Reklama

Reklama

Szczęśliwi maminsynkowie. Szymon Majewski i Maciej Zień

​Matka Szymona Majewskiego poszła za syna na komisję wojskową - sam by się przed pójściem w kamasze nie obronił. Maciej Zień tylko mamie zdradził sekret, że kupił w Pewexie lalkę Barbie i szyje dla niej kreacje. Nie złościła się nawet, że materiał wyciął z jej najładniejszej sukienki. Matki nie potrafią gniewać się na synów. To dzięki nim Szymon i Maciej mieli odwagę pokazać się światu.

Szymon Majewski. Mama brała na siebie moje grzechy

Po co są matki? 

Żeby kochać, przytulać, opiekować się. Moja musiała być jeszcze ojcem, bo tata po raz pierwszy zostawił nas, gdy miałem rok, a na zawsze zniknął, gdy miałem siedem lat.

Mama próbowała zrobić ze mnie mężczyznę. Opowiadała mi bajkę, której bohaterem był dzielny Szymek, w przedszkolu stanął w obronie dziewczynki. W bajce mamy wszyscy się z niej śmieli, a wtedy wkraczałem ja, wyciągałem miecz i dawałem im nauczkę. Pokazała mi, jak powinienem się zachowywać, ale i to, że mogę być bohaterem. A daleko mi do niego było. 

Byłem chudy, mamę wciąż wzywano na dywanik do szkolnej pielęgniarki, bo ze swoją wagą nie mieściłem się w tabelkach. Miałem też zeza, krzywe zęby, zespół Gilberta, czyli okresowe żółtaczki, deformację kręgosłupa z powodu niedoboru witaminy A. Kiedyś odkryłem, że jedno moje jądro jest mniejsze od drugiego. Zgłosiłem ten fakt mamie, natychmiast pobiegła ze mną do lekarki. Nie miała lekko. Mimo to nie ustawała w wysiłkach uczynienia ze mnie prawdziwego bohatera. 

Dokonywała cudów, żebym przybierał na wadze: na dnie talerza zupy ukrywała niespodziankę, czyli gwiazdkę wyciętą z marchewki. Mogłem ją zjeść dopiero na samym końcu. Zaprojektowała też dla mnie sztangę, żebym wyrabiał mięśnie. Wykonał ją według jej projektu pan Wojtek: zalał betonem dwie 10-litrowe puszki po ogórkach Tolkmicko i umieścił pomiędzy nimi maszt od namiotu. Ważyło to 23 kilogramy, miałem ćwiczyć i kształtować muskulaturę herosa. Do dziś mam tę sztangę... 

W moich wspomnieniach ona jest...

...eteryczna, delikatna, ulotna. Jak na moim ulubionym zdjęciu z lat 50. w kolorze sepii. Mama ma na nim jakieś 17 lat, a na głowie biały moherowy beret. Ukrywała pod nim nieudaną jej zdaniem fryzurę. Całe życie walczyła z włosami. "Znowu zrobiła mi kołpak", mówiła po powrocie od kolejnej fryzjerki. Ale dla mnie zawsze wyglądała zjawiskowo, najpiękniej. 

W czasach, gdy inni koledzy nosili już w portfelach zdjęcia swoich dziewczyn, ja wciąż miałem w zeszycie fotografię mamy. Byłem maminsynkiem. Nie wstydziłem się tego. Mama była gotowa dla mnie zrezygnować ze wszystkiego. Mieliśmy dwupokojowe mieszkanko na warszawskiej Ochocie. Jeden pokój przeznaczono dla mnie, jeden dla dziadka Ignacego. Mama spała za szafą w jego pokoju na wąskim tapczanie. Żyliśmy skromnie, dziadek Ignacy dokładał się do budżetu z emerytury, płacił też za moje lekcje angielskiego - mama uważała, że znajomość języków obcych zapewni mi przyszłość. 

Często musiała pożyczać pieniądze. W jej rzeczach znalazłem zeszyt z wydatkami, zapisywała w nim też wszystkie długi. "Oddać Krysi..., Oddać pani Pielak...". Robiła wszystko, żebym nie miał wrażenia, że przez brak ojca moje dzieciństwo jest inne, uboższe. Pamiętam, jak kiedyś wróciła ze sklepu zapłakana. Przyjaciółka, żona wojskowego, dała jej kartki do sklepu "dla uprzywilejowanych". Mama była szczęśliwa: wreszcie kupi mięso, wędlinę, tego przecież nie było w osiedlowym SAM-ie. Już dochodziła do lady, gdy jakaś kobieta z kolejki powiedziała: "Pani to nie jest z naszych bloków". I mamę z tego sklepu wyprosili. Nie wiem, czy płakała z upokorzenia, czy z żalu, że nie da mi na obiad kotleta. 

A kiedyś szczęście uśmiechnęło się do niej tuż przed Wielkanocą, udało jej się kupić szynkę. To był Wielki Piątek, a my przestrzegaliśmy postu. "Zjedz, synku, ja twój grzech biorę na siebie", powiedziała wtedy. Wiele lat później zdałem sobie sprawę, że brała na siebie znacznie więcej. Śmiało mogę powiedzieć, że wszystko zawdzięczam mojej matce. 

Reklama

Moja bohaterka 

Kiedyś patrzyłem na nią inaczej. Wydawało mi się, że ona jest ofiarą mojego ojca, czasów, w których przyszło jej żyć, systemu. Uważałem, że jest słaba i nie radzi sobie z codziennością. Myślałem: dlaczego nie jest bardziej cwana, zaradna? Czemu nie kombinuje i nie kręci jak inni? Dziś wiem, jak bardzo jej nie doceniałem. Była nieustraszona, nieugięta zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o mnie, o moje sprawy. 

Kiedy przyszło wezwanie na komisję wojskową, ukryłem się u ciotki. Ona wzięła papiery i poszła na tę komisję sama. Wparowała do pokoju na dźwięk słów: "Poborowy Majewski". Powiedziała, że jestem niedożywiony, mam "kręgosłup z przodu, a nie na plecach", leki dla mnie trzeba sprowadzać z Nepalu. Machała dokumentami, prześwietleniami. Chciałbym zobaczyć miny panów wojskowych. Dostałem kategorię A3. 

Albo kiedyś, po wielu latach, dopadła w spożywczym matematyczkę, która uczyła mnie w podstawówce, co wspominam dość traumatycznie, i wykrzyczała jej, co myśli o niej i jej metodach wychowawczych. Zablokowała ją wózkiem na stoisku z serami i nie pozwoliła odejść, zanim nie powiedziała wszystkiego, co miała do powiedzenia. Widziała to moja koleżanka, zaraz zadzwoniła. "Mamo, od matury minęło dwadzieścia lat!", powiedziałem jej, zdumiony i lekko rozbawiony. "Synku, ona cię skrzywdziła. Musiałam to zrobić".

Nie wiem, skąd matki czerpią tę siłę i determinację. 

Sekret 

Mama zachorowała na raka, gdy prowadziłem program "Szymon Majewski Show". Musiałem tryskać humorem i wymyślać dowcipy. Mama cierpiała w kolejnych szpitalach, a mnie czas i energię kradła telewizja. Umarła, a ja zostałem z wyrzutami sumienia, że powinienem był zrobić dla niej więcej. Czekałem siedem lat, żeby przejrzeć rzeczy po mamie, wcześniej nie byłem w stanie tego zrobić. 

Pamiętam, jak wszedłem do jej mieszkania. Przy stoliczku z telefonem stała parasolka, obok torebka, buty. Jakby miała zaraz włożyć je i wyjść. Jakby wciąż tam była. Najpierw zajrzałem do torebki. Znalazłem tam leki uspokajające - mamę wciąż trapiły jakieś lęki, zamartwiała się głównie o mnie. Potem przyszła kolej na szafy, komody. Ze wzruszeniem odkryłem, że mama przechowywała pukiel moich włosów, pierwszych ściętych, jeszcze blond. Mleczne ząbki, buciki od chrztu, fartuszki szkolne, zeszyty z podstawówki, zeszyty z liceum. 

W dokumentach była też polisa ubezpieczeniowa PZU, zgodnie z którą po śmierci mamy powinienem dostać pięć tysięcy złotych. Uświadomiłem sobie wtedy, że mama odejmowała sobie od ust, żeby tę polisę opłacać. Miała 800 zł emerytury. Siedząc nad papierami, przypomniałem sobie, jak ucieszyła ją podwyżka o 17 zł! Zadzwoniła wtedy do mnie: "Szymon, mam wyższą emeryturę, zapraszam cię na kawę". Pracowałem wtedy w TVN i w jeden dzień zarabiałem więcej, niż moja mama dostawała na miesiąc życia. Nigdy nie wypłacili mi tych pieniędzy. Za późno znalazłem polisę. Przeglądając rzeczy po mamie, ryczałem przez cały czas. 

Dzisiaj 

Nie lubię chodzić na jej grób. Myślę, że jej tam nie ma, że jest w ukochanym Ulanowie na Podkarpaciu, co roku spędzaliśmy tam wakacje. Kiedyś zabrałem do Ulanowa kilka rzeczy po mamie. Okulary przyczepiłem do drzewa, które pochyla się nad Tanwią. Mama może patrzeć na rzekę, którą tak lubiła. Buty włożyłem do wody, nagrałem film, jak płyną. Lubię marzyć, że płyną do dzisiaj, zwiedzają świat. Czapka mamy wciąż wisi w koronie jednego z drzew, ptaki uwiły w niej gniazdo i co roku jest ono domem dla kolejnych piskląt. Wierzę, że w Ulanowie mama jest szczęśliwa. A ja wciąż, cokolwiek robię, zadaję sobie pytanie: "Co by na to powiedziała mama?". 

Ostatnio rozmawiałem z Kubą Wojewódzkim, mówił, że lubi przekraczać granice. Ja, nawet gdybym chciał, nie mogę ich przekraczać. No bo co by na to moja mama powiedziała? Mija 12 lat od jej śmierci. Długo miałem poczucie, że nie pożegnałem się z nią wystarczająco. Nie umiałem sobie poradzić z jej odejściem. Kilka lat temu z tego powodu zdecydowałem się na terapię. Terapeuta poradził, żebym napisał list do mamy i wyraził to, co czuję. 

Tak po latach powstał monodram "Maminszymek", który wystawiam w warszawskim Och-Teatrze (w lipcu można go też zobaczyć w Teatrze Rozrywki w Chorzowie - przyp. red.). To opowieść o neurotycznym związku nadpobudliwego chłopca i przesadnie troskliwej matki zawieszona w rzeczywistości PRL-u. O ich próbach wzajemnego wzmacniania się. Tak naprawdę skierowana jest do jednego, najważniejszego widza: mojej mamy. Niech wie, co się u mnie dzieje, że radzę sobie. Niech się już o mnie nie martwi.

>>> Jak mama Macieja Zienia zareagowała na fakt, że jest gejem? Czytaj na kolejnej stronie <<<

Maciej Zień. Moja pierwsza modelka

Po co są matki?

Żeby darzyć miłością bezwarunkową. Moja mama tak mnie kocha. Uświadomiłem to sobie, gdy zdecydowałem się wyznać jej, że jestem gejem. Miałem 20 lat, wyprowadziłem się z rodzinnego domu w Lublinie, odnosiłem pierwsze sukcesy w Warszawie. Mama przyjechała w odwiedziny, zaprosiłem ją na obiad. "To ten moment", pomyślałem. Bałem się reakcji mamy, potem taty. Ale jak kobieta, której mówię, że jest dla mnie najukochańsza, ma nie wiedzieć najważniejszej rzeczy o mnie? "Mamo, od dwóch lat mam kogoś. Partnera - powiedziałem. Zrozumiała. - Pozwolisz, że się nad tym zastanowię?" - poprosiła łagodnie. Dokończyliśmy obiad, nie wracając do tematu. Potem mama wróciła do Lublina. I cisza. Najdłuższe dni w moim życiu wypełnione oczekiwaniem na telefon z domu. Wreszcie: dzwoni! Ojciec. "Synu, jesteś naszym dzieckiem, kochamy cię bez względu na wszystko", usłyszałem w słuchawce. Kamień spadł mi z serca. 

W moich wspomnieniach ona jest... 

...najpiękniejsza na świecie. Byłem z tego dumny. Mam takie ulubione jej zdjęcie ślubne. Wygląda na nim jak prawdziwa księżniczka. A ja zawsze miałem słabość do księżniczek. Jako dziecko lubiłem patrzeć, jak mama szykuje się do wyjścia. Obserwowałem, jak łączy rozkloszowaną spódnicę w szkocką kratę z miękkim swetrem zrobionym przez moją babcię na drutach. Talię podkreślała skórzanym paskiem z dużą klamrą. Na koniec przypinała broszkę z bursztynem, zakładała klipsy. 

Jej szafa to był dla mnie czarodziejski skarbiec pełen cudów. Siostra mamy mieszkała w Australii i przysyłała jej stamtąd ubrania, buty, więc nawet w PRL-u mama nie musiała godzić się na szaroburą bylejakość ze sklepów. Nosiła się kolorowo, stylowo. Kochałem ten moment, gdy rano otwierała szafę. Biegłem zaraz do niej. "Włóż tę", mówiłem, wyjmując jakąś sukienkę. Miałem wtedy nie więcej niż siedem lat. Mama nigdy nie odpowiedziała, że nie ma czasu, spieszy się, a ja się nie znam. Chętnie korzystała z moich sugestii. 

Lubiłem ją też czesać, do dziś wspominam to jako jedną z największych przyjemności. Miała różne fryzury, od długich przez klasycznego boba po krótkie. Mnie najbardziej podobała się we włosach do ramion, podobne nosi dziś Anja Rubik. Niedbale ułożone, lekko rozjaśnione, z kosmykiem włożonym za ucho. 

To mama nauczyła mnie szyć. Wyczarowywała piękne sukienki, spódnice z koła. Materiały zdobywała po znajomości. Maszyna do szycia stała w moim i brata pokoju. To był nowoczesny łucznik, zamykany w brązowej szafce na wysoki połysk. Moment, w którym mama otwierała tę szafkę i wyjmowała żurnale, był magiczny. "Przyfastryguj ten rękaw", prosiła. Brałem nitkę i szyłem. 

Moją ulubioną kreacją, którą ona stworzyła, była sylwestrowa sukienka z turkusowego muślinu z poduszkami na ramionach, w stylu lat 80. Kiedyś wyciąłem w niej dziurę, by wziąć materiał na suknię dla mojej pierwszej modelki. Nie wiem, czy sądziłem, że mama nie zauważy tego aktu wandalizmu? 

Sekret 

Właśnie wtedy połączyła nas pierwsza tajemnica. Bo musiałem pokazać mamie tę modelkę, czyli lalkę Barbie. Kupiłem ją za pieniądze, które dostawałem od dziadków i australijskie dolary od ciotki. Długo zbierałem, marzyłem. Po szkole biegliśmy z chłopakami do Pewexu. Oni wpatrywali się w lego, ja nie mogłem oderwać wzroku od Barbie, choć starannie tę fascynację ukrywałem. Gdy miałem już potrzebną kwotę, kupiłem blondynkę o niebieskich oczach. Przyniosłem Barbie do domu, zamieszkała w mojej szafie. Od tej pory pilnowałem porządku w pokoju, żeby rodzice sami nie postanowili uporządkować moich rzeczy, bo wtedy by się wydało. No, ale przy okazji dziury w sylwestrowej kreacji i tak wyszło szydło z worka. Bałem się, wstydziłem - miałem świadomość, że dwunastoletni chłopcy nie bawią się lalkami. A mama... uśmiechnęła się tylko. Potem podrzucała mi ścinki po szytych przez siebie sukienkach. Nigdy nie wygadała się przed moim bratem ani ojcem. 

Moja bohaterka 

Jest nią i zawsze była. Pewnie dlatego, że dawała mi wolność, to była jej metoda wychowawcza. Nie krzyczała, tylko tłumaczyła. Chowałem się za jej spódnicą, to było najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Zwłaszcza gdy w gniew wpadał ojciec, surowy jak wszyscy ojcowie wtedy. Pamiętam, jak się rozzłościł, gdy z bratem podpalaliśmy nitki wystające z abażuru lampy. Niestety, cała stanęła w płomieniach. Tata chciał nas sprać. "Kaziu, nie krzycz, to tylko dzieci" - odpowiadała z tym swoim legendarnym spokojem. 

Uważała, że przemoc to zło, rodzina jest najważniejsza, musimy trzymać się razem. Wciąż powtarzała, że jestem wartościowym człowiekiem i mam samego siebie szanować. Z dzieciństwa pamiętam też jej dotyk, przytulanie, głaskanie. To dzięki mamie wyznaję takie, a nie inne wartości. Ona mnie ich nauczyła. I nie były to tylko słowa. 

Cztery lata temu przechodziłem kryzys. Miałem załamanie nerwowe, byłem zmęczony pracą, przestałem widzieć sens w tym, co robię. Mama przyjeżdżała do mnie codziennie. Gdy mówiłem, że rzucę projektowanie ubrań, odpowiadała z tym swoim legendarnym spokojem: "Podejmij decyzję, która będzie dla ciebie dobra". Dla mnie najważniejsza w tamtym czasie była świadomość, że cokolwiek by się działo, ona stanie za mną murem. Jak zawsze. 

Dzisiaj 

Żałuję, że mama ma tak mało ubrań mojego projektu. Czasem ją za to przepraszam. Odpowiada jak to ona: uśmiechem. Wiem, że nie ma o to żalu, że jest ze mnie dumna, tak samo zresztą jak ojciec. Gdy rodzice przeszli na emeryturę, przyjechali do mnie do Warszawy, prowadzili moją restaurację St. Benedict. Zastanawiałem się, skąd mama bierze na to wszystko siły. Bałem się, że się zapracuje, że coś jej się stanie. Odetchnąłem z ulgą, gdy w tym roku uznała, że czas na odpoczynek, i wróciła z tatą do Lublina. Ale gdy dzwonię i pytam, jak jej się odpoczywa, słyszę, że nie ma czasu, bo ciągle coś robi. Piele ogródek, remontuje kuchnię albo planuje remont łazienki. Skąd w niej taka energia? Nie wiem. Może stąd właśnie, że... jest matką.

BEATA BIAŁY

TWÓJ STYL 7/2019

Zobacz także:

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy