Reklama

Reklama

Serge mnie uratował

Zagrała w kilkudziesięciu filmach, nagrała kilka świetnych płyt. Była ikoną stylu i matką chrzestną kultowego modelu torebki Hermès. Ale Jane Birkin do historii popkultury przeszła jako muza Serge’a Gainsbourga.

Niedawno nagrała pani płytę "Birkin/ Gainsbourg: Le Symphonique" - utwory Serge’a Gainsbourga w wersji na orkiestrę. Wygląda na to, że tak naprawdę nigdy się nie rozstaliście...

Jane Birkin: - Miałam to szczęście, że Serge pisał dla mnie od momentu, kiedy się poznaliśmy, a miałam wtedy 22 lata, aż do swojej śmierci. Nie przestał tego robić nawet wtedy, gdy od niego odeszłam. Powtarzał: "Jane, jestem ci to winny". Próbowałam mu tłumaczyć, że nie jest mi nic winien, ale nie słuchał. Wszystkie piosenki, które dla mnie wówczas napisał, opowiadają o złamanym sercu. Na początku czułam się dziwnie z tym, że chce, abym to właśnie ja je śpiewała... Każda z nich to autoportret Serge’a, ja na tej płycie wyśpiewuję jego duszę. Czasami ludzie wykorzystują innych, żeby wyrazić własne emocje. Tak robił na przykład Bergman, który na ekranie przy pomocy Liv Ullmann pokazywał samego siebie.

Reklama

Jedna z piosenek z tego albumu, "Pull Marine", powstała dla Isabelle Adjani.

- To prawda. Długo byłam zazdrosna, że Serge stworzył ją z myślą o niej, a nie o mnie (śmiech). Ale on lubił pisać dla pięknych kobiet, takich jak Catherine Deneuve czy Brigitte Bardot. To dla Bardotki powstało "Je t’aime... moi non plus", którą potem ja i on zaśpiewaliśmy razem. Brigitte zdążyła ją nawet nagrać, ale potem ubłagała Serge’a, żeby jej nie upubliczniał.

Zanim pani i Serge zostaliście parą, tych dwoje łączył romans, a Brigitte Bardot była wtedy mężatką. Nic dziwnego, że nie chciała, aby utwór o tak silnym erotycznym kontekście ujrzał światło dzienne. Myśli pani, że gdybyście dzisiaj go nagrali, też byłby skandal?

- Być może nawet większy! Żyjemy w czasach pruderii i fałszywej moralności. Co prawda w latach 60. słuchania naszej piosenki zakazał papież i znalazła się na czarnej liście BBC, ale nie urządzono polowania na czarownice. A dzisiaj obyczajowo wracamy do średniowiecza. Myślę, że gdybyśmy teraz nagrali płytę "Histoire de Melody Nelson" (wydana w 1971 r. - red.), która opowiada o tym, jak dojrzały mężczyzna zakochuje się w nastolatce wyglądającej jak chłopiec, byłaby z tego wielka afera. Wtedy w Paryżu też wrzało, ale dla mnie, dziewczyny, która przyjechała do Francji ze swingującego Londynu, to było coś normalnego.

Ten swingujący Londyn mogliśmy zobaczyć w "Powiększeniu" Michelangela Antonioniego, w którym zagrała pani w 1966 r. I wywołała skandal, pokazując nagi biust.

- Chciałam zrobić na złość mojemu ówczesnemu mężowi, który ciągle sobie żartował, że się na to nie odważę (mowa o kompozytorze Johnie Barrym, pierwszym mężu Jane Birkin - red.).

Dwa lata później rozwiodła się pani i przeniosła z niespełna roczną córką Kate do Paryża. Tam na planie "Sloganu" Pierre’a Grimblata poznała pani starszego o 18 lat Serge’a Gainsbourga.

- Na początku uważałam, że on jest okropny. Taki arogancki i snobistyczny! (śmiech). On zresztą też nie miał o mnie najlepszego zdania. Ale kiedy przetańczyliśmy razem jeden wieczór, nagle wszystko się zmieniło. Jak to się dalej potoczyło, wszyscy dobrze wiedzą (śmiech).

Wiedzą, bo staliście się najpopularniejszą we Francji parą i każdy wasz krok śledziły media. Wróćmy jednak do płyty. Kiedyś to Serge uważał, że jest coś pani winien. Teraz jest odwrotnie?

- Oczywiście chcę kultywować pamięć o nim, to jest istotne, ale tak naprawdę nagrałam ten album dla siebie. Mogę powiedzieć, że Serge mnie ocalił, bo kiedy umarła moja córka (Kate Barry, najstarsza córka Jane, popełniła samobójstwo w 2013 r. - red.), nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Pochłaniała mnie rozpacz. A powrót do jego piosenek sprawił, że mogłam wyjść z domu, wyrwać się z tej matni. Dzięki płycie i trasie koncertowej mam co robić i to odrywa mnie od czarnych myśli. Teraz cały czas jestem w drodze i jest mi lepiej.

Skąd wziął się pomysł, żeby album nagrać akurat z Orkiestrą Polskiego Radia?

- Początkowo chciałam to zrobić podczas koncertu w Szanghaju, ale odmówiono mi wizy do Chin, bo spotkałam się kiedyś z Dalajlamą i aktywnie walczę o prawa człowieka. Kolejny występ miałam w Warszawie, więc pomyślałam: "Czemu by nie nagrać płyty tam?". Polscy muzycy mają w sobie tę samą słowiańską melancholię.

Ja kiedy słucham piosenki "Jane B.", słyszę tam Chopina...

- Serge był pod wpływem wielu kompozytorów, ale Chopin pozostawał najbliższy jego sercu. Na stoliku nocnym trzymał odlew jego ręki, a na ścianie wisiał portret. To była jego największa muzyczna miłość.

François Mitterrand nazywał Gainsbourga "współczesnym Baudelaire’em". Jak pani by go opisała?

- Dla mnie to raczej Apollinaire. Serge w równie seksowny sposób potrafił bawić się słowem. Brytyjski dziennikarz napisał po jego śmierci, że w Anglii są świetni poeci, kompozytorzy oraz wielcy geniusze, ale nie ma nikogo, kto łączyłby te trzy rzeczy. A we Francji była taka osoba - Serge Gainsbourg. Ja bym jeszcze dodała, że Serge miał świetne poczucie humoru. Podobne, mroczne i nihilistyczne, ma Roman Polański. Oni byli do siebie podobni, być może dlatego, że w Serge’u płynęła krew rosyjska, żydowska i trochę polskiej. Obaj mieli też w sobie ogromny smutek i coś desperackiego. Serge miał jeszcze jedną typowo słowiańską cechę - był niesamowicie hojny. Kiedyś jechaliśmy przez Paryż z przystojnym, młodym taksówkarzem, który powiedział, że chce sobie zrobić zęby, bo jego są nieładne. Na to Serge stwierdził: "Tylko nie wstawiaj sobie śnieżnobiałych, bo to odpychające. Jeśli już chcesz nowe, wybierz takie, które wyglądają na autentyczne". Po czym stwierdził, że on mu te zęby kupi i wręczył walizkę, w której miał trzy tysiące franków. Majątek!

Z pani opowieści wyłania się wizerunek uroczego człowieka. Ale ponoć Serge bywał też trudny...

- I to jak! Potrafił być wręcz okrutny. Kiedyś bardzo zranił Yves’a Saint Laurenta, który był jedną z najbardziej uroczych osób, jakie kiedykolwiek znałam. Serge wysłał mu telegram, w którym stwierdził: "Nie robisz pięknych rzeczy haute couture, tylko prêt- -à-porter". Biedny Saint Laurent, jak to przeczytał, przepłakał cały dzień, więc jego partner, Pierre Bergé, napisał do mnie: "Jane, nakłoń proszę Serge’a, żeby przeprosił". Ale on, chociaż było mu bardzo przykro, że uraził Yves’a, przeprosić nie chciał, bo uważał, że prêt-à-porter jest "tanie". Był szczery do bólu. Jest taka przypowieść o żabie i skorpionie, którzy muszą przeprawić się przez rzekę. Skorpion pyta żabę: "Czy weźmiesz mnie na plecy i przepłyniemy razem na drugi brzeg?". Na to żaba: "Mogłabym cię wziąć, ale boję się, że mnie ukąsisz". Skorpion przekonał żabę, że tego nie zrobi, bo wtedy oboje zginą, a on nie chce umierać, więc żaba wzięła go na plecy, płynie przez rzekę, aż w pewnym momencie czuje ukłucie. Pyta: "Skorpionie, czemu to zrobiłeś?". "Przepraszam, ale nie mogłem nic na to poradzić" - odpowiedział. I Serge był właśnie jak ten skorpion.

Iga Nyc

PANI 7/2017

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje