Reklama

Reklama

Sekielski: Z bratem mogę wszystko

Tomek Sekielski znany był jako reportażysta, który zawsze szuka prawdy. O Marku mało kto wiedział, choć to on był producentem programów Tomka. Stworzyli team niezależny od nikogo. Razem zrobili film "Tylko nie mów nikomu", o pedofilii w polskim Kościele katolickim, który wstrząsnął opinią w Polsce i poza nią.

Obejrzały go ponad 23 miliony ludzi. Znalazł się w pierwszej dziesiątce najczęściej oglądanych dokumentów w Irlandii, Islandii, Holandii czy Szwecji. Komentarze wywołał nawet w Chinach. Wkrótce premierę będzie miała druga część dokumentu, a tymczasem sypią się nagrody: ostatnio Radia Zet im. Wojciechowskiego, wcześniej Tytanowe Oko, nagroda specjalna Press Clubu, Obywatel Dziennikarz od Towarzystwa Dziennikarskiego, Grand Prix na Festiwalu Mediów Człowiek w Zagrożeniu. Sukcesy nie przewróciły im w głowie. Uświadomiły, jak duża jest siła braterskiej relacji.

Reklama

Tomek Sekielski: - Dlaczego nie założyłeś ciepłej czapki? Ziąb na dworze.

Marek Sekielski: - Widzisz? Nikt się o mnie tak nie troszczy jak Tomek.

Tomek: - Przyzwyczajenie. Młodszy o cztery lata brat zawsze będzie młodszym bratem.

Marek: - Wszyscy w rodzinie traktują mnie jak dziecko, do dziś mówią na mnie Młody.

Tomek: - Zdarza mi się upomnieć mamę: "On ma 40 lat, to już nie jest mały Mareczek". Ale sam go trochę tak traktuję. Gdy byliśmy mali, rodzice byli zapracowani, dużo czasu spędzaliśmy razem, a jako starszy brat miałem na niego oko.

Marek: - Mieliśmy 40-metrowe mieszkanie na bydgoskim blokowisku z wielkiej płyty. Dwa pokoje na parterze. Cztery osoby i dwa psy, bo ojciec przygarnął dwie znajdy.

Tomek: - Mama jest inżynierem chemii, całe życie pracowała w laboratorium Foton, które produkowało klisze fotograficzne. Ojciec był kierownikiem hotelu robotniczego. W domu się nie przelewało.

Marek: - Łagodnie powiedziane. Jesteśmy z biednej rodziny, ledwo starczało do pierwszego. Ale mama tak gospodarowała, żebyśmy tego nie czuli. Pamiętam, jak babcia zrobiła nam na drutach wełniane spodnie. Ja miałem brązowe, ty niebieskie. Obciach! Jeszcze gorsze były jej koszulki z krótkimi rękawami robione na drutach. (śmiech) A ja musiałem dodatkowo donaszać ubrania po Tomku. Mama wiecznie coś przerabiała.

Tomek: - Na dobre nam wyszło. Kiedy nie wychowujesz się w luksusach, z większym zaangażowaniem walczysz o siebie i doceniasz to, co masz. Dorastanie na podwórku też hartuje, a my całe dnie spędzaliśmy na dworze. Trzeba było walczyć o swoje.

Marek: - Ja miałem lepiej, bo mogłem powiedzieć: "Mam iść po brata?".

Twój Styl: - Ze sobą nie walczyliście? Musieliście dzielić pokój.

Marek: - Ale jaki to był pokój! Z widokiem na tył sklepu spożywczego! Żadna dostawa nam nie umknęła. Raz w miesiącu przyjeżdżała kawa - towar wtedy reglamentowany. Byłem szefem bandy ośmiolatków, którzy obstawiali kolejkę. Zarabiałem na tym, sprzedając kawę dorosłym z dodatkowym "odstojnym".

Tomek: - Marek od dziecka umiał liczy pieniądze. Ja stałem po kawę dla mamy za darmo. Kawał naszej historii to też ogródek działkowy: 15 drzew wiśni, 20 krzaków czarnych porzeczek, grządki warzywne... Musieliśmy to wszystko zrywać. Za to wakacje były beztroskie, dwa miesiące nad jeziorem, wokół las. Rodzice przyjeżdżali na weekend, a w niedzielę wracali do Bydgoszczy do pracy.

Marek: - Pamiętam, jak bawiliśmy się w Indian. Zbudowaliśmy w lesie szałas, tata zrobił z drewna strzelby. Czasem się też kłóciliśmy.

Tomek: -  Gdy dochodziło do sprzeczki, Marek wołał rodziców: "Ustąp młodszemu! Bądź mądrzejszy" - mówili, nie dochodząc, kto zawinił. No to ustępowałem, bo nie chciałem być wciąż winny, choć mądrzejszy.

Marek: - Ale byliśmy wobec siebie lojalni, graliśmy do tej samej bramki. Raz przed Nowym Rokiem wrzuciliśmy z kumplami petardę do mieszkania koleżanki. Mogłem mieć 13 lat. Pech chciał, że jej ojciec był milicjantem. Przyjechała suka, zgarnęli mnie i kolegę na komisariat. Tomek przybiegł od razu, żeby mnie wyciągnąć. Bał się, że weekend spędzę w izbie zatrzymań, bo rodzice wyjechali. Nie chcieli mu mnie wydać, bo nie miał skończonych 18 lat. Pomogła mama kumpla.

Tomek: - Rodzice do dzisiaj nie wiedzą o tamtej aferze. Tata sprałby wtedy Marka solidnie. Wiem, co mówię, bo sam oberwałem od niego pasem za zabawy z zapałkami. Miałem w życiu etap fascynacji pirotechniką i zrobiłem w mieszkaniu ognisko. Spaliłem plastikowy samochodzik Marka. Ale nie donosiliśmy na siebie. Raczej kryliśmy się nawzajem przed rodzicami. To była bliska relacja... Dopiero gdy wyjechałem na studio do Warszawy, kontakty się rozluźniły.

***Zobacz także***

A potem znów byliście blisko. Jak doszło do tego, że obaj pracowaliście w TVN?

Tomek: - Ściągnąłem Marka do Warszawy. Pracowałem tam, gdy on, dwudziestolatek, szukał pomysłu na życie. "Przyjedź na staż do telewizji" - powiedziałem. Ojcu się nie spodobało, była awantura.

Marek: - Tata uważał, że sobie w Warszawie nie poradzę. Trochę racji miał. Wszystko mnie tu przerażało. TVN była liczącą się stacją, a mnie brakowało wiary w siebie. Wszedłem do pokoju, a tam same sławy znane z ekranu. Mówili slangiem, używali słów, których nie znałem, jakieś surówki, setki... W moim życiu surówka i setka to było coś innego. Przez miesiąc mieszkałem w kawalerce z Tomkiem i jego żoną. Pracowałem przy Faktach i w Pod napięciem, gdzie byłem "rysiem", czyli dokumentalistą. Szumnie brzmi! Byłem gówniarzem, który uczył się fachu. Tomek mnie wspierał.

Braterska sielanka to cała prawda o was? Nic cię nie irytowało w bracie?

Tomek: - Jeśli chcesz, by nasz drugi film powstał, zastanów się nad odpowiedzią.

Marek: - To odpowiedz pierwszy, co cię wkurza we mnie.

Tomek: - Że widzisz szklankę do połowy pustą i uważasz, że "raczej się nie uda".

Marek: - Coś w tym jest... Wiele nas różni. Potrafimy się nawyzywać od najgorszych, ale przetrawiamy kłótnie szybko i nie nosimy urazy w sobie. Dzięki temu, że jesteśmy różni, współpraca jest ciekawa. Uzupełniamy się. Tomek jest artystą, wierzy w swoje wizje, a ja złym dyrektorem finansowym, który mówi: "Nie stać nas".

Tomek: - Marek w naszym tandemie jest nerwusem, ja tym spokojnym. Gdybym pracował z producentem, który nie byłby Markiem, nie dokończylibyśmy pierwszego dokumentu. Albo producent by się podał do dymisji, albo bym go wyrzucił. Brata nie wyrzucę.

Marek: - Mnie wkurza w Tomku i to, co jednocześnie w nim szanuję - jego oderwanie od przyziemnych spraw. I to, że siedzi godzinami w IPN-ie.

Tomek: - Kiedy Marek wie, że idę do IPN-u, koło 17 dzwoni i pyta: "Gdzie jesteś? - W domu - odpowiadam. - Prawdę mów" - dociska. Wtedy się przyznaję, że jeszcze w IPN-ie. "Mam po ciebie pojechać?" - pyta poirytowany. Kocham go za to. Ta rozmowa to już taki nasz rytuał.

Gdy świat się wali, to pierwszy telefon... do brata?

Tomek: - Odpukać, świat mi się nie wali. Ale gdy postanowiłem zrobić sobie operację zmniejszenia żołądka, zadzwoniłem tylko do Marka, żeby mi pomógł, gdyby coś się nie udało. Rodzice nic nie wiedzieli. Bratu mogę powiedzieć wszystko!

Marek: - Ale to ja częściej potrzebowałem Tomka niż on mnie. Nikomu o tym dotąd nie mówiłem, ale chyba chcę to z siebie zrzucić. Jestem alkoholikiem, ale nie piję od kilku lat. Jestem po dwóch terapiach. Gdy szedłem na pierwszą, też zadzwoniłem do Tomka.

Tomek: - Długo nie zdawałem sobie sprawy z tego problemu. Marek pił w domu wieczorami. To nie było tak, że dzwoniła do mnie jego żona i prosiła: pomóż zabrać mi go z knajpy. Powiedział o wszystkim, dopiero kiedy postanowił podjąć terapię. Mogłem go tylko wspierać. Wiedziałem, że kiedy do mnie przyjeżdża, nie może być alkoholu na stole.

Marek: - Dlatego nie było mnie na 40. urodzinach Tomka, które wyprawiał u siebie na wsi. Nie mogłem żądać, żeby wiejską imprezę zorganizował przy soku malinowym. Teraz widok alkoholu już mi tak nie przeszkadza, ale uważam. Szczególnie gdy mam gorsze dni.

Ile mieliście takich dni przez film "Tylko nie mów nikomu"? Poruszył miliony ludzi. Skąd impuls, by wziąć się do tak ciężkiego tematu?

Tomek: - Pomysł filmu narodził się w mojej głowie w 2014 roku. Poznałem wtedy ofiary księży pedofilów. Nie mogłem milczeć.

Dlaczego chcieliście zrobić ten film razem?

Tomek: - Marek był producentem moich wcześniejszych programów. Wiedziałem, że jeśli z kimś może to wyjść, to z nim. Pracował wtedy jeszcze przy Faktach, wciąż chodził zły, zmęczony, sfrustrowany. Wiem, co znaczy wypalenie. "Rzuć tę robotę - radziłem. - Przejdź do Kombinatu medialnego. To firma producencka, którą stworzyłem.

Marek: - Po terapiach odwykowych pewne rzeczy mi się przewartościowały. Odszedłem z TVN-u i od razu rzuciłem się w pracę nad dokumentem.

Tomek: - Ja wpadłem na pomysł zbiórki przez crowdfunding (zbiórka publiczna - przyp. red.). Nie wiedzieliśmy, czy się uda. Niby dlaczego ludzie mieliby wpłacać pieniądze? Bo obiecujemy film? I początkowo wpłaty wpływały powoli. W połowie produkcji baliśmy się, że zabraknie pieniędzy, ale wiedzieliśmy, że nie możemy się cofnąć. Wtedy postanowiliśmy, że najwyżej dołożymy swoją kasę. Temat był już dla nas zbyt ważny.

Myślałam, że nazwisko Sekielski otwiera drzwi i portfele.

Marek: - Otwiera, bo w końcu zebraliśmy potrzebną kwotę. Przez lata Tomek stworzył markę - rzetelność, dociekliwość, bezkompromisowość. 2,5 tysiąca osób złożyło się na nasz pierwszy film, bo nie było jednej, która odważyłaby się wyłożyć je na całość.

Kto w waszym teamie jest szefem?

Marek: - Tomek jest reżyserem, prowadzi narrację, narzuca kierunki.

Tomek: - Decyzje podejmujemy wspólnie. Konsultujemy ze sobą również artystyczne wizje.

Marek: - Nie obywa się bez kłótni. A to któryś z nas trzaska drzwiami, a to w nerwach wysiada z samochodu. Potrafimy odpalić awanturę w każdym miejscu, tak wielkie są emocje przy produkcji takiego filmu. Ludzie, którzy z nami pracują, już się przyzwyczaili. Jak się tu nie pokłócić, kiedy jest 18, kończymy zdjęcia, wszyscy ledwo żywi, a Tomek mówi: "Pojedźmy jeszcze w jedno miejsce". Ludzie od dwunastu godzin na nogach, zmęczeni, a on chce im zafundować trzy kolejne godziny pracy. Moja pierwsza reakcja? Wybucham. Druga - jedziemy.

Tomek: - Czasami chyba kłócimy się już dla sportu. (śmiech)

Marek: - A czasami nie radzimy sobie z emocjami. Tomek jest na pierwszej linii, on rozmawia z ludźmi, ale ja potem wszystko przesłuchuję. Pamiętam, jak przy zwierzeniach kolejnej ofiary coś we mnie pękło: "Ja pier... nie dam rady już tego słuchać", powiedziałem do żony. Płakałem jak dziecko.

Jak radzicie sobie z odpowiedzialnością za bohaterów? Za ich publiczny coming out? Wy robicie film, ale potem wyjeżdżacie z ich miasteczka. Oni zostają.

Tomek: - Uprzedzaliśmy wszystkich, że nie możemy przewidzieć konsekwencji filmu ani zagwarantować im bezpieczeństwa. Nie wiemy, czy nie wyrzucą ich z pracy, czy rodzina się od nich nie odwróci. To trudne dla nas, ale taka jest prawda. Tym większa jest ich odwaga. Ci ludzie świadomie podjęli ryzyko, żeby wreszcie świat usłyszał prawdę. Dla mnie to bohaterowie. Samotni ludzie, którzy zaryzykowali wystawienie się na osąd publiczny, by zdemaskować grzechy potężnej instytucji, jaką jest Kościół katolicki w Polsce. Na szczęście nikt nie stracił pracy, nikt nie był sekowany, choć nie wszystkim rodzinom podobała się ich decyzja o ujawnieniu prawdy.

Trudno było namówić ludzi na takie zwierzenia?

Marek: - Dziewięćdziesiąt procent uczestników filmu zgłosiło się do nas samych. Chcieli to z siebie wyrzucić. Szukali kontaktu. Jak nosisz przez całe życie ciężar, który jest okrutną tajemnicą, chcesz ją w końcu z siebie zrzucić.

Przy żadnej historii nie mieliście dylematu: ujawniać czy nie? 

Marek: - Zastanawialiśmy się, czy pokazać wizerunki księży pedofilów. "Puszczą nas z torbami", mówiłem do Tomka, obawiając się procesów. Ale po chwili zmieniałem zdanie: "Dobra, pokażmy!". Bez tego film nie byłby tak autentyczny. Choć dylematy były. Choćby historia Marka, którego molestował ksiądz Franciszek Cybula, legenda "Solidarności", kapelan Lecha Wałęsy. Rozryczałem się, gdy zdałem sobie sprawę, że nie tylko pokazujemy dramaty ludzi, ale jeszcze zrzucamy z piedestałów autorytety. Pojawia się też ksiądz Makulski, budowniczy Lichenia. "Co powiedzą mieszkańcy tego miasta, kiedy to zobaczą?! To będzie masakra!" Uświadamiałem sobie w takich momentach, z jaką materią się mierzymy. Wiele razy płakałem. Przez tydzień nie mogłem jeść, spać. Byłem zbyt słaby, by uprawiać sport, który jest dla mnie lekarstwem na stres.

Tomek: - Odchorowywałem wszystkie rozmowy. Wracałem do domu na Podlasiu zdruzgotany i włączałem PlayStation. Zabijałem jak w transie cyfrowych wrogów. W ten sposób się resetowałem.

Zrobiliście drugą część filmu o pedofilii w Kościele, choć praca nad pierwszą tyle was kosztowała. Dlaczego?

Marek: - Usłyszeliśmy tyle historii, że moglibyśmy nakręcić serial. Choć oczywiście nie o to chodzi. Pierwszy film nie wyczerpał wszystkich związanych z tematem kwestii.

Tomek: - W drugiej części pokazujemy m.in. jak nieprawidłowo funkcjonuje prawo w Polsce, gdy mówimy o zderzeniu państwa z Kościołem. Wielu duchownych, którzy popełnili przestępstwa, było przez lata praktycznie bezkarnych. Co najwyżej zmieniali parafię. Przed wymiarem sprawiedliwości chroniła ich instytucja Kościoła. Skutecznie.

Chcecie zostać specjalistami od "misji niemożliwych" w Polsce?

Tomek: - Biorąc pod uwagę, że za chwilę zrobimy też film o SKOK-ach i związanych z nimi aferach. (śmiech)

Dlaczego podejmujecie tematy, którymi narażacie się potężnym graczom?

Tomek: - Himalaiści, gdy słyszą pytanie, dlaczego chodzą po górach, narażając życie, mówią: bo są. Gdy pytasz, dlaczego kręcę filmy o wielkich aferach, odpowiem to samo: bo są.

Marek: - I nikt inny nie robi o nich filmów.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje