Reklama

Reklama

Sztukmistrz z Paryża

Jest erudytą, choć skończył siedem klas. Gdy zajął się fotografią, dostał pracę w „Vogue’u”. Kiedy zaczął robić makijaże, Dior zatrudnił go jako wizażystę. Nakręcił dwa filmy o sztuce i oba wyróżniono w Cannes. Teraz tworzy perfumy „dla wtajemniczonych”, a wśród jego klientów są gwiazdy i arystokraci z całego świata.

W wywiadzie dla "Twojego STYLU" Serge Lutens mówi o tym, jak z robotniczej dzielnicy Lille trafił na salony stolicy, co robił, gdy przymierał głodem, i dlaczego żyje dziś samotnie w pałacu w Marrakeszu.

Twój STYL: Podobno jest Pan jedynym w świecie twórcą perfum, który nie musi konsultować swoich wyborów ze specjalistami od marketingu ani przejmować się wynikami sprzedaży?

Serge Lutens: - To prawda. W moim kontrakcie z Shiseido mam zagwarantowaną "pełną wolność twórczą". Od lat nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Reklama

Jest Pan traktowany na tyle wyjątkowo, że na tworzonych przez Pana perfumach firma nie zamieszcza nawet swojego logo. Jest tam tylko Pana nazwisko i nazwy zapachów, zresztą mało komercyjne: Serge Noi-re, Gris Clair, Douce Amere.

Serge Lutens: - Sam je wymyślam i nie uzgadniam z nikim, czy dany pomysł jest dostatecznie "marketingowy". Zgodnie z moim życzeniem marka Serge Lutens nie organizuje też kampanii reklamowych. Wiem, że w dzisiejszym świecie jestem niczym skamielina z epoki lodowcowej, ale nigdy nie obchodziły mnie "prawa rynku". I postanowiłem, że tak już zostanie.

Nadal jest niezrozumiałe, w jaki sposób zdobył Pan taką niezależność. Przecież gdy zaczynał Pan pracę w zawodzie perfumiarza, nie miał Pan doświadczenia w tym fachu! To tak, jakby człowiek, który nigdy nie wbiegł na zwykłą górkę, wybrał się na Mount Everest zimą.

Serge Lutens: - I wszedł na szczyt (śmiech)!

No właśnie. Wśród Pana klientek jest dziś m.in. Catherine Deneuve, arabskie księżniczki i aktorki z Hollywood, a przecież Pan nie skończył nawet szkoły dla "nosów"!

Serge Lutens: - Ja w ogóle nie skończyłem żadnej szkoły, nie licząc podstawówki, gdzie byłem zresztą bardzo słabym uczniem. Tak słabym, że oficjalną edukację zakończyłem w wieku lat czternastu. Wychowawca przekonał rodziców, że w moim przypadku dalsza nauka będzie stratą czasu. W grę nie wchodziła ciężka praca fizyczna, bo byłem dość chorowity. Posłano mnie więc do salonu fryzjerskiego, gdzie miałem zamiatać. Mogłem trafić gdziekolwiek i sam czasem jestem ciekaw, co robiłbym dziś w życiu, gdybym został wtedy pomocnikiem w rzeźni czy chłopcem na posyłki w jakimś biurze. Ten salon był początkiem mojej drogi, inspiracją na całe życie.

Czego Pan tam doświadczył, że do dziś uważa Pan to miejsce za tak istotne?

Serge Lutens: - Pozornie nie działo się tam nic szczególnego. Robiłem swoje i tak jak mi kazano, nie rzucałem się w oczy. W hierarchii tej małej firmy zajmowałem najbardziej podrzędne miejsce, ale i tak czułem się tam wspaniale. Dużo lepiej niż w szkole. Jeśli tylko podłoga była zamieciona na czas, nikt się mnie nie czepiał. Mogłem z zaplecza obserwować salon. Te wszystkie kobiety... Patrzyłem, jak uśmiechają się do swoich odbić w lustrze, poprawiają jakiś kosmyk. Słuchałem ich rozmów, śmiechu. W myślach czesałem je po swojemu i często wydawało mi się, że zrobiłbym to lepiej niż fryzjerzy. To wszystko było ekscytujące, choć w rzeczywistości nadal tylko tam sprzątałem.

W jaki sposób przestał Pan być „chłopakiem od miotły”?

Serge Lutens: - Pewnego dnia mieliśmy straszny tłok. Ktoś omyłkowo umówił za dużo klientek na tę samą godzinę. Zrobiło się nerwowo. W końcu szef, żeby rozładować sytuację, podszedł do mnie i powiedział: „Włóż fartuch i umyj głowę tamtej pani. Potem podetnij jej grzywkę o centymetr i trochę natapiruj. Na to lakier. Tylko nie kombinuj”.

Dobrze poszło?

Serge Lutens: - Poczułem się jak ktoś, kto przypadkiem wszedł na scenę i nagle ma zagrać główną rolę w głośnym spektaklu. Potraktowałem sprawę bardzo ambitnie i postanowiłem, że jednak uczeszę tę kobietę tak, jak chcę. Pamiętam, że dość odważnie ściąłem jej włosy. Kiedy skończyłem, klientka nie kryła zaskoczenia. Wytłumaczyłem jej, dlaczego wszystko zrobiłem tak, a nie inaczej. Co w ten sposób podkreśliłem w jej urodzie. Pamiętam, że moja przemowa zadziwiła ją chyba jeszcze bardziej od nowej fryzury.

Zrobiła wielką awanturę?

Serge Lutens: - Nie. Na szczęście, bo szef, gdy zorientował się, co zaszło, rzucał już w moją stronę piorunujące spojrzenia. Ale kobieta zostawiła mi napiwek i w końcu powiedziała nawet, że podoba jej się „ta nowość”. Gdy wyszła, kazano mi wrócić do miotły i nie zanosiło się na to, że dostanę drugą szansę. Ale jakieś dwa dni później pojawiła się klientka, która zażyczyła sobie, żeby uczesał ją „ten mały” i to „w ten sam sposób co jej znajomą”. Zostałem polecony! Szef nie miał wyjścia, znowu dostałem nożyczki do ręki. Potem już obie zapisywały się na czesanie tylko do mnie. Z czasem pojawiło się jeszcze kilka takich klientek. Jakiś rok później trzeba było umawiać się do mnie z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Chłopak od zamiatania z talentem do oczarowywania klientek awansuje na fryzjera – to może się zdarzyć. Ale w jaki sposób fryzjer z salonu na prowincji został nagle fotografem mody w „Vogue’u”, bo taka była Pana kolejna praca? Przecież żadnej szkoły fotograficznej też Pan nie kończył?

Serge Lutens: - Nie. Każdy sukces w moim życiu zaczynał się od tego, że coś mi się nie podobało i od razu wymyślałem sposób, w jaki zrobiłbym to lepiej. Potem rosło we mnie pragnienie, żeby swoją wizję zmaterializować. W salonie leżało dużo kolorowych magazynów, oglądałem w nich zdjęcia i większość wydawała mi się strasznie banalna, dosłowna, bez wyrazu. Modelki miło się uśmiechały i stały w „dziewczęcej pozie”. Na tych fotografiach kobiecość była trywializowana, pozbawiona charakteru i tajemniczości. Wyobrażałem sobie te same dziewczyny w innej fryzurze, makijażu, stylizacji...

- I tak zacząłem robić zdjęcia. Dla siebie. Nie miałem pojęcia o technice, ale szybko się uczyłem. Trochę czytałem, ale przede wszystkim eksperymentowałem. Moją modelką w tamtych czasach była Regine, piękna dziewczyna, którą spotkałem w kawiarni. Miała niezwykłą, uduchowioną twarz. Byłem wtedy pod wrażeniem niemieckich reżyserów ekspresjonistów, więc stylizowałem ją na podobieństwo aktorek z filmu Gabinet doktora Caligari (jedno z klasycznych dzieł kina niemego – red.).

- Czasem fotografowałem też kobiety spotkane na ulicy. Kiedy uznałem, że w mojej teczce mam już kilkadziesiąt dobrych zdjęć, postanowiłem, że zmienię zawód.

Pokazywał Pan swoje zdjęcia jakimś zawodowcom?

Serge Lutens: - Nie interesowało mnie, co inni mają o nich do powiedzenia. Wiedziałem, jaki efekt chcę osiągnąć, i próbowałem tak długo, aż widziałem na nich to, co chciałem zobaczyć. Ten styl działania został mi do dziś. Z nikim się nie porównuję. Za to niezależnie od tego, do czego się biorę, jestem i zawsze byłem dla siebie najbardziej bezwzględnym krytykiem. A jeśli chodzi o tamte fotografie, to postanowiłem, że pokażę je w redakcji paryskiego „Vogue’a”, bo wówczas była to jedyna gazeta, w której zdjęcia mi się podobały.

„Vogue”? Tak po prostu?

Serge Lutens: - Tak. Choć po przyjeździe do stolicy ogarnęło mnie onieśmielenie i nie od razu tam poszedłem. Przyznaję, byłem kompletnie zagubiony. Po kilku dniach zostałem bez grosza, łapałem się dorywczych zajęć i zacząłem wątpić w swoje siły. Wynająłem jakiś mały, ponury pokój. Żyłem wtedy bardzo skromnie. Żeby nie myśleć o swojej trudnej sytuacji, wychodziłem na ulice i robiłem zdjęcia. Najbardziej przygnębiało mnie, gdy nie było mnie stać na kolejną kliszę.

- Pamiętam, że mocno przeżyłem też chwilę, gdy w pobliskiej piekarni usłyszałem: „Panie Lutens, więcej bagietek na kredyt nie będzie!”. Dziś myślę, że zimny prysznic był mi potrzebny, bo kiedy sytuacja zrobiła się już naprawdę beznadziejna, zebrałem się w końcu na odwagę i z teczką pełną zdjęć poszedłem do redakcji „Vogue’a”.

Ktoś chciał z Panem rozmawiać?

Serge Lutens: - Dziś pewnie musiałbym się przedrzeć przez kordon asystentek, zanim dostałbym możliwość spotkania z redaktor naczelną. Ale wtedy po prostu wszedłem tam i poprosiłem o taką rozmowę. Usłyszałem, że teraz to niemożliwe, ale za trzy godziny owszem. Poszedłem więc do pobliskiej kafejki. Miałem pieniądze tylko na jedną kawę. Pamiętam, że piłem ją bardzo, bardzo powoli. W pewnej chwili już tylko podnosiłem pustą filiżankę, żeby nie stracić miejsca przy stoliku. Nie chciałem się stamtąd ruszać. Przez te trzy godziny wpatrywałem się w zegarek.

- W końcu wróciłem do redakcji i rozłożyłem na stole swoje fotografie zrobione w dużym formacie. Edmonde Charles-Roux, ówczesna szefowa pisma, (dziś znana pisarka i laureatka Nagrody Goncourtów – red.) zawołała dyrektora artystycznego. Zaczęli oglądać moje prace w skupieniu i w końcu usłyszałem: „To jest fantastyczne!”. Zaraz potem zapytali, czy chcę pracować dla „Vogue’a”. Z wrażenia nie wypowiedziałem nawet słowa „tak”, tylko kiwnąłem głową. „To pozałatwiaj swoje sprawy, bo będziesz tu spędzał dużo czasu – usłyszałem. – Za trzy dni zaczynamy numer świąteczny!”. Przez te trzy dni prawie nie jadłem z wrażenia. I tak dołączyłem do zespołu „Vogue’a”.

Ile miał Pan wtedy lat?

Serge Lutens: - Dwadzieścia jeden. To był rok 1962.

To musiał być dla Pana obcy świat. Jak Pana tam traktowano?

Serge Lutens: - W tamtej epoce dla nikogo nie było ważne, że moja marynarka jest wytarta na łokciach. Przedstawiono mnie jako artystę fotografa, a artystę oceniało się po efektach jego pracy. Onieśmielenie minęło po kilku miesiącach. Najpierw byłem asystentem Richarda Avedona i Helmuta Newtona. Potem powierzono mi kilka samodzielnych sesji. Wydawcy docenili moją skłonność do łamania reguł. To było właściwe miejsce dla „nieprzewidywalnych i niepokornych”. Po pracy wszyscy bawiliśmy się wspólnie – redaktorzy, fotografowie, modelki. Byliśmy bardzo zgranym środowiskiem, pojęcie rywalizacji w tamtych czasach nie było mi znane.

Pracował Pan dla najbardziej ekskluzywnego magazynu świata. Wszystko szło dobrze, dlaczego Pan to porzucił i zajął się tworzeniem makijaży w firmie Dior? No i z jakiego powodu jedna z najsłynniejszych firm świata powierzyła stanowisko głównego wizażysty fotografowi?

Serge Lutens: - Nie przestałem robić zdjęć. Jakiś czas potem Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku zorganizowało nawet wystawę moich prac. Ale jak już wspominałem, ze mną jest tak, że jeśli coś mi się nie podoba, zaczynam to robić sam, po swojemu. Moje pomysły na makijaże odbiegały od ówczesnych reguł. Chciałem eksperymentować, łamać reguły. Trudno mi było przekazać moją wizję makijażystom. Zamiast kolejny raz powtarzać „to nie tak, nie o to mi chodzi”, wziąłem te wszystkie przybory i sam pomalowałem twarz modelki tak, jak chciałem.

- A potem zacząłem to robić regularnie. Christian Dior uznał, że styl makijażu, który stworzyłem, jest bliski wyobrażeniu kobiecości, który promuje jego firma. I zaproponował mi kontrakt w zupełnie nowej roli. Dla mnie to było wielkie wyzwanie i bardzo dobre pieniądze. Miałem 25 lat i pierwszy raz w życiu poczułem się bogaty. Żeby uczcić ten sukces, pojechałem do Maroka. Po kilku dniach pobytu w Marrakeszu wiedziałem, że jest to miasto, w którym kiedyś zamieszkam. I tak się stało.

- Trzydzieści lat później, już jako twórca perfum na kontrakcie z Shiseido, kupiłem pod Marrakeszem mały pałac, który dziś jest moim domem.

Historia Pana drogi zawodowej jest naprawdę niezwykła. Jeden człowiek osiąga mistrzostwo w tylu dziedzinach. Spotkałam się z opinią, że jeśli chodzi o perfumy, to pracuje nad nimi ktoś inny, a Pan jedynie firmuje całą serię swoim nazwiskiem.

Serge Lutens: - Proszę mi wierzyć, istnieje wiele dużo bardziej komercyjnych nazwisk niż Serge Lutens. Gdyby o to chodziło, na pewno podpisano by kontrakt z kimś innym. Cała linia dwudziestu jeden zapachów marki Serge Lutens jest moim dziełem. Oczywiście, gdy zaczynałem, miałem niewielką wiedzę techniczną w tej dziedzinie, tworzyłem wizję zapachu i potrzebowałem wsparcia ludzi, którzy potrafili dobrać odpowiednie składniki w odpowiednich proporcjach.

- Ale dziś, po latach pracy nad perfumami, bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że wiem o nich naprawdę dużo. Od lat studiuję tajniki tego fachu i nieomal każdego dnia poświęcam wiele godzin na eksperymenty. Mógłbym pisać książki o komponowaniu zapachów, ale wolę praktykę od teorii. A jeśli pyta pani, dlaczego kiedyś tam przed laty duża firma powierzyła tworzenie perfum człowiekowi bez doświadczenia, to myślę, że zostałem zatrudniony w roli artysty wizjonera. Kogoś, kto ma zdolność kreowania rzeczy nowych, które można wyrazić zarówno przez fotografię, film, bo i tym się przez pewien czas zajmowałem, jak i zapach.

Jak Pan tworzy swoje perfumy?

Serge Lutens: - Dla mnie każdy flakon jest najpierw opowieścią. Na przykład gdy wpadłem na pomysł zapachu Louve (wilczyca – red.), zobaczyłem zaśnieżoną równinę, po której biegnie dzikie, samotne zwierzę. Długo kontemplowałem ten obraz, czułem, że jest groźna, zdesperowana, nieobliczalna. A jednocześnie jej ruchy uosabiały naturalną elegancję. Potem zacząłem szukać zapachu, który pasowałby do tej sceny.

Five O’Clock?

Serge Lutens: - Wyobraziłem sobie Pannę Marple, bohaterkę kryminałów Agathy Christie, elegancką starszą panią o przenikliwym umyśle, która pijąc herbatę, zastanawia się nad kolejną zagadką kryminalną. Słyszałem, jak mówi „To intrygujące, czyż nie, sir?”. Dystyngowana, tajemnicza, z poczuciem humoru. Five O’Clock to esencja tego stylu.

Datura Noire?

Serge Lutens: - Zainspirował mnie egzotyczny kwiat o takiej nazwie, który pachnie bardzo mocno, ale tylko wieczorem. Robiono z niego truciznę i wywary psychodeliczne. Uwodzi, ale może też być niebezpieczny. Pomyślałem, że stworzę zapach dla kochanków, którzy nie boją się ryzykownej gry...

Mógłby Pan dołączać do zapachu małe książki z opisem tych historii.

Serge Lutens: - Perfumy w książce... to byłoby dość wyrafinowane przedsięwzięcie. Jeśli kiedyś będę chciał to zrobić, zgłoszę się do pani po prawa autorskie.

Używa Pan w swoich perfumach dużo ambry. Mówi się, że ten składnik jest afrodyzjakiem.

Serge Lutens: - Żaden składnik i żadne perfumy nie są afrodyzjakiem. To kobieta lub mężczyzna, którzy je noszą, są albo nie są afrodyzjakiem. Perfumy mogą to jedynie zaakcentować. Ale jeśli tą samą wodą skropi się ktoś pozbawiany wdzięku, efekt będzie mizerny. Proszę wylać „zmysłowe” perfumy na deskę – czy rozbudzi czyjeś erotyczne fantazje?

Dlaczego na Pana perfumach nie ma wskazówek „dla kobiet”, „dla mężczyzn”?

Serge Lutens: - Nie wierzę w zapachy damskie i męskie. Przecież istnieją silne, dominujące kobiety, tak samo jak eteryczni, wrażliwi mężczyźni. Staram się nie ulegać stereotypom. Tworzę perfumy dla różnych osobowości, a nie płci.

Chciałbym, by używali ich ludzie, którzy mają ugruntowany obraz siebie i nie potrzebują, by ktoś im podpowiadał, kim powinni albo nie powinni być w danym sezonie. Przeczytałem gdzieś, że jestem autorem „perfum dla zaawansowanych”. I to zdanie bardzo mi się spodobało.

Ile czasu zajmuje Panu stworzenie zapachu?

Serge Lutens: - Od roku do dziesięciu lat. Serge Noire zabrał mi nawet ponad dziesięć. W tym czasie wymyśliłem kilka innych zapachów, które uznałem za skończone, i które trafiły do produkcji, a ten był wciąż niegotowy. Ale gdy udało mi się dokończyć jego kompozycję, uznałem, że to jeden z moich najlepszych zapachów.

Dziś wielu kreatorów perfum używa komputerów...

Serge Lutens: - Trudno mi sobie wyobrazić, że można tworzyć coś tak eterycznego jak zapach za pomocą maszyny. Nie korzystam z takich metod. Potrzebuję innej atmosfery, a nawet scenografii. Chciałem, by laboratorium, które stworzyłem w moim pałacu w Marrakeszu, przypominało gabinet alchemika. Mam tam pełno korzeni, kwiatów, ambry, piżma i innych składników używanych do produkcji perfum. Najczęściej pracuję samotnie. Lubię eksperymentować nocą, przy świetle świec, w ciszy.

Powiedział Pan kiedyś: „tworzenie perfum jest dla mnie rodzajem psychoanalizy”. Czego dowiedział się Pan o sobie przy okazji pracy?

Serge Lutens: - Że jestem typem samotnika, dla którego twórczość jest czymś najważniejszym na świecie. Żadnemu z moich związków nie potrafiłem poświęcić tyle uwagi co pracy, więc wszystkie się rozpadały. Dziś żyję w świadomym celibacie od świata, w otoczeniu książek i obrazów inspirowanych Orientem, które kolekcjonuję. Większość czasu spędzam w moim laboratorium, bibliotece albo na długich spacerach. Od lat odkrywam bogactwo samotności i wiem, że dla mnie to stan wymarzony.

Tworzenie perfum ostatecznie zamyka listę wykonywanych przez Pana zawodów?

Serge Lutens: - Tego nie wiem. Wciąż lubię zaskakiwać sam siebie. Kilka lat temu, gdy zakładałem mój salon w Palais Royal w Paryżu, odkryłem kolejną pasję. Zaprojektowałem lokal, w którym teraz rozmawiamy, wszystkie jego elementy.

- Dziś ludzie z różnych stron świata przybywają tu, żeby go zobaczyć. Niektórzy mówią, że stworzyłem „pałac w pigułce”. Myślę więc, że mógłbym jeszcze spróbować swoich sił w projektowaniu wnętrz. A ze mną jest tak, że jeśli chcę, to mogę. Sam jestem ciekaw, co będzie dalej.

Rozmawiała Anna Jasińska

TS 01/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje