mówi.

Wysoka blondynka o pogodnych oczach. - Niektórzy się łudzą, że znaleźli się na onkologii, ale to jeszcze może nie rak... - tłumaczy. Nie lubi tych rozmów, wciąż nie umie opanować emocji. Pamięta Alinę, 40-latkę, mamę dwójki przedszkolaków. Kiedy spotkały się pierwszy raz, Ania spytała: "Czy pani wie, na co jest chora?". Siedziały na ławce pod ceglanym murem, pachniały piwonie. Alina odpowiedziała: "Mam złośliwy nowotwór, ale będę walczyć. Zniosę wszystko, chcę żyć dla dzieci. Albo umrzeć najpóźniej, jak można". - Nie płakała. Jako lekarz wiedziałam, że mam w niej partnerkę. Jako człowiek podziwiałam jej siłę - mówi Ania.

Reklama

Co robi, gdy pacjent ma się od niej dowiedzieć, że nowotwór jest złośliwy? - Na ogół milczę. On milczy, ja milczę. Czasem ta cisza wisi w powietrzu długo. Nie przerywam jej. Lepiej mądrze pomilczeć, niż byle jak zagadać ten moment. A potem opowiadam o strategii. Nierzadko słyszę: "Ojej, młodziutka pani i będzie leczyła taką poważną chorobę?". Odpowiadam z uśmiechem: "Jak będą wątpliwości, pójdę i zapytam kogoś bardziej doświadczonego ode mnie, dobrze?".

Oswoić strach

Pięć lat temu, Ania po dyplomie. Chce dostać się na staż na onkologię. - Od dawna na Łąkową nie przyjmowano nowych lekarzy. Nie ma miejsc, ministerstwo nie przyznało. Szukałam sposobu, jak dopiąć swego. Poszłam do ordynatora. Zameldowałam, że chcę wyjątkowo odbyć staż u niego. A on... po prostu mnie przyjął - wspomina.

Jest 2005 rok, jej pierwszy dzień w pracy, ordynator mówi: "Pani doktor, rozpisze pani AC pacjentce na szóstej sali". AC, czyli najpowszechniejszy rodzaj chemii, nie powinna mieć z tym problemu. Zajrzała do sali - Teresa, młoda brunetka po mastektomii. Na stoliku gazeta "Mamo, to ja". Więc pewnie ma dzieci... - Poczułam wielką odpowiedzialność. To ja będę mówiła tej kobiecie o efektach leczenia, o tym, dlaczego czuje metaliczny smak w ustach po chemii. To mnie jej mąż zapyta, kiedy odrosną te ciemne włosy, które wkrótce wypadną. Czy dam radę, czy nie popełnię błędu? - Ania opowiada o pierwszych wątpliwościach. Po czterech latach Teresa pojawi się na jej dyżurze w poradni na badaniu kontrolnym. - Każde spotkanie po dłuższym czasie to najlepsza nagroda - mówi Anna.

Dlaczego tak uparła się na onkologię? - Możliwe, że ze strachu. Komórki rakowe są przerażające i... fascynujące jednocześnie. Wyrywają się spod kontroli organizmu, robią swoje tak skutecznie. Może wydawało mi się, że jeśli je okiełznać, to da się choć trochę przechytrzyć śmierć? - wyznaje. Mama umarła, kiedy Ania była w podstawówce. Trójka rodzeństwa została z tatą - ekonomistą. Rodzina mamy to prawnicy, ojciec zachęcał: "Może podtrzymasz tradycję?". - Byłam nieugięta - mówi pani doktor.

Nie tylko życie

Pół roku temu. Dzwoni do szpitala chorób zakaźnych. Dłużej na onkologii nie wytrzyma. Musi zmienić miejsce. - To był kryzys. W ciągu trzech miesięcy odeszło kilkunastu moich pacjentów. Człowiek zaczyna się zastanawiać: może to moja wina? Najgorsze są przypadki, kiedy pacjent umiera z powodu powikłań leczenia. Nowy stres - przecież składałam przysięgę "po pierwsze nie szkodzić". A w onkologii jest tak, że aby osiągnąć najważniejszy cel, czyli pokonać nowotwór, trzeba poświęcić zdrowe organy, choćby na jakiś czas.

Chemia niszczy wszystko. Ciężko się z tym uporać - opowiada. Pamięta Karola, wesołego sześćdziesięciolatka. Był miły, wypytywał ją o stopnie córki, lubił Złotopolskich. Znali się prawie rok. - Przyszedł do nas z rakiem pęcherza moczowego. Silna chemia wydawała się skuteczna. Jednak po ostatniej chemioterapii osłabione organy nie wytrzymały - perforacja jelit, szybka śmierć. A naprawdę myślałam, że uda nam się wygrać... - wspomina Ania. Pomoc psychologa w takich sytuacjach? - Jest na oddziale, ale dla chorych. Ja muszę radzić sobie sama...

Żeby odreagować napięcie, poprosiła o przeniesienie na oddział zakaźny. - Ale szybko zrozumiałam, że to nie moje miejsce - uśmiecha się. - Dziś powtarzam sobie, że nie uratuję wszystkich. Tu nie ma miejsca dla Judymów. Coraz skuteczniej oswajam śmierć. Staram się już na nią nie wściekać.

Perfumy na inną okazję

Szesnasta. Ania pilnuje, żeby do domu wychodzić punktualnie. Po drodze zakupy, jeszcze kredki dla młodszej Zuzi i koszulka na WF dla Oliwki. Proste zadania matki. - Dużo czasu spędzam z rodziną. Spacerujemy, chodzimy do kina, na pływalnię. Normalność jest ekskluzywna i potrzebna - opowiada. Czy rozmawia z dziećmi o śmierci? - Niedawno Zuzia znalazła na półce książkę "Moja mama ma raka", która w przystępny sposób tłumaczy, czym jest choroba nowotworowa. Chciała porozmawiać. Myślę, że da się o najtrudniejszych sprawach mówić w sposób, który nie budzi demonów - twierdzi Anna.

Wieczorem robi kolację, rozmawia z Sebastianem, najchętniej nie o jego pacjentach. - Raczej o filmach, które wchodzą do kina, o tym, że zmienił się listonosz i trzeba wymienić filtr w kranie. To nie jest tak, że się opancerzam. Wierzę, że gdzieś jest złoty środek, szukam go - lekko się uśmiecha. Zastanawia się nad przenikaniem życia osobistego i zawodowego. - Niedawno w karcie chorej widzę nazwisko. Okazało się - mama kolegi, z którym chodziliśmy na pielgrzymki. Pani Ewa robiła nam kanapki z szynką na drogę. Niezręcznie mi leczyć ludzi, których znam, chyba lepiej, żeby relacje pozostały przezroczyste.

Czasami proszę, żeby ktoś z kolegów przejął pacjenta, który jest częścią mojego życia osobistego - mówi Ania. Poprawia jasne włosy. Kobieca. W szpitalu dba, żeby fartuch był wyprasowany i śnieżnobiały. Nosi pierścionki. Tylko z perfumami uważa. - Pacjenci po chemii zapachy odbierają mocniej. Nie chciałabym sprawić komuś przykrości. A sami nie zwrócą mi uwagi, większość z nich to dyskretni, spokojni ludzie. Jakby lepiej wszystko przemyśleli. Uczę się od nich. Dzięki nim na skróty przechodzę drogę, którą pokonuje się czasem kilkadziesiąt lat - choć jestem młoda, wiem, co jest w życiu ważne, a na co można machnąć ręką.

Negocjuję z Panem Bogiem

Anna Skrzypczyk ma 31 lat, chłopaka, wynajmuje mieszkanie. Przeszła próbę: pracowała za darmo, żeby się przekonać, czy onkologia to jej droga. Dziś ma etat w Klinice Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w warszawskim Centrum Onkologii.

Wyjątkowo cicho w salach. Anna wie, że Ula, jej pacjentka, umiera. Wszyscy wiedzą, na onkologii to się czuje zawsze. Jest rodzina. Ula - blada, łysa, jeszcze dwa lata temu instruktorka fitnessu. Szuka w powietrzu dłoni Anny... - Czasem mam wrażenie, że pacjenci sami wybierają chwilę śmierci. Ulę znałam półtora roku. Czułam, że poczekała na mój dyżur. Dla onkologa to w pewien sposób wyraz podziękowania - choć to brzmi paradoksalnie. Ale ja już wiem, że sukcesem może być także dobra śmierć. Wtedy nie płakałam, czułam, że dzieje się coś mistycznego - mówi Anna.

Wieczorem tego samego dnia pakuje torbę na zajęcia w szkole tańca: dziś taniec jazzowy, w torbie lądują skórzane trzewiki za kostkę. Ma w szafie także pointy i kilka kostiumów do tańca. Dzisiaj, w kawiarni na placu Trzech Krzyży opowiada: - Taniec to mój wentyl. Praca jest ważna, ale dbam też o życie osobiste. Chcę wyjść za mąż, urodzić dzieci - uśmiecha się. Miała dobry dzień. Opisuje scenę: ogląda kontrolne USG, pacjentka wyczekująco patrzy w oczy lekarki. "Jest w porządku, nie widzę nowych zmian", diagnozuje Anka. A tamta rzuca się jej na szyję, całuje. - To piękne momenty - przechyla głowę.

Wygląda jak licealistka: ciemne włosy związane w kucyk, dżinsowy kombinezon, niebieski cień z brokatem na powiekach. Pierścionki, komórka z zawieszką. Anka co jakiś czas zerka na telefon. Czy daje numer pacjentom? - Tak. Wiem, że po chemioterapii zdarzają się niepokojące objawy, że strach wywołuje masę pytań. Odpowiadam, rozmawiam. Jednak zdarzało się: wychodzę na wesele kuzynki i wszystko leci mi z rąk, a tu telefon: "Pani doktor, czy ja mogę zjeść teraz kalafior?". Proszę wtedy: "Dzwonimy w sprawach naprawdę pilnych, dobrze?".

Asertywność nie oznacza braku profesjonalizmu. Lekarz musi mieć minimum komfortu, żeby dobrze funkcjonować - tłumaczy. Gdyby miała czas, jeździłaby na wycieczki do pięknych krajów, relaksowała się w spa albo na wielkich zakupach... Lubi dobre kosmetyki i buty na szpilce. Nawet w szpitalu. - Rzadko rezygnuję z obcasów - śmieje się. Spotyka się czasem z żartobliwymi uwagami: "No tak, pani doktor, wysokie ciśnienie, a jakie ma być, skoro pani siedzi obok?". - To sympatyczne i tyle - kwituje. Młoda i ładna na takim oddziale? - Kierowcy w taksówce, wioząc mnie do kliniki, pytają nieraz: "I pani tutaj pracuje?! Straszne!". A ja wcale tak nie uważam.

Powiedz mu to

Sala kobieca. Pod oknem pacjentka po naświetlaniach, dziś w fatalnym nastroju. Na krześle obok sukienka w groszki. "Jaka ładna!", Anka głaszcze materiał. Chora patrzy nieufnie: "Mam do niej w szafce brązowe szpilki... - Pokaże pani?" - lekarka puszcza oko. I już lepiej. Anka wie, że czasem warto na chwilę stać się koleżanką, która też lubi fajne ciuchy.

Może empatia jest równie ważna jak powołanie? Skąd ono u Anki? Jej tata - budowlaniec - kocha rocka. Kiedy córka była mała, zdobywał płyty Deep Purple, Led Zeppelin, Jethro Tull. Pytał: "Słuchamy razem?". Zgadzała się pod warunkiem, że przy okazji będą się bawić w szpital. - Robiłam mu zastrzyki, wypisywałam "recepty" i leczyłam landrynkami - opowiada Anka. Pochodzi z Olsztyna, medycynę studiowała na Akademii Medycznej w Bydgoszczy. Po dyplomie była szansa na rezydenturę onkologiczną w rodzinnym Olsztynie. Anka złożyła podanie. - Niestety, nie załapałam się. Szefowa oddziału, widząc moją determinację, zaproponowała wyjście pośrednie: wolontariat - wspomina.

Wieczorem narada w domu: czy rodzice będą ją utrzymywać, czy warto tak zainwestować, czy są widoki na etat? - Trzy odpowiedzi na tak. Zdecydowałam się. Pani doktor wzięła mnie wtedy na poważną rozmowę: "Musisz się przygotować - koleżanki będą opowiadały o chłopakach i jak im się rodzą dzieci, tobie prawie codziennie będą umierali ludzie. Wtedy przekonasz się, czy naprawdę chcesz zostać onkologiem". - Miała rację - mówi Anna. Wspomina pierwszego pacjenta, któremu musiała powiedzieć, że medycyna więcej mu nie pomoże. - Sympatyczny emeryt. Rak dna jamy ustnej z przerzutami. Powiedziałam możliwie najspokojniej: "W tym momencie kończymy leczenie, zrobiliśmy wszystko, co było można". Pamiętam jego oczy. I jak w końcu zapytał: "Jak pani myśli, ile czasu mi zostało?". Wykrztusiłam, że nie wiem, i chciałam uciekać. Potem przez godzinę ryczałam w szpitalnej toalecie. Zapamiętałam do końca życia to pytanie: "Ile jeszcze czasu?". I postanowiłam zostać na oddziale.

Doczekasz, doczekasz...

- Słyszysz: onkologia, myślisz: samo nieszczęście, prawda? A to nie tak - twierdzi Anka. Jedna z jej najlepiej zapamiętanych pacjentek: Julia, trzydziestoparolatka. Rak piersi z przerzutami. Kochający mąż, trzy świetne córeczki. - Dwa lata? Mniej więcej o tyle można było przedłużyć jej życie. Zdarza się, że bliscy chorego proszą: "Tylko niech pani jej (czy jemu) nie mówi, że umrze...". Odpowiadam:

Powiedziałam Julii. I co? Zaczęła żyć intensywniej. Podróżowała z rodziną, urządzała dom, cieszyła się każdą rzeczą. Kiedy odeszła, wiedziałam już, że moim zadaniem jest wynegocjowanie z Panem Bogiem jak najdłuższego terminu dla pacjentów - mówi Anka. Wie, że chorzy na onkologii mają inne kalendarze. - Nie patrzą daleko w przyszłość. Ważnym słowem staje się "doczekać" do komunii dziecka, ślubu córki, urodzin wnuka. Kiedy się udaje, jako lekarz mam satysfakcję - opowiada.

Czasem patrzy na pacjentów, kiedy oni tego nie widzą. - Mój mózg filtruje: to mogłaby być moja mama, siostra, albo... ja sama. Włącza się troska o bliskich, o własne zdrowie też. Anka nie pali, bada piersi, mogłaby zdrowiej się odżywiać. Czy czuje się starsza niż rówieśniczki? Nie, może czasem bardziej zmęczona.

Czasem: stop!

Wieczór. Anka szykuje meksykańską kolację. Będzie niespodzianka dla chłopaka. Ania już czeka, żeby się przytulić. Trochę boli ją głowa. Opowiada: - Mam średnio trzydziestu pacjentów dziennie. Powiedzmy sześć godzin, czyli dziesięć minut na jednego. A pacjenci są dociekliwi, bywa, że przychodzą z zeszytem, w którym zapisali dziesiątki pytań. Co robię? Proszę o wybranie trzech i na tym się skupiamy. Gdzie w tym biegu miejsce na humanitarną misję? - Codzienność uczy realizmu.

Kiedyś usłyszałam, że ktoś wycofał się spod mojego gabinetu, bo uznał, że jestem za młoda. Poczucie misji spowodowałoby żal, że straciłam pacjenta. Ale w praktyce to oznacza, że mam więcej czasu dla innych. Jeszcze niedawno uważałam, że nie mam prawa wyjść na kawę, nawet do toalety. Dzisiaj idę do bufetu po bułkę i tylko uważam, żeby nie przekroczyć dziesięciu minut. I staram się nie mieć wyrzutów sumienia, kiedy widzę skrzywione miny w poczekalni - mówi Anka.

Można być złym na chorego? - Bywam poirytowana, ale to mój problem, nie mogę po sobie niczego pokazać. Pacjent jest najważniejszy. Dużo zawdzięczam ludziom, których leczę. Sprowadzają mnie na ziemię. Małe przyjemności pęcznieją - to, że rodzice odwiedzą mnie w weekend, że kot przyszedł się połasić i mruczy do ucha. I jeszcze jedno się liczy - że obok ciebie jest drugi człowiek. Patrzę na moich chorych i wiem: źle być samotnym. Musi być ktoś, na czyim ramieniu się wychlipiesz, opowiesz o najgorszym. Miłość jest ważna.

Też jestem kobietą

Barbara Madej-Czerwonka. Czterdziestolatka, pracuje w pododdziale chirurgii onkologicznej w Lublinie. Męża poznała na studiach, szybko urodziła syna. Kilka lat potem - drugiego. Ma specjalizację pierwszego stopnia z chirurgii ogólnej i drugiego stopnia z chirurgii onkologicznej. Zrobiła doktorat i habilitację, jest jedną z najlepszych chirurgów onkologów w Polsce.

Czy stół chirurgiczny ma regulowaną wysokość? Sprawdziła w fachowych czasopismach. Ma. Uff. - Kiedy oznajmiłam tacie, że zamierzam zostać chirurgiem, powiedział: "Jesteś kobietą i jesteś mała. Przewiduję trudności" - wspomina Baśka. Ma 156 cm wzrostu, a chirurg powinien być silny i wysoki. Dziś w lubelskiej kawiarni ma na sobie pastelowy kostium, do tego szklane korale i czarną lakierowaną torebkę.

Opowiada o wyjazdach na wieś z ojcem weterynarzem. - On kroił brzuch konia i mówił: "Patrz, to jest przepuklina". Ja gapiłam się zafascynowana i czułam, że chcę jak tata. Kiedy zdawałam na medycynę, było jedenaście osób na miejsce. Ale dostałam się - mówi. Na zajęciach w prosektorium pierwsza chce preparować. Profesorowie zapamiętują ją z tego, że nie boi się używać skalpela. Po dyplomie odbiera telefon: "Chce pani przyjść do mnie na staż?" - profesor z Uniwersytetu Medycznego. Zrezygnowałam z wakacji, żeby miejsce na stażu nie przepadło. Trzy czwarte kolegów z mojego roku zostało bezrobotnymi lekarzami - opowiada Barbara.

Po roku stażu dylemat życiowy: chirurgia czy interna? Wybrałam skalpel. Opiekunem specjalizacji został ordynator chirurgii, świetny fachowiec, nie seksista. W tym czasie pracowałam równolegle w poradni raka piersi. Prowadziłam program badawczy, z którego wynikała przerażająca statystyka: tylko pięć procent Polek robi sobie mammografię. Czułam, że chcę się z tym zmierzyć. Jako specjalizację drugiego stopnia wybrałam onkologię.

Krew na butach

Niedługo po rozpoczęciu pracy młodą panią doktor boli brzuch. Dzień, kilka dni. Prosi kolegę o zrobienie USG. - Ma dziwną minę: "Wydaje mi się, że masz guz trzustki". Byłam przerażona. Trzustka? Trzy miesiące życia i koniec. Co robić?! Pierwszego dnia dręczyłam się: nie powiem nikomu, po co fundować rodzinie horror? Drugiego doszło do mnie: trzeba poukładać sprawy, przygotować bliskich - powiem. To było piekło - mówi Baśka.

"Guz" okazał się tylko błędem graficznym na monitorze. Ale ona dostała lekcję na całe życie. - Wiem, co czuje kobieta, która dowiaduje się, że ma nowotwór. Dlatego dla zasady: nigdy o nim nie mówię, jeśli nie zobaczę wyników badania pod mikroskopem. A jeśli faktycznie guz jest nowotworem, uspokajam: "Może uda się oszczędzić pierś. Widzi pani w gazetach, w telewizji - tyle aktorek, gwiazd choruje i wychodzą z tego" - tłumaczy Baśka.

Niedawno badała młodą kobietę spoza Lublina, Magdę. - Wyczuła guzek, zrobiła USG. Akurat spędzała tu urlop, wiadomość była szokiem. Dziewczyna tydzień temu kupiła piękne bikini, cieszyła się życiem. Powiedziałam: "Niech pani nie myśli o szpitalu natychmiast. Proszę porozmawiać z mężem, za kilka dni postanowimy, co dalej". Jeśli to możliwe, nie kładę pacjentki od razu na oddział. Badania można zrobić w przychodni, a ona ma czas, żeby oswoić się z sytuacją - mówi Barbara.

Nauczyła się, że kiedy życie zawisa na włosku, pacjentki reagują różnie. Gdy płaczą, przytula. A gdy wpadają w psychozę... Opowiada: - Niedawno robiłam opatrunek kobiecie po mastektomii. Gdy skupiłam się na drenowaniu limfy, pacjentka nagle chwyciła za metalowy taboret i rzuciła w moją stronę. W ostatniej chwili pielęgniarka i ja zatrzasnęłyśmy się w składziku. To się zdarza - mówi Baśka.

Przyszło jej kiedyś do głowy, że lepiej było zostać np. okulistką? - Nie. Tu się rozwijam najszybciej. Kiedy jako początkujący chirurg odcinałam pierś, krew chlapała mi na buty. Miałam do dyspozycji skalpel i nożyczki, nie było koagulacji - zamykania naczyń krwionośnych. Dziś robimy rzeczy na najwyższym światowym poziomie. A to przecież tylko kilka lat różnicy.

Włożysz białą sukienkę

Jej pierwsza operacja, jeszcze na stażu. Pacjentka z przepukliną, równolatka Baśki. Asystujący lekarz radzi; "Zrób porządne cięcie". - A ja przeciwnie, delikatnie dookoła pępka. Dziewczyna potem włoży krótką bluzkę i co? - uśmiecha się Baśka. "Babskie" podejście w chirurgii? A czemu nie? - Mówiąc serio, myślę, że jako kobieta rozumiem, jakie to ważne, żeby szew był niewidoczny. A w poważniejszej skali - żeby zachować, a nie usuwać pierś - wyznaje Baśka.

- Jeszcze kilka lat temu obowiązywała stara szkoła: lepiej wyciąć wszystko, żeby nie było wątpliwości. Widziałam rozpacz kobiet, przekonywałam kolegów: "Postaw się w sytuacji jej mężczyzny. Pomyśl, co czuje pacjentka, której odbiera się atrybut kobiecości..." - opowiada.

Jeździła na zjazdy młodych chirurgów, poznała Umberto Veronesiego, Włocha, prekursora idei oszczędzania piersi. - Chciałam ją wprowadzać u nas. W dużej części przypadków można wyciąć tylko guz, uzupełnić leczenie chemio- lub radioterapią. Nie jest udowodnione, że pozostawienie piersi to większe ryzyko rozsiewu nowotworu - przekonuje.

Walczy też o ratowanie węzłów chłonnych. - Wycięcie to zazwyczaj komplikacje, puchnie ręka, bo limfa nie zostaje właściwie odprowadzana. A jest metoda, żeby znaleźć tylko ten jeden zajęty węzeł, tak zwany "wartowniczy" - Baśka tłumaczy, że trzeba zrobić badanie izotopem. To wymaga urządzenia za ponad 60 tysięcy złotych. - Chciałam sprowadzić je do kliniki, odpowiadałam za przetarg, udało się - mówi.

I o następnym skoku do przodu: Dorota, pierwsza pacjentka zakwalifikowana do rekonstrukcji piersi. - Miała już wyznaczony termin ślubu. Moja pionierska ekspanderoproteza: wprowadziłam pod mięsień torebkę ze specjalnym płynem, potem pompowałam go porcjami, pierś "rosła". Dziewczyna wkroczyła do kościoła w białej sukni z dekoltem - opowiada Barbara. Złe chwile? - Wiadomości o śmierci. Nieraz pacjentki leczę latami. Ale w końcu dzwoni telefon, że to już... Nie chodzę na pogrzeby. Nie mogę dać sobie pretekstu do chwili zwątpienia.

O chorobach cicho sza!

- Wiesz, kolega mi mówił, że jego mama cię zna - syn Baśki zagląda do kuchni. - I podobno ty masz tam dobrą opinię w tym szpitalu... Baśka nie ma pretensji, że synowie nie znają szczegółów jej pracy. Niech to będzie osobny świat. - Mój mąż jest inżynierem. To też inne sprawy, inni znajomi. I dobrze - mówi. Gdy zdejmuje lekarski fartuch, chce być mamą, żoną, kobietą.

Po pracy w szpitalu ma wykłady na Uniwersytecie Medycznym. - O osiemnastej. Więc wcześniej jest czas, żeby pójść do fryzjera, kosmetyczki. Nie mogę przecież wyglądać gorzej niż moje studentki - żartuje. Musi być margines na przyjemności. - Bo łatwo zwariować. Choć oczywiście nie da się przeskoczyć automatycznie z jednej skóry w drugą. Nie wyłączam komórki po pracy, jestem dostępna. Jednak nie zaprzyjaźniam się z pacjentami, a w gronie przyjaciół oprócz lekarzy mam prawników, dziennikarkę, nauczycielki - zastrzega Baśka.

- Wolę pogadać o miłościach z ogólniaka niż o operacjach. Albo poczytać. Wyjechać w góry. Dwa razy w tygodniu chodzę na basen. Po to jest życie. Trzeba wiedzieć, że Chorwacja jest piękna i jak długa jest w tym roku kolejka na Kasprowy. A Budka Suflera nagrała nową płytę. Żeby to nie uciekło. Wszystko trwa tylko chwilę.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 10/2010

Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: rak | onkologia | lekarze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne